Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pu erh. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pu erh. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 20 lutego 2022

Pu Erh Wenus

Pu erh czyli trudny smak, ale ja go uwielbiam. Ta mieszanka to ułagodzona wersja, bo pełna dodatków. Obok drobnych, ciemnobrązowych liści herbaty znajdziecie tu duże kawałki suszonej pomarańczy, jabłka i maliny. W składzie jest też duża domieszka cynamonu i aromatów.


Pachnie bożonarodzeniowo! Korzennie, piernikowo - i o ile nie jestem fanką pierników, to odpowiada mi ten aromat, jest taki ciepły.


Parzenie w okolicy 85 stopni, raczej dłużej, kilka minut. Zdarzyło mi się też po prostu zostawić zaparzacz w kubku i wcale nie popsuło to naparu - to pewnie zasługa dużej ilości dodatków. Uzyskana herbata ma dość jasny kolor, pachnie pu erhem - dodatki jakby się trochę ulatniają. Typowy smak jest przełamany słodyczą dodatków, łagodny.


Koneserzy tej ziemistej herbaty mogą być nieco zawiedzeni, amatorzy łagodniejszych smaków będą zachwyceni. W każdym przypadku warto spróbować!

poniedziałek, 2 listopada 2020

Pu erh

 

Nie było mnie tu nieprzyzwoicie długo, ale załatwiałam ważne sprawy i zrobiłam to skutecznie :) Ostatnie zdjęcia herbaty, jakie robiłam, są też nieprzyzwoite - słońce na nich świeci wręcz wulgarnie w porównaniu z tym, co mamy teraz za oknami. Niemniej jednak właśnie ten pu erh towarzyszył mi w ostatnim czasie i dzisiaj kilka słów o nim.


Dostałam tą herbatę w prezencie, cieszyła szczególnie, bo jakoś sama ostatnio czerwonej herbaty nie kupowałam. Ciemnobrązowy susz pachnie bardzo delikatnie, wręcz słabo, na pewno nie drażni, może jest nawet odrobinę słodkawy?


Parzony klasycznie, w około 95 stopniach przez kilka minut, daje piękny, bursztynowy napar, którego aromat już jest nieco bardziej drzewny, ale ciągle delikatny. Taki też jest w smaku - to zdecydowanie łagodny pu erh, mało wyrazisty, lekki. Taki, powiedziałabym, na początek przygody z tym rodzajem herbaty.


Polecam tym, którzy dopiero spotkają się z tą herbatą i tym, którzy szukają czegoś lekkiego, ale niebanalnego. A ja rozglądam się za kolejną czerwoną herbatą, tyle że teraz ciężką i mocną ;)

czwartek, 19 kwietnia 2018

Pu-erh Rio



Przy okazji wiosennych porządków na balkonie (i nie tylko) parzę sobie tą właśnie herbatę - Pu-erh Rio. Ma bardzo zmaltretowane opakowanie, bo podróżowała ze mną w ostatnim czasie i gniotła się w walizkach. Szczęśliwie nie odebrało jej to walorów smakowych!




Oprócz herbaty pu erh, w tej mieszance znajdziecie inne fantastyczne składniki: skórka cytryny, truskawka, kandyzowana papaja i kwiat pomarańczy. Sądzę, że ten ostatni składnik najbardziej odpowiada za obłędny zapach wydobywający się z opakowania - aromat jest bardzo słodki.




Herbatę parzę zgodnie z opisem na opakowaniu przez minimum 3 minuty w temperaturze 96 stopni. Napar, który otrzymujemy, ma piękny głęboko pomarańczowy kolor i pachnie dużo delikatniej niż susz, ale podobnie. Smakuje bardzo łagodnie. Dodatki osładzają surowy smak pu erh w bardzo przyjemny sposób. Aż trochę tego pu erh brakuje ;) Ale i tak polecam. Naprawdę smaczna herbata!




Herbaty pu erh to jedne z moich ulubionych i piję je stanowczo za rzadko... To tak trochę jak z książkami - tyle do przeczytania, a tak mało czasu! Z herbatą podobnie - tyle różnych smaków, a tak mało czasu, by ich próbować ;)

sobota, 7 stycznia 2017

Lao Mao Green Pu erh



Uwaga, uwaga, po bardzo długiej nieobecności wracam do żywych w Internecie! Ostatnie dwa miesiące ubiegłego roku były jak szalona przejażdżka kolejką górską - w moim życiu działo się dużo i intensywnie. W związku z tym byłam zbyt zaabsorbowana innymi rzeczami, żeby na spokojnie przygotować coś na bloga. Ale chyba wszystko z Nowym Rokiem wróci do normy :) Na dobry początek 2017 roku proponuję oczywiście herbatę. Dawno tu nieobecny, a jeden z moich ulubionych rodzajów herbaty: pu erh. Jednak nie jest to typowy przedstawiciel gatunku. Myślę, że degustacja Lao Mao Green Pu Erh może wielu herbaciarzy zaskoczyć. Gotowi?




Lao Mao Green Pu Erh to, jak słusznie sugeruje nazwa, tak zwany zielony pu erh. Jego produkcja to proces na pograniczu preparowania herbaty zielonej i klasycznych pu erh, bo (w dużym uproszczeniu) liście są suszone jak ta pierwsza, jednak dojrzewają jak ta druga. Unikalny jest też fakt, że to luźna herbata, nie jest sprasowana w ciastko.




Liście herbaty są niemalże całe, sztywne i skręcone. Mają głęboką ciemnozieloną barwę, miejscami są nieco jaśniejsze. Pachną sianem, skoszoną trawą, ale niezbyt intensywnie, przez co nie jest to wcale nieprzyjemny zapach. Jak parzyć? Na opakowaniu polecane jest 90 stopni, na stronie producenta - 80 stopni. Także trzeba próbować znaleźć odpowiednią temperaturę dla siebie - ja skłaniam się ku wyższej, bo daje intensywniejszy smak (ale też cięższy, bardziej cierpki). Kolejne parzenia dają bardziej stonowane napary niż to pierwsze.






Kolor herbaty jest zdecydowanie bliższy zielonym niż pu erh - jasnobrązowy, złamany zielonym. Ta barwa kojarzy mi się z tą, jaki dają zielone herbaty w torebkach, szczególnie aromatyzowane. Ale oczywiście wystarczy tej herbaty spróbować, żeby przekonać się, że mamy do czynienia z zupełnie inną klasą produktu ;)




Pochylając się nad herbatą, poczujecie charakterystyczny, nieco gnilny aromat. W naparze ta nuta jest również wyczuwalna, ale towarzyszy jej także warzywny posmak. Faktura napoju jest nierówna, posmak cierpki, ale wcale nie jest gorzka. Bardzo ciekawe doświadczenie. Nie przypisałabym tej herbaty ani do zielonych, ani do pu erh - to zupełnie odrębny rodzaj. Polecam spróbować!

Spójrzcie na liście po zaparzeniu - pięknie rozwinięte!




poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Liu Bao Cha



Byłam bardzo miło zaskoczona, poszukując w Internecie informacji o herbacie Liu Bao Cha, którą miałam (i w sumie mam ciągle) okazję ostatnio smakować - jest ich naprawdę sporo. To jeden z moich zakupów z Czajowni pochodzący z chińskiej prowincji Guangxi. Okazuje się, że to herbata, którą można określić jako wstęp do pu erh - często zresztą można ją dostać w formie zbitego krążka. Jednak jej proces przygotowywania (częściowa oksydacja przed fermentacją) sprawia, że ma delikatniejszy smak od klasycznych pu erh. Przekonajmy się :)




Listki tej herbaty są całkiem spore, bardzo sztywne i niezbyt kruche. Są ciemnoszare, trochę brązowe i jakby pokryte kurzem, chociaż wcale się nie pylą. Pachną jak przystało na pu erh (no, powiedzmy jej młodszą siostrę) - zgniłą trawą, sianem. Jednak wcale nie jest to niemiły zapach, nie jest ostry czy gryzący.






Trzymałam się parzenia zaleconego na opakowaniu to znaczy trzykrotnie temperaturą 80 stopni (trochę wyższą przy ostatnim parzeniu).





Napary z każdego kolejnego parzenia widzicie na zdjęciach poniżej - jak wskazuje barwa, od lewej do prawej. Nie tylko kolor się różnił, smak także się zmieniał, niestety na niekorzyść.




Bezapelacyjnie za pierwszym razem otrzymałam najlepszą herbatę. Kolor bliski pu erh - ciemnopomarańczowy, złamany brązem, taki rudawy. Aromat raczej delikatny, jakby słodkawy - przypominał mi indyjską herbatę assam wzbogaconą o taką trawiastą nutę. Przy smakowaniu ten akcent był zaznaczony jeszcze bardziej. Ta herbata jest zawieszona gdzieś między klasycznymi czarnymi a ciężkimi pu erh. Jej smak był wspaniale wyważony, jedwabisty i bardzo gładki, równy.




Za drugim razem napar zyskał mniej intensywną barwę - pomarańczową złamaną szarym. Tym razem aromat wydał mi się bardziej dymny, jakby spalony, a sam smak stracił charakter, był zdecydowanie słabszy. Wobec tego za trzecim razem podkręciłam temperaturę o kilka stopni (około 85-7). Napój był jeszcze bardziej szaro-pomarańczowy, z barwy jakby podobnie intensywny, ale smak już zupełnie nie ten. Wyraźnie wodnisty, a do tego pojawił się gorzki posmak. Może jednak nie warto było podnosić tej temperatury? Muszę jeszcze poszukać sposobu na to ostatnie parzenie.






Mimo wszystko gorąco polecam Wam Liu Bao Cha. To niezwykle inspirujące, że możliwe jest stworzenie herbaty zawieszonej gdzieś pomiędzy dwoma doskonale mi znanymi smakami.


poniedziałek, 22 lutego 2016

Pu erh Yunnan



Minął już niemal rok, od kiedy ostatnio pisałam o herbacie pu erh, która tak naprawdę jest jedną z moich ulubionych. Szczególnie w swojej wytrawnej, bardzo ziemistej postaci. Ta, o której chcę Wam opowiedzieć dzisiaj, to Pu Erh Yunnan ze sklepu Five o'clock.




W opakowaniu znajdziecie drobne, sztywne, niekruszące się listki o dość słabym (jak na ten rodzaj herbaty) zapachu. Mimo to wyczuwalny jest specyficzny, poddymiony aromat. I o ile wielokrotnie zapach po zaparzeniu jest łagodniejszy niż suszu, w tym wypadku jest odwrotnie. Właściwy, intensywniejszy zapach wydobywa się z dopiero z naparu.




Zalecony sposób parzenia to łyżeczka herbaty na około 300 ml wody o temperaturze 90-95 stopni. Producent sugeruje, żeby w ten sposób zalać listki dwukrotnie i parzyć przez pięć do ośmiu minut. Moim zdaniem rzeczywiście warto parzenie powtórzyć, ale przyznaję, że żeby uzyskać bardzo intensywny smak (taki właśnie preferuję), przedłużam je nawet do 10 minut.




Napar, który w ten sposób uzyskacie, będzie miał ten wspaniały, głęboki kolor - ciemnobrązowy, wpadający w bordowy tudzież purpurowy. Pachnie jesiennym deszczem, ciężko, troszeczkę zgniło. Mimo to w smaku jest to jeden z łagodniejszych pu erhów, które piłam. Nie pozostawia ziemistego posmaku, jest zdecydowanie łaskawszy dla podniebienia - to nie do końca to, czego oczekiwałam.




Pu erh Yunnan poleciłabym na początek przygody ze smakowaniem tego gatunku, a sama muszę się rozejrzeć za czymś cięższym. Co polecacie? Jak możecie sobie wyobrazić, mam tendencję do gromadzenia sporych ilości herbat. Zawsze mam w zapasie kilka paczek zielonej herbaty i przeróżnych czarnych, ale dziwnie rzadko kupuję pu erh. Pora to zmienić ;)


niedziela, 22 marca 2015

Żurawinowo-truskawkowa pu erh



Ostatnie herbaty, które pokazuję na blogu, można podsumować jako średnie. Liczyłam, że dzisiejszy pu erh się wyłamie, ale niestety też nie. Niby okej, ale nic szczególnego. Bardzo prosty skład: herbata pu erh, żurawina i truskawka to gwarancja, że smak herbaty pozostanie na pierwszym planie, jednak tym razem nie są to chyba liście najlepszej jakości...






Wyglądają pięknie - tego nie mogę im odmówić. O intensywnym kolorze, zwarte, umiarkowanie poskręcane. Pośród nich widoczne są cząstki owoców. Ale już aromat nie wróży dobrze - bardziej słodki niż ziemisty, jakiego spodziewałabym się po pu erh. Potrzeba dłuższej chwili, żeby wyłapać ten ciężki zapach, dla którego sięgamy do pu erh.




Herbatę parzyłam klasycznie - niemal wrzątkiem. Woda nabiera koloru od niej bardzo powoli. Dałam jej trzy minuty i ciągle nie pojawiała się klasyczna, ciemna barwa. Aromat był równie słaby.




I tak jak zapach wydawał się kiepski, zwietrzały, tak smak tej mieszanki zdaje się być rozwodniony. Owocowych dodatków z kolei było zbyt mało, żeby przebiły się do naparu, chociaż były wyraźnie wyczuwalne przed zalaniem suszu wodą. Ogólnie rzecz biorąc, to herbata o słabym charakterze, zbyt delikatna niż klasyczne pu erh. Przynajmniej dla mnie. Myślę, że na dobry początek do oswajania się z tym smakiem, ale nie dla koneserów.




Oby ta średnia passa szybko minęła, dawno nie było herbaty, nad którą absolutnie się rozpływałam!

niedziela, 11 stycznia 2015

Pu Erh Fitness



Mieliście jakieś noworoczne postanowienia? Trwacie w nich jeszcze czy już zostały przez Was porzucone? :) Takie sztampowe, aczkolwiek bardzo słuszne, to lepiej się odżywiać i zacząć regularnie ćwiczyć - trzymam kciuki za każdego, kto się podejmuje takich prozdrowotnych wyzwań! Nazwa dzisiejszej herbaty sugeruje, że świetnie wpisuje się w ten racjonalny trend.




Pu Erh Fitness to mieszanka o niezwykle energetyzującym składzie. Znajdziecie w niej, oprócz herbaty pu erh (ja uwielbiam, acz trzeba przyznać, że to trudny smak), także yerba mate (moich doświadczeń z yerbą ciąg dalszy - tym razem już całe listki, nie torebki:) oraz trawę cytrynową, dziką różę i jabłko. To połączenie brzmi świetnie, a pachnie po prostu oszałamiająco! Na słodkich kwiatowo-owocowych aromatach unosi się charakterystyczny zapach pu erh. Zakochałam się od pierwszego pochylenia nad tym suszem!




Jak parzyć? Dylemat. Pu erh raczej świeżo zaparzoną wodą, yerba w nieco niższej temperaturze. Z kolei dodatki z pewnością wymagają wrzątku. Kompromis to minimalnie przestudzona woda - takie niecałe 95 stopni. Sprawdziło się.

Swoją drogą z wszystkich herbat chyba najbardziej lubię patrzeć, jak parzy się pu erh, stopniowo, takimi falami oddając swój kolor. Widowiskowe. A na zdjęciach parzenie z użyciem jednego z moich urodzinowych zaparzaczy.




Parzyłam tą herbatę przez około dwie minuty, drugie parzenie tych samych liści przez kolejne dwie minuty daje niemalże równoważny rezultat. Napar ma głęboką, typową czerwono-brązową barwę i pachnie podobnie jak susz przed zaparzeniem, tyle że bardziej łagodnie. Smak? Świetny. Jest pu erh, jest słodycz owoców, jest orzeźwiająca trawa cytrynowa. Fantastyczna mikstura.




Pu Erh Fitness polecam Wam bardzo mocno. Nie wiem, czy to ta yerba tak mnie nakręca czy to, że zdążyłam się stęsknić za pu erh, ale bardzo pozytywnie nastraja mnie ta mieszanka. Smakuje nieziemsko, musicie spróbować.




Na koniec kilka słów o moich noworocznych postanowieniach (w których ciągle trwam)... Odżywiam się nieźle, regularnie ćwiczę, więc stworzyłam raczej listę celów na 2015 rok. Wśród nich - utrzymanie bloga na dotychczasowym poziomie ;)