Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bez liści herbaty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bez liści herbaty. Pokaż wszystkie posty

sobota, 2 maja 2020

Rooibos Zanzibar



Z nadejściem wiosny i cieplejszych dni (doświadczanych głównie na balkonie...) nabrałam ochoty na owocowe, orzeźwiające napoje. Z mojej przepastnej szafki wybrałam sobie zakupiony swego czasu w Szczecinie rooibos z dodatkami.



Zapach mieszanki Rooibos Zanzibar jest po prostu zniewalający, na pewno dlatego ją kupiłam. To bardzo intensywny aromat słodkich owoców, z mocnym waniliowym akcentem okraszony kwiatową nutą. Tak słodki, że aż kręci w nosie. Nie przypominam sobie drugiej takiej herbacianej mieszanki, której zapach byłby niemalże porównywalny z perfumami! W składzie oprócze rzeczonego roooibosa (zielonego) znajdziecie plasterki cytryny, czerwony i biały pieprz (!), goździki, kawałki mango, imbiru, cynamony, wanilii, kwiatki róży, kaktusa oraz aromat. Na bogato.



Ja zalewam tą herbatkę wrzątkiem i parzę dość długo (nawet 5-10 minut), żeby wyciągnąć z suszu jak najwięcej koloru i smaku. Bo niestety mimo mnogości dodatków, smak naparu nawet po długim parzeniu jest rozwodniony... To nie jest ta intensywność, której można było się spodziewać po otwarciu opakowania. Napój o kolorze miodu oczywiście ma przyjemny typowy dla rooibosa smak, bardziej orzeźwiający niż słodki, ciekawa jest też pikanteria, której dodaje pieprz, ale to wszystko baaardzo łagodne.



Dużo po tym napoju oczekiwałam, niestety dawno się tak nie rozczarowałam... Trudno mi tą mieszankę polecić, zakochałam się w zapachu, ale smak mnie nie przekonał.

niedziela, 2 lutego 2020

Lipton Mięta z eukaliptusem



Nie jestem przesadną entuzjastką ziołowych naparów, ale akurat po miętę zdarza mi się sięgać z dużą ochotą. W dzieciństwie kojarzyłam ją głównie z bólem brzucha, dzisiaj cenię za orzeźwiający smak. Ta od Liptona ma w sobie jeszcze eukaliptus. Dokładny skład to 80% mieśty i 20% eukaliptusa - żadnych dodanych aromatów, ogromny plus!



Oczywiście jak w przypadku wszystkich ziół zalecone parzenie to zalanie torebki wrzątek na minimum 4-5 minut - śmiało można dłużej. Zapach naparu - może dzięki dodatkowi eukaliptusa? - jest bardzo przyjemny, niegryzący, nawet trochę słodkawy Smak podobnie - orzeźwiający, chłodny, ale bez takiego ziołowego, trawiastego posmaku.



Ta herbata to miłe zaskoczenie, ale towarzyszą mi mieszane uczucia, jeśli chodzi o jej ewentualne polecenie. Na fali wielu zmian, które wprowadziłam w swoim życiu, żeby ograniczyć śmieci i nie brać udziału w niszczeniu naszej planety (która ledwo zipie), eliminuję ze swojej kuchni torebkowane herbaty na rzecz sypanych, kupowanych na wagę, do własnego opakowania. To opakowanie to jedno z ostatnich, które uchowało się u mnie sprzed czasów zielonej rewolucji.

niedziela, 24 lutego 2019

Bora Bora Wyspa Marzeń



Dobre pół roku nie było tutaj żadnego stricte owocowego naparu, a uważam, że to świetne urozmaicenie. To też zdrowsza forma słodkości. Bora Bora Wyspa Marzeń ma przywoływać trochę egzotyki, jak deklaruje opis na opakowaniu.



Skład jest imponujący: hibiskus, jabłko, papaja, rodzynki, czarna porzeczka, truskawka, maliny, płatki słonecznika i bławatka oraz aromat. W przezroczystym opakowaniu wygląda to naprawdę dobrze. A pachnie przesłodko - jak taki gęsty od słodyczy owocowy kompot.





Polecana temperatura parzenia to raptem 75-80 stopni. Nie daję się zwieść i taką obfitość suszu traktuję wrzątkiem. Jeśli w tak gorącej wodzie i tak konieczne jest jej zamieszanie, żeby uzyskać równomierny kolor, to w niższej temperaturze tym bardziej trudno byłoby uzyskać dobry napój. Także 100 stopni i minimum 5 minut. Kolor naparu jest obłędny - cukierkowy. Przypomina mi żelki. Pachnie nieco mniej słodkim kompotem.





W smaku dominuje hibiskus i sprawia, że herbatka jest rześka, ale nie brakuje słodyczy z owoców. To całkiem intensywny napar, nie jest rozwodniony jak niektóre tego typu mieszanki i jest dobrze skomponowany. Polecam!

piątek, 17 sierpnia 2018

Pukka peppermint&licorice



Skusiło mnie to kolorowe opakowanie i generalnie ciekawość produktów, które kryją się pod marką pukka. To raczej ziołowe mieszanki, a to opakowanie zresztą kupiłam w aptece. O wyborze spośród wielu pięknych pudełek zadecydowało pewnie słowo sweet w opisie herbatki.



Skład pukka peppermint&licorice jest bardzo prosty - to tylko tytułowa mięta (60%) i lukrecja (40%). Nie przepadacie za miętowymi naparami? Bez obaw, lukrecja robi niezłą robotę w tym zestawieniu ;)

Każda torebka spakowana jest osobno, wydobywa się z nich bardzo ziołowy aromat - wcale nie kojarzy mi się z miętą, ale z szałwią, którą płukałam zęby, jak byłam mała (czy dzisiaj ktoś jeszcze to robi?). Gdy zaleje się torebkę wrzątkiem ten szałwiowy zapach nasila się jeszcze bardziej. Powstały napar jest brązowawo-zielony. Polecane parzenie to... nawet kwadrans! Tej torebki po prostu nie trzeba wyciągać z kubka.



Szczęśliwe herbatce daleko do ziołowego naparu, naprawdę. Jest słodka, ale dzięki obecności mięty również orzeźwiająca. To bardzo dobre połączenie dwóch smaków - taka gęsta słodycz w lekkiej otoczce. Bardzo polecam! Nie zrażajcie się, że to zioła :)

wtorek, 31 lipca 2018

Rooibos Chillout



W czasie mojej ulubionej pory roku (czyli upałów :D) niekoniecznie możemy mieć ochotę na intensywną herbatę, której ciężki smak w gorącej temperaturze nie przynosi specjalnie orzeźwienie. Na tą okazję świetnie sprawdzą się herbaciane alternatywy - ja wyciągnęłam z szafki mieszankę, w której dominuje rooibos. Ta afrykańska roślina, inaczej nazywana czerwonokrzewem, daje świetny, słodkawy napar.



Rooibos Chillout to mieszanka, w której obok czerwonokrzewu pochodzącego z RPA, znajdują się bardzo ciekawe dodatki: truskawka, kwiat lawendy, mięta pieprzowa i trochę aromatu. Susz ma pomarańczowo-brązowy kolor i jest poprzetykany błękitno-zielonymi dodatkami. Zapach wydobywający się z paczki jest zdominowany przez lawendę i miętę.



Tą mieszankę należy potraktować jak herbatkę ziołową - wskazane jest długie parzenie wrzątkiem. Pięć minut to minimum. Uzyskany napar ma bardzo głęboki, bursztynowy kolor. W aromacie zdecydowanie bardziej przebija się rooibos niż pozostałe dodatki.



Rooibos Chillout smakuje bardzo dobrze. To lekko słodkawy napój, nieco miodowy, a przy tym orzeźwiający, dzięki wyczuwalnej obecności mięty. Polecam schłodzony, na upalne dni po prostu perfekcyjny!

niedziela, 24 grudnia 2017

Teekanne Hüttenzauber



Święta w moim domu to głównie relaks z zapasem dobrej herbaty i lektur (oczywiście dobre jedzenie też jest!). Tegoroczne święta upłyną nam z przywiezioną z Niemiec herbatą, która ma imitować grzane wino. Teekanne Hüttenzauber jeszcze ne jest dostępna w Polsce, a szkoda, bo naprawdę dobrze smakuje.




W tej mieszance obok hibiskusa dominuje jabłko, cynamon i skórka pomarańczowa. Nie brakuje tu również aromatu rzeczonego grzanego wina, goździków i anyżu. Za słodycz odpowiadają liście stewii. Tobreki z herbatą pachna odrobinę ziołowo i kwaskowato, ale nie ma się co zrażać!




Teekanne Hüttenzauber należy parzyć wrzątkiem przez minimum 5 minut - w praktyce z kubka nie ma co już wyciągać torebki. Kolor naparu tym razem na zdjęciach nie jest widoczny - musicie mi wierzyć, że w tym pięknym kubku z berlińskiego jarmarku bożenarodzeniowego (prezent!) jest intensywnie karminowy, wpadający w róż, napój. W smaku przede wszystkim wyczuwalny jest hibiskus, ale przyprawy i pomarańcza również. Wbrew pozorom nie jest kwaśny! Z pewnością ten napar przywodzi na myśl grzane wino, ale jest delikatniejszy, bardziej zbalansowany niż tego typu herbatki, które piłam dotychczas. Jeśli natkniecie się na ten produkt, polecam z czystym sumieniem!




Dużo herbaty, dużo czytania (książek i nie tylko), dużo spokoju - tego sobie i Wam życzę na te święta. Dla mnie wyjątkowe, bo w tym roku niepracujące. Czytającym to lekarzom i innym pracownikom ochrony zdrowia życzę dużo siły na nadchodzący czas...

sobota, 25 listopada 2017

Teekanne Kaminabend



Z krótkiego wyjazdu do Niemiec w październiku przywieźliśmy zapas żelek, czekolady i herbaty. Ze sklepowych półek wybierałam te herbaty, których nie spotkałam w Polsce, a mając w perspektywie nadchodzące miesiące, sięgnęłam po te rozgrzewające i przywołujące już nieco świąteczny klimat (święta w końcu już za miesiąc...). Dzisiaj chcę Wam pokazać Teekanne Kaminabend.




Z pomocą google.translate (akurat niemieckiego nie znam... może kiedyś?) rozszyfrowałam, że w składzie tej mieszanki oprócz rooibos znajdują się: aromat marcepanu, cynamon, stewia, cykoria i skórka pomarańczowa. Słodko-rozgrzewajace zestawienie - torebki pachną cudownie! Teekanne ma swojej ofercie sporo nie-herbacianych mieszanek o zaskakująco ciekawych smakach, ale akurat ta nie jest dostępna w Polsce... A szkoda.




Tą herbatkę oczywiście parzymy wrzątkiem i robimy to długo - nawet 8 minut. W zasadzie torebki nie trzeba wyjmować z kubka. Otrzymany napar ma intensywny karminowy kolor i pachnie jeszcze bardziej słodko niż torebki ;) Smakuje świetnie. Wszystkim znany rooibos przełamany słodkim aromatem (czy to marcepan? trudno powiedzieć) i lekko kwaśnymi nutami pomarańczy. Do tego cynamon. Naprawdę, naprawdę udane połączenie.




Ta herbata umila mi wieczór spędzony na pakowaniu. Jutro ruszam w podróż, która będzie spełnieniem mojego wielkiego marzenia! Przez najbliższe dwa tygodnie praktykuję hiszpański na karaibskiej wyspie!!!

niedziela, 30 lipca 2017

Teekanne Love


Chyba właśnie zaczyna się moja ulubiona część roku! Upały! Absolutnie uwielbiam rozpływać się w gorącym powietrzu, całą zimę marzę o tym tygodniu, może dwóch, kiedy w Polsce mamy prawdziwą Hiszpanię. Zdjęcia do dzisiejszego posta powstały jeszcze w czasie tych lipcowych dni, kiedy wieczór na balkonie można było spędzić jedynie pod kocem. Ale herbata świetnie sprawdzi się w każdej aurze.



Teekanne Love to napar z hibiskusa wzbogacony o jabłko, liście słodkich jeżyn, aromat granatu, aromat brzoskwiniowy, skoncentrowany sok z granatu. Owocowo - trochę słodko, trochę kwaśno. Każda torebka jest zapakowana oddzielnie i ma instrukcję parzenia.




W zapachu suszu hibiskus zdecydowanie dominuje. Po zaparzeniu aromat, który unosi się znad naparu, nadal należy do nuty hibiskusa, ale smak już niekoniecznie...



Po zalaniu wrzątkiem woda barwi się na piękną, karminową barwę. Po zaleconych ośmiu minutach parzenia nie ma co już wyciągać torebki. Polecam pić nieco przestudzoną.



Teekanne Love smakuje naprawdę dobrze! Orzeźwiająco, ale nie jest to kwaśna herbatka, może odrobinę pikantna? Hibiskus został przełamany wyraźnym owocowym smakiem. Któryś ze składników (granat?) sprawia, że sprawia wrażenie rozgrzewającej. Wobec tego polecam na te chłodniejsze wieczory.




wtorek, 4 kwietnia 2017

Clipper Organic Detox



Pierwsza w tym roku herbata na balkonie! Wreszcie wiosna - w Polsce, w Portugalii miałam okazję poczuć ją chwilkę wcześniej :) To, że na tą inaugurację balkonu (w tle widać, jaki tam jeszcze panuje nieporządek po zimie...) wybrałam herbatę ze słowem detox w nazwie, to zupełny przypadek, akurat po tą sięgnęłam. Daleka jestem od wszelkich oczyszczających diet i tego typu zabiegów - z medycznego punktu widzenia to jedna wielka bzdura. Promowana, bo się dobrze sprzedaje. A tej herbaty chciałam spróbować po prostu, żeby przekonać się, jak smakuje (bo internetowa fama głosi, że świetnie).




Clipper Organic detox Infusion to mieszanka bez liści herbaty. W składzie są: hibiskus, pokrzywa (23,5%), korzeń lukrecji (20%), naturalne aromaty i aloes. Papierowe, prostokątne torebki są wypełnione drobnym suszem i pachną delikatnie ziołowo.




Zalecone parzenie to oczywiście wrzątek przez około 2-3 minuty. Początkowo woda barwi się tak słabo, że przez chwilę myślałam, że sprzedano mi jakieś oszukane opakowanie ;)




Po upłynięciu odpowiedniej ilości czasu napar nabiera soczystej, karminowej barwy. Pachnie... wiśniową galaretką, naprawdę!




Smakuje delikatnie, słodkawo. Dodatki świetnie niwelują kwaskowatość hibisuksa. Mimo dużej ilości pokrzywy, wcale nie ma tu ziołowego posmaku. Polecam. Nie oczyści i nie zdziała cudów, ale jest smaczna. Myślę, że warto spróbować.


niedziela, 29 listopada 2015

Loyd Moroccan Mint



Jeśli chodzi o herbatę, ciągle szukam ciepłych kierunków. W Maroku z pewnością jest teraz przyjemniej i jest tam więcej słońca niż w Polsce. Napar z mięty, którym Marokańczycy gaszą pragnienie, to pikantna kompozycja, za co odpowiada przede wszystkim cynamon. Dzisiaj proponuję Wam herbatę marki Loyd inspirowaną właśnie marokańskimi mieszankami.




W składzie Loyd Moroccan Mint znajdziecie: rzeczony cynamon (25%), liść mięty (15%), liść jeżyny, owoc jabłka, korzeń prażonej cykorii, skórka pomarańczy (8%), naturalny aromat mięty (7%), owoc dzikiej róży i korzeń lukrecji (5%).






Wszystkie składniki zostały zamknięte w miękkich, przyjemnych w dotyku torebkach-piramidkach. Zapach, który unosi się z opakowania jest obłędny! Intensywnie słodki i pikantny zarazem, jestem zachwycona.




Zalecony sposób parzenia to pięć minut we wrzącej wodzie. To zrozumiałe - wszystkie owocowo-ziołowe składniki właśnie w tej temperaturze najlepiej oddadzą swój smak. Aromat naparu jest nieco inny niż suchego produktu - mniej pikantny, duuużo bardziej słodki. Bardzo przyjemny. Napój również smakuje bardzo słodko, a cynamon jest wyczuwalny jedynie pod koniec i jest bardzo łagodny.




Po otwarciu pudełka spodziewałam się bardziej charakternego naparu. Jednak ten, który rzeczywiście powstaje po zaparzeniu tych torebek, to coś dużo delikatniejszego, ale w sumie bardzo ciekawego w smaku. Spróbujcie, myślę, że warto.