niedziela, 12 stycznia 2020
Steven Pinker - Piękny styl
poniedziałek, 6 stycznia 2020
Naomi Klein - Nie to za mało
niedziela, 22 grudnia 2019
Najlepsi o języku polskim - prezenty na ostatnią chwilę
poniedziałek, 17 grudnia 2018
Marcinkowski Łukasz, Berent Radek - O roślinach oraz Ewa Wojtowicz - Roślinny Patrol
niedziela, 9 grudnia 2018
Katarzyna Nosowska - A ja żem jej powiedziała
sobota, 28 kwietnia 2018
Naomi Klein - No logo, Doktryna szoku, To zmienia wszystko
niedziela, 6 sierpnia 2017
Polscy pisarze dla uchodźców - NieObcy
Nie będę się rozpisywać na temat tej książki: ważniejsza jest idea jej powstania, jakość jej zawartości (wcale nie najgorsza!) to drugorzędna sprawa.
Nieobcy to zbiór tekstów polskich pisarzy, który powstał na cele charytatywne - autorzy przekazali swoje opowieści nieodpłatnie, zysk ze sprzedaży książki jest przekazywany Polskiej Akcji Humanitarnej na rzecz ofiar wojny w Syrii.
To nie są teksty wprost o uchodźcach. To rzecz o oswajaniu innego. Jeśli coś poznasz, przestaniesz się tego bać. A wojna domowa w Syrii trwa już sześć lat. Od 2011 roku tam jest piekło, w którym przyszło żyć ludziom takim jak my.
Swój egzemplarz książki otrzymałam od pani Janiny Ochojskiej, założycielki PAH http://www.pah.org.pl/
sobota, 10 września 2016
Wakacyjne podróże: Magdalena Rittenhouse - Nowy Jork. Od Mannahatty do Ground Zero
Ostatni przystanek tych moich wakacyjnych podróży to dość oczywisty turystyczny kierunek. Miasto, które nigdy nie zasypia. Nowy Jork. Stosunkowo młode miasto na mapie świata, które zupełnie nic sobie z tego nie robi i chce wieść prym pod każdym względem. Stolica mody, teatru, sztuki, architektury. Wszystko naj. Czy warto dać się poprowadzić przez nowojorskie ulice Magdalenie Rittenhouse?
Autorka mieszka w Nowym Jorku już dwadzieścia lat i poznawanie jego zakamarków to jej wielka pasja.
Zwiedzanie miasta w jej wykonaniu nie sprowadza się tylko do podziwiania budynków i obserwowania ludzi. Rittenhouse przeszukuje wszystkie możliwe materiały źródłowe w bibliotekach, przeprowadza wywiady oraz bierze udział w spotkaniach i wykładach poświęconych metropolii. Podstawy do przygotowania Od Mannahatty do Ground Zero miała naprawdę dobre.
Czytając pierwszą część książki - przygotowaną niezwykle drobiazgowo, pełną nazwisk, dat i cytatów z przypisami, miałam wrażenie, że to jakaś rozprawa doktorska, a przynajmniej praca magisterska. Dzieje każdego ważnego zakątka miasta zostały opisane najbardziej szczegółowo, jak tylko się da. Brzmi to wszystko dość sztywno. Fragmenty, gdzie autorka wtrąca wątki, które miały nadać książce trochę spontaniczności i naturalności (migawki ze spacerów, jesienne liści, padający śnieg), wydają się teatralne w zestawieniu z tym naukowym tonem. Nie mówię, że czyta się to źle, przeciwnie, ale potrzeba chwili, żeby się do tego przyzwyczaić.
W drugiej części książki Rittenhouse rozluźnia atmosferę, nie jest już musztrującym przewodnikiem, ale swobodną kumpelką, która oprowadza nas po mieście. Swoją zasługę mają w tym częściej pojawiające się wątki osobiste. Korci mnie, żeby napisać, gdzie pisarka mieszkała, gdy po raz pierwszy przyjechała do Nowego Jorku, ale nie będę psuła Wam tej niespodzianki.
Czy marzę o podróży do Nowego Jorku? Na pewno polecę tam prędzej niż na Spistbergen czy do Japonii. I z pewnością za przewodnik tam posłuży mi Od Mannahatty do Ground Zero.
P.S. A propos trwającego właśnie turnieju US Open, zabrakło mi w tej książce rozdziału o kortach na Flushing Meadows ;)
P.S.2. Piszę ten post z mojego balkonu. Zaszło już słońce, a mimo to ciągle jest przyjemnie ciepło. Ten post kończy serię wakacyjnych podróży i miało być coś o nadejściu jesieni. Ale na szczęście nie będzie! Lato, trwaj!
czwartek, 8 września 2016
Wakacyjne podróże: Joanna Bator - Japoński wachlarz
Opowieści Joanny Bator o Japonii zaczęłam czytać od końca. Najpierw wpadł w moje ręce Rekin z parku Yoyogi, który jest dopiero kontynuacją Japońskiego wachlarza (widziałam ostatnio nowe, wspólne wydanie obu tych książek). Ten drugi to wstęp do Kraju Kwitnącej Wiśni. To sam początek znajomości, zbiór silnych, pierwszych wrażeń, ale popartych wnikliwą analizą. Autorce towarzyszymy dosłownie od momentu, kiedy wsiada do samolotu lecącego do Tokio.
Japonia to inny kraj. Dalece różny od znajomej nam Polski czy nawet każdego europejskiego kraju. Do tego różny pod wieloma względami. I nie chodzi tylko o to, że Japończycy zachowują się trochę inaczej niż Europejczycy, budują inne domy czy obchodzą inne święta. Oni inaczej niż my pojmują rzeczywistość, nierzadko kierują się filozofią niekoniecznie dla nas oczywistą. Bator te wszystkie odmienności szczegółowo opisuje, a przede wszystkim wyjaśnia i pokazuje ich źródła. Opisać zjawisko to żadna sztuka; dociec jego głębi - to dopiero coś! Pisarka udowadnia nam, że Japonię, ten nieprawdopodobny twór, można oswoić, a do tego czerpać z tego wiele przyjemności.
Z Japońskiego wachlarza dowiecie się, jak smakuje ryba fugu, jak prawdziwe sushi, a jak prawdziwa japońska herbata (!) smakowania tam podczas prawdziwej herbacianej ceremonii. Zapoznacie się z japońską architekturą, poznacie uzasadnienie dla tego pudełkowego, kompaktowego budownictwa, zajrzycie do kiczowatych hoteli miłości czy domów zwykłych Tokijczyków. A tak przy okazji września, przekonacie się, ile nauki mają mali Japończycy. To będzie niezwykle interesująca podróż, zapewniam!
Nie mam wątpliwości, że laureatka Nike kocha Japonię, a poznawanie japońskiej kultury to jej pasja. Mimo to dla czytelników, którzy dopiero zaznajamiają się z tą odległą krainą, książka nie okaże się rezultatem ślepej fascynacji, ale naprawdę rzeczowym przewodnikiem. Myślę, że każdemu turyście przed wizytą w Japonii ta lektura wiele by ułatwiła, a na pewno z samej podróży skorzystali by o wiele bardziej niż bez tej cennej wiedzy.
Na moich zdjęciach widzicie prawdziwy japoński wachlarz - prezent od Japończyka, z którym pracowałam przez kilka zimowych miesięcy. W Japonii nie byłam, ale ta znajomość potwierdza wszystko, co o mieszkańcach tego kraju napisała Joanna Bator. Tłumaczy też dystans i rezerwę, z jaką byłam traktowana przez Ryo, jego nadmierną uprzejmość oraz trudność w wyrażaniu niektórych próśb i pytań. Nie mogę powiedzieć ani jednego złego słowa o naszej współpracy, ale z pewnością to doświadczenie utwierdziło mnie w przekonaniu, że Japonia ciągle tkwi gdzieś daleko na liście miejsc, do których chciałabym pojechać. Usposobienie ludzi, których gdzieś tam w podróży spotykamy, jest bardzo ważne. Komfortowo czuję się tam, gdzie ludzie są otwarci, spontaniczni i rozmawia się z nimi swobodnie. Tego w Japonii, a przynajmniej na samym początku wizyty tam, nie mamy co się spodziewać. (Pewnie dlatego ciągle podróżuje do Hiszpanii, a marzy mi się Ameryka Południowa.) W każdym razie tą książkę uważam za lekturę obowiązkową, baaardzo polecam!
niedziela, 28 sierpnia 2016
Wakacyjne podróże: Wacław Radziwinowicz - Creme de la Kreml
Wakacje powoli chylą się ku końcowi (te zimne poranki!), ale staram się, na ile to możliwe, ciągle cieszyć się letnią atmosferą i przede wszystkim ciepłą aurą (szczególnie dziś! Temperatura sprzyja!). Akurat w tym roku, po styczniowej podróży do Kalifornii i majówce w Barcelonie, w lipcu i sierpniu nie wybrałam się na żaden specjalny urlop (tylko na chwilę w Tatry). Jednak czuję się, jakbym zwiedziła ostatnio spory kawałek świata ;) Jak to możliwe? Oczywiście książki, książki i jeszcze raz książki! Mam za sobą serię lektur, które zabrały mnie do Rosji, Japonii, Grecji, na Spitsbergen i do Nowego Jorku. Zaczynamy od kraju położonego najbliżej Polski.
Creme de la Kreml Wacława Radziwinowicza (skończyliśmy to samo liceum!!!) to swego rodzaju kontynuacja Gogola w czasach Google`a - seria chronologicznie ułożonych krótkich tekstów dotyczących bieżących wydarzeń w największym państwie świata. Radziwinowicz jako akredytowany dziennikarz mieszkał w Moskwie przez wiele lat - Creme... to zapiski z ponad roku przed wydaleniem go do Polski na skutek politycznych rozgrywek.
Mimo nieprzyjemności, które spotkały autora, pozostaje sympatykiem Rosjan, rosyjskiej kultury i tradycji. Zdecydowana większość tekstów odnosi się do przeróżnych decyzji rządzących Rosją z prezydentem Putinem na czele, jednak Radziwinowicz wszystkie te kwestie opisuje z perspektywy szeregowego obywatela. Jest blisko ludzi, jakkolwiek patetycznie to brzmi. Świetnie ukazuje rozdźwięk między teorią a praktyką w rosyjskich realiach. A wszystko przedstawia z dużą dawką humoru i sympatii, nie tracąc zdrowego dystansu.
Mam za sobą lekturę wielu książek nawiązujących tematyką do najnowszej historii Rosji (sporo pojawiło się na blogu, zajrzyjcie do Listy książek). To zagadnienia, które niezwykle mnie intrygują. Rosyjska dusza w konfrontacji z trudnymi dziejami tego państwa, które trudno jednoznacznie ocenić - mieszanka wybuchowa. Książka Creme de la Kreml momentami jest tak absurdalna, że trudno uwierzyć, że ten kraj funkcjonuje. Rosjanie mierzą się codziennie z nieco odrealnioną rzeczywistością. Co innego widzą na ulicy, czego innego dowiadują się w mediach. Do tego w różnym stopniu zdają sobie z tego sprawę.
Jak żyć? w tych okolicznościach - Radziwinowicz chyba zna odpowiedź na to pytanie, gorąco polecam tą lekturę. Dla mnie tym ciekawszą, że od ponad pół roku co tydzień spotykam się na lekcjach rosyjskiego z rodowitą Moskwianką, która oprócz języka przybliża mi również rosyjskie realia. Skąd moja fascynacja Wschodem? Za sprawą Dziadków ze strony Mojej Mamy mogę o sobie powiedzieć, że mam korzenie zza wschodniej granicy, nie bezpośrednio z Rosji, ale kto wie? Gdzieś tam pobrzmiewa we mnie słowiańskie pochodzenie. Od kiedy pamiętam, nosiłam w sobie potrzebę poznania języka rosyjskiego i teraz spełniam to marzenie. Tołstoj przeczytany w oryginale - to będzie coś! Książki, lekcje... Chyba niebawem przyjdzie czas na prawdziwe podróże na Wschód.
P.S. Na zdjęciach według mnie najlepsze słodycze na świecie - prosto z Białorusi. Nie po raz pierwszy tutaj.
poniedziałek, 15 sierpnia 2016
Virginia Woolf - Eseje wybrane
Pozostajemy w temacie klasycznej angielskiej literatury. Eseje wybrane Woolf to książka, która na moim nocny stoliku przeleżała chyba pół roku. Bynajmniej nie dlatego, że nie mogłam przez nią przebrnąć. Przeciwnie! To po prostu cudo, majstersztyk, którym chciałam się delektować jak najdłużej. Każdego wieczoru, kiedy kładłam się do łóżka i nie byłam akurat tak zmęczona, że zasypiałam w ciągu sekundy, pozwalałam sobie na przeczytanie jednego eseju, rozkoszując się każdym zdaniem, wielokrotnie zatrzymując się na dłuższą chwilę przy niektórych zdaniach lub całych akapitach. Brzmi to nieomal erotycznie, ale to naprawdę istna czytelnicza orgia.
Od momentu w którym dostałam tą książkę (podziękowania przesyłam Mojej Siostrze), spodziewałam się, że to będzie wyjątkowa lektura. Wobec tego na jej rozpoczęcie wybrałam sobie wyjątkowe okoliczności: zimowy wieczór w British Library w Londynie. Chyba trudno sobie wyobrazić bardziej adekwatne miejsce :) Podczas mojej styczniowej podróży do Stanów w oczekiwaniu na kolejny samolot miałam do dyspozycji właśnie jeden wolny wieczór angielskiej stolicy. Nie mając szans na żadne duże zwiedzanie, udałam się właśnie do biblioteki z książką pod pachą (taka ze mnie nudziara).
Co mnie tak urzekło w Esejach wybranych? Przede wszystkim styl. Te zdania są niesamowite - tak misternie skonstruowane, tak trafne i genialne, że chyba nieważne, o czym Virginia by pisała, jej proza zwala z nóg. Tworzy barwne opisy - postacie i przedmioty, o których pisze, są tak realne, jakby zaraz miały z tej książki wyskoczyć, są na wyciągnięcie ręki. Jednocześnie autorka potrafi je uchwycić nie tylko statycznie, świetnie radzi sobie również z ujmowaniem w słowa ruchu, szybkich zmian, dynamicznych wydarzeń. Emocje, które temu towarzyszą, są wręcz namacalne, oczywiste, nieodłączne. Język tych esejów jest po prostu przepiękny!
Oczywiście najlepszy styl to nie wszystko, ostatecznie kluczowa jest treść. Jak sam tytuł wskazuje, nie jest to cały eseistyczny dorobek Woolf, tylko starannie wybrany wycinek. Teksty zostały pogrupowane tematycznie. Dużo miejsca zajmują tematy okołoksiążkowe - czytanie, pisanie, recenzowanie. Prawdziwa gratka! Oprócz tego podróżowanie, w różnych jego aspektach - wycieczki, które pisarka odbyła i te, które sobie wymyśliła. Topos drogi w literaturze nie przeminie nigdy! Spora część to opowieści poświęcone konkretnym kobietom, takie małe biografie.
Najbardziej zaskakujące jest, jak bardzo uniwersalne i ponadczasowe są eseje Woolf. Większość z niewielkimi dosłownie poprawkami mogłaby się ukazać w aktualnych gazetach czy na portalach internetowych i po prostu zachwycać. Wytrwałych czytelników. Bo mimo swojego niezaprzeczalnego uroku to nie jest łatwa lektura. Podejrzewam, że wiele młodych osób wychowanych w dobie krótkich tekstów w formie instant, które zalewają Internet, może mieć problem z dobrnięciem do sedna i przetrawieniem tekstów Woolf. To piękno z jej prozy trzeba też umieć wydobyć.
Polecam. Gorąco. Czytajcie w ciszy, spokoju, bez pośpiechu. To będzie cudowne doświadczenie!
P.S. W British Library zamówiłam zieloną herbatę jaśminową i niestety była to jedna z bardziej wstrętnych rzeczy, które kiedykolwiek piłam, nie polecam...
niedziela, 7 lutego 2016
Marcin Wicha - Jak przestałem kochać design
Nie podoba mi się zbytnio słowo design, ale już użyteczność - bardzo. Jest takie polskie (ż, cz, ś, ć) i doskonale oddaje znaczenie zagadnienia. Przedmioty, których używamy do wszelkich codziennych i niecodziennych czynności, oprócz tego, że powinny spełniać zadaną funkcję, powinny być wygodne w użytkowaniu, proste w obsłudze, a najlepiej jeszcze ładne. Designerzy zajmują się mniej więcej tym, żeby nadać przedmiotom te wszystkie cechy - a przynajmniej ja tak to rozumiem. Jak się ma ta dziedzina w Polsce? Właśnie o tym jest Jak przestałem kochać design Marcina Wichy w bardzo dobrej, charakterystycznej okładce.
Książka to zbiór krótkich tekstów - felietonów, komentarzy, luźnych notatek - szeroko traktujących o projektowaniu przedmiotów w Polsce. Wszystkiego po trochu po to, żeby nakreślić szerszą wizję problemu - bo w takich kategoriach, mam wrażenie, ten temat w naszym rodzimym kraju funkcjonuje. Znajdziecie tu sporo informacji o historii zagadnienia, o ważnych postaciach, o założeniach, trendach i masie absurdów, jakie się z tym wiążą. Sporo o nieporozumieniach między zleceniodawcą a projektantem. Sporo o ignorancji. Wszystko w pigułce, może powierzchownie, ale z humorem i trafiające w sedno sprawy.
Jeśli wydaje się Wam, że design nie jest częścią Waszego życia, rozejrzyjcie się dookoła. Spójrzcie na krzesła, naczynia w kuchni, sklepowe szyldy albo dokumenty do wypełnienia w urzędzie (te mikroskopijne rubryczki!). Każdą z tych rzeczy KTOŚ zaprojektował.
Podzielam zarzuty przewijające się przez różne recenzje tej książki, że całość jest bardzo chaotyczna i zupełnie nieuporządkowana. Dla mnie była to lektura do autobusu - sięgałam po te teksty w drodze do pracy czy w inne miejsca i te krótkie formy sprawdzały się znakomicie. Ale rzeczywiście czytanie tego ciągiem może ogromnie irytować. Sam styl i język są poprawne - bez fajerwerków, ale też bez odchyleń w druga stronę.
W sumie polecam. Zbiór tych tekstów wyostrza spojrzenie na otaczające nas przedmioty, w ten sposób, co Wanna z kolumnadą Filipa Springera na otaczająca nas architekturę. Dużo jest ciągle do zrobienia w kwestii użyteczności różnych przedmiotów, a pierwszy krok w tej nierównej walce to po prostu zdać sobie z tego sprawę. Jak przestałem kochać design doskonale takie rzeczy uświadamia.
środa, 7 października 2015
Tadeusz Konwicki - Wschody i zachody Księżyca
Wiadomość o śmierci Tadeusza Konwickiego na początku roku odbiła się echem na większości cenionych przeze mnie blogów literackich. Przyznaję, że wówczas kojarzyłam to nazwisko, ale żebym była choćby zaznajomiona z twórczością artysty, nie mogę powiedzieć. Nadrabiam zaległości i już po pierwszej lekturze nie mam wątpliwości, że zachwyty nad prozą Konwickiego są w pełni uzasadnione.
Wschody i zachody Księżyca mają formę wymykającą się wszelkim klasyfikacją. Po części jest to dziennik, ale różne odniesienia do przeszłości zupełnie zaburzają jego chronologię. Luźne przemyślenia i głębokie rozważania, trochę eseju, fragment powieści - wszystko po trochu. Jeśli doszukiwać się jakiegoś punktu odniesienia, osi, to mogą to być przygotowania autora do ekranizacji Doliny Issy Miłosza. Aczkolwiek w ogóle nie zdziwią mnie inne interpretacje na temat tego, co prowadzi tą opowieść.
Duża część tej książki to portrety. Konwicki pisze o osobach, które odgrywają istotną rolę w jego życiu. Przewijają się tutaj nazwisko bardzo znane i nieznane zupełnie. Niektórym poświęcone zostały całe rozdziały, innym kilka zdań. Każdy jest na swój sposób intrygujący.
Śmiałe komentarze i krytyka odnośnie ówczesnego (początek lat 80-tych) ustroju w Polsce sprawiły, że powieść została zatrzymana przez cenzurę. Z dzisiejszej perspektywy tym bardziej polecam. A sama w bibliotece wypatruję wcześniejszej, bardzo cenionej książki Konwickiego - Kalendarz i klepsydra.
piątek, 17 października 2014
Wojciech Orliński - Internet. Czas się bać
Czytacie tego bloga, więc z pewnością korzystacie także z innych zasobów Internetu. Być może tylko okazjonalnie, być może codziennie, a może jesteście online bez przerwy. Ta książką została napisana dla absolutnie każdego z użytkowników tej globalnej sieci. Bo czas się bać.
Czy gdy dostaliśmy Internet, więcej zyskaliśmy czy straciliśmy? Większość osób bez zastanowienia odpowie, że zyskaliśmy. Nieograniczony dostęp do informacji, wiedza, której nigdy nie znaleźlibyśmy w książkach, możliwość utrzymywania kontaktów z ludźmi z drugiego końca świata. Jednak gdy przyjrzeć się temu, jak korzystamy z sieci, nawet największy entuzjasta wyszuka garść wad funkcjonowania w tym systemie. Może marnuje jednak czas na Facebooku? Może odtwarza na Youtubie ciągle te same klipy?
Rozsądna, mniej optymistycznie nastawiona osoba zauważy, że żeby dotrzeć do naprawdę rzetelnych informacji nierzadko musi się przebić przez masę bzdur. Że w sumie wiadomości, które czyta, są tendencyjne, rzadko trafia na odmienny punkt widzenia na daną sprawę.
Istnieje też grupa osób bardzo sceptycznie podchodzących do tego, co z naszym życiem zrobił Internet. Zdecydowanie do nich należę, ten niewygodny stan rzeczy uwierał mi jeszcze przed przeczytaniem tej książki. To wszystko, co mnie w sieci wkurzało i nie podobało mi się, Wojciech Orliński zebrał, uporządkował, wyjaśnił mechanizmy działania i konsekwencje. Straciliśmy w Internecie wolność i prywatność. Każdy nasz ruch w sieci jest rejestrowany, a z Internetu nie da się niczego trwale usunąć. Duże koncerny bez naszej wiedzy i zgody gromadzą masę informacji na nasz temat i regularnie wykorzystują je do tworzenia spersonalizowanych reklam. Nasza korespondencja z pewnością nie jest już tylko naszą własnością. Jesteśmy inwigilowani na każdym kroku. Internetowe piractwo uderza w artystów, anonimowi hejterzy potrafią zniszczyć życie niewinnej osobie. Wymieniać można bez końca
Rok 1984 nie spełnił się z pojawieniem się w telewizji programu Big Brother. W końcu to było kilkanaście osób, które z własnej woli zdecydowały się na mieszkanie pod okiem kamer. Wizja z tej genialnej powieści spełniła się, gdy zaczęliśmy korzystać z Internetu. Globalnie, wszyscy. Nieświadomi zagrożeń, wystawiający się na pastwę monopolu Google, Facebooka, Amazona, itd. Bo zabrano na także możliwość wyboru.
Książka ma bardzo pesymistyczny wydźwięk. Jednak to nie jest tak, że opisano w niej skrajny punkt widzenia, tylko rzeczywisty, aktualny stan rzeczy. Oczywiście, nie ma co się łudzić, że uda nam się funkcjonować bez Internetu, który stał się medium niezbędnym nam do życia jak woda czy prąd. Jednak pora zacząć korzystać z niego bardziej świadomie i spróbować zawalczyć o chociaż trochę wolności i prywatności.
czwartek, 13 marca 2014
Grażyna Plebanek - Córki Rozbójniczki
Sięgnęłam po tą książkę tylko i wyłącznie dlatego, że napisała ją Grażyna Plebanek. Nie podobała mi się okładka, opis na ostatniej stronie okładki też do mnie nie trafiał. A mimo to zabrałam ta książkę z biblioteki do domu. To był błąd.
Pamiętam, że pierwszą książką Plebanek, którą przeczytałam, była Przystupa. Czytało się dobrze, schemat nieco oklepany, ale osadzony w ciekawych realiach. Lekko i miło przemknęłam też przez Nielegalne związki i Pudełko ze szpilkami, chociaż przyznaję, że obie te lektury zlały mi się w pamięci w jedną całość. Zachwyciły mnie Dziewczyny z Portofino i według mnie to najlepsza książka w dorobku autorki. Nieco sentymentalna, o pokoleniu naszych rodziców.
Córki Rozbójniczki nie są powieścią, ale zbiorem tekstów o kobietach, które odegrały ważną rolę w życiu pisarki. Pojawiają się tutaj bohaterki książek, artystki, postacie historyczne. Przedstawicielki płci pięknej, których historie poruszyły do głębi Grażynę Plebanek (cecha wspólna: wykazywały się feministyczną postawą). Brzmi wspaniale? W rzeczywistości wspaniałe nie jest. Dawno nie męczyła mnie tak żadna książka. Opisy poszczególnych kobiet to coś na pograniczu streszczenia, eseju, filozoficznych rozważań. Wszystko czyli nic. Czułam się, jakbym czytała jakieś prace zadane pani Plebanek na studiach (wszak jest z wykształcenia polonistką). Nie mogłam uwierzyć, że pisała to spontanicznie (relacji z procesu twórczego nie brakuje), byłam przekonana, że to jakiś abstrakcyjny zbitek wypracowań.
Ogólnie: nie, nie i jeszcze raz nie. Oczywiście, część bohaterek była mi już wcześniej znana, ale w ogóle nie utożsamiałam się z Plebanek w ich interpretacjach. A do poznania tych, których wcześniej nie znałam, nie zachęciła mnie w ogóle.
Stanowczo odradzam tą lekturę, należy ją omijać szerokim łukiem, żeby się nie zrazić i przypadkiem nie skreślić z góry powieści autorki, które są naprawdę przyjemną lekturą. Można się domyślać, że stworzenie Córek Rozbójniczek było dla pisarki niesamowitą przygodą (przypominaniem sobie swoich ulubionych tekstów, wspominaniem przeróżnych wydarzeń z nimi związanych) i dało jej ogromną satysfakcję. Niestety dla czytelników nie jest to już taka frajda...
czwartek, 6 marca 2014
Andrzej Stasiuk - Nie ma ekspresów przy żółtych drogach
Po książkę Andrzeja Stasiuka sięgnęłam po raz pierwszy i było to moje pierwsze spotkanie z jego twórczością. Dlatego też nie przeszkadzało mi zupełnie, że Nie ma ekspresów przy żółtych drogach jest zbiorem tekstów, które były już wcześniej publikowane. Przeczytałam całość w ciągu jednego dnia, chociaż to książka z rodzaju tych, którymi powinno się delektować, smakować powoli, małymi kęsami.
Eseje i felietony dotyczą przede wszystkim podróży: jej przebiegu, planowania, refleksji na jej temat. To coś, co spina wszystkie przytoczone historie. Andrzej Stasiuk zabierze Was w podróż geograficznie - w różne zakątki świata (przede wszystkim po Polsce oraz za naszą wschodnią granicę i na Bałkany), a także w podróż w czasie - przywołując wspomnienia z dzieciństwa i młodości. Zbiór nie posiada żadnej chronologii, uporządkowania, ale to tylko podkreśla wyjątkowość każdego fragmentu.
Teksty są stosunkowo krótkie. Momentami bliżej im do Lapidariów Kapuścińskiego niż klasycznych zbiorów esejów. Język, którym posługuje się pisarz, zasługuje na uznanie - jest wyrafinowany, piękny, wspaniale oddaje emocje, z łatwością przenosi czytelnika do opisywanych miejsc.
Jestem zachwycona tą lekturą, gorąco polecam. Myślę, że to książka, którą warto zabrać w swoją podróż, na pewno genialnie byłoby czytać ją w czasie wakacji, w pociągu, w samolocie. Biorę każdą kolejną książkę Stasiuka, która wpadnie mi w ręce, w ciemno. Najchętniej Grochów, bo mieszkam zaraz obok, na Przyczółku.