niedziela, 15 września 2019
Natjun Oolong Milk
sobota, 4 listopada 2017
Oolong Finest Formosa
Oolong Finest Formosa przebył do mnie drogę aż z Tajwanu! Wydaje mi się, że dotąd nie piłam herbaty z tego regionu, tym bardziej ciekawa jest dla mnie jej degustacja.
To oolong, ale nie przypomina mi tych, które piłam dotąd. Już na pierwszy rzut oka przypomina mi pu erh. Liście mają taką charakterstyczną głęboko czerwono-brązową barwę. Pachną delikatnie -wysuszonym drewnem.
Jak parzymy? 80-95 stopni - zgodnie z informacją na opakowaniu od półtorej do czterech minut. Zdecydowanie skłaniam się ku temu, żeby parzyć tą herbatę krócej, ale za to kilkukrotnie. Woda szybko nabiera pięknej, złocistej barwy. Napar również pachnie drewnem... tyle że mokrym :)
Smak Oolong Finest Formosa, tak jak wygląd, kieruje się gdzieś w okolice pu erhów. Dla mnie bomba! Bo ten typ herbaty uwielbiam. To deliketniejszy napar, ale ziemisty, przełamany słodyczą, minimalnie oolongowo-warzywny. Bardzo, ale to bardzo przypadł mi ten smak do gustu. Trudno nie polecić! Robi wrażenie!
Drewniana podstawka pod filiżankę (lub kubek), którą widzicie na zdjęciach, to genialny MugHug. Sprawdza się zarówno na płaskiej kanapie i nierównej pościeli. Długo nosiłam się z tym, czy warto wydać dobrze ponad sto złotych na kawałek drewna, ale w żadnym wypadku nie żałuję tego zakupu (do ktorego długo się zbierałam!). Super sprawa, herbatoholikom gorąco polecam!
wtorek, 6 czerwca 2017
China Milky Oolong
Zdecydowanie za rzadko kupuję herbaty oolong! Smakują naprawdę świetnie, szkoda nie próbować ich częściej. Dzisiaj China Milky Oolong jako wieczorna herbatka na balkonie.
Już po otwarciu opakowania wiem, że będzie dobrze. Grube, poskręcane listki (wyglądają trochę jak gunpowder) pachną bardzo oryginalnie - ciężko, ale z bardzo wyraźną słodką nutą. Chce się je schrupać!
Na opakowaniu tej herbaty pani w sklepie zaznaczyła mi wszystkie wskazówki, jak ją parzyć i zdecydowanie się z tym planem zgadzam (2 minuty, 80-90 stopni). Liście dają naprawdę dobry napar w tych warunkach.
Otrzymujemy jasnożółty, klarowny napój. Pachnie bardzo subtelnie, ten aromat kojarzy mi się z letnią łąką - skoszona trawa, kwitnące kwiaty... Sielsko. Nie gryzie, nie drażni, bardzo przyjemne wrażenie.
Ten kwietny aromat zdaje się zapowiadać orzeźwiający napój, ale zdecydowanie na podniebieniu rozlewa się coś bardziej wyrafinowanego. Delikatny napój na końcu zaskakuje wyrazistym, warzywnym posmakiem, śmiem twierdzić, że ma w sobie trochę z warzywnego bulionu. Ciekawe doświadczenie!
Po zaparzeniu China Milky Oolong wygląda niewinnie, ale nie dajcie się zwieść. Polecam, jeśli lubicie takie niespodzianki, super sprawa.
środa, 2 listopada 2016
g`tea Oolong
Dzisiaj zapraszam Was na kolejną herbatę g`tea - tym razem oolong i tym razem w torebkach. Poprzednie spotkanie z produktem tej marki było miłe, ale nie zwaliło mnie z nóg. Jak będzie tym razem?
W czarnym opakowaniu z szufladką znajdziecie 20 torebek wypełnionych twardymi, mocno poskręcanymi listkami. Przed zaparzeniem listki pachną bardzo delikatnie, trochę drzewnie, może korą? Herbata jest opisana po prostu jako herbata turkusowa. Wymieniono jedynie kraj pochodzenia (Chiny), ale bez podania konkretnego regionu.
Zalecone przez producenta parzenie to wrzątkiem przez 3-5 minut. Nawet nie próbowałam tak wysokiej temperatury - uważam, że 90, może 95 stopni dla tej herbaty jest absolutnie wystarczające. Z czasem parzenia trochę poeksperymentowałam - mi odpowiada napar po jakichś 3-4 minutach, nie dłużej. A przed tym czasem, moim zdaniem, nie rozwija w pełni swoich możliwości ;) Kolor zaparzonej herbaty to bardzo jasnobrązowy, wpadający w pomarańcz, czego zdjęcia niestety nie oddają w pełni. Napój pachnie jak las po deszczu! Albo właśnie zgaszone wodą ognisko. Ciężko i jeszcze bardziej drzewnie niż przed zaparzeniem.
Te leśno-drzewne wrażenia nie opuszczają mnie już przy smakowaniu herbaty. To średnio intensywny napar w wyraźną, drzewną nutą z taką lekko ziołową otoczką. Jej próbowanie to naprawdę przyjemne doświadczenie. Niby ten smak chyli się gdzieś w kierunku nieco cięższych herbat zielonych, ale jednak to zupełnie odrębna kategoria dzięki tym oryginalnym smakom, które jeszcze w sobie zawiera. Gorąco polecam!
Genialna okulistyczna grafika, którą widzicie na zdjęciu w tle, pochodzi od Nieśmigielskiej :)
sobota, 20 czerwca 2015
Sencha Sekret Kleopatry
Herbatę Sencha Sekret Kleopatry kupiłam jeszcze na długo, zanim zdecydowaliśmy, że na urlop pojedziemy do Egiptu. W końcu doczekała się na degustację - w kuchni mamy całą kolejkę herbat, w ich kupowaniu nie znam umiaru (tracę głowę także, gdy kupuję książki - dlatego unikam księgarni, wybieram biblioteki - oraz kaktusy).
Sekret Kleopatry to stosunkowo prosta kompozycja: zielona herbata oraz herbata mleczna (podejrzewam, że mleczny oolong) z dodatkami - płatkami róży, płatkami migdałów (!) oraz wanilią. Brzmi słodko, taki też smak można z tej mieszanki uzyskać.
Susz jest niestety dość drobno pokruszony, ale, co ważne, nie pyli się. Pachnie trawiasto z bardzo przyjemną, słodką nutą. Przewijające się w nim płatki migdałów wyglądają super. Tą herbatę parzę w dość niskiej temperaturze - poniżej 80 stopni przez maksymalnie dwie minuty. W tych warunkach da się z niej uzyskać maksimum słodyczy praktycznie bez cienia goryczki. Coś wspaniałego.
Napar ma dość delikatny aromat, nieco waniliowy. Barwa tego napoju jest dość blada, żółty łamie się w nim z zielonym, widać to dopiero na białym tle. Herbata smakuje świetnie także po wystygnięciu.
Pozostaje mi gorąco polecić Sekret Kleopatry. Świetnie zaspokaja ochotę na łagodną zieloną herbatę. Raczej dla ukojenia nerwów, uspokojenia. Jeśli szukacie czegoś pobudzającego, należy zerknąć w stronę bardziej wyrazistych smaków.
poniedziałek, 3 listopada 2014
10 najlepszych Ślubnych Herbat - podsumowanie
Sądzę, że po czternastu miesiącach degustacji herbat, które otrzymaliśmy z okazji ślubu, winna jestem sobie, naszym ślubnym gościom i wszystkim czytelnikom bloga podsumowanie. Kilka słów na koniec tej podróży, garść refleksji. I kolejny raz podziękowania ;)
Z każdą otwartą paczką herbaty, utwierdzałam się w przekonaniu, że był to genialny pomysł, a nasi goście spisali się na medal. Doświadczyliśmy wielu nowych smaków, przypomnieliśmy sobie te znane i lubiane. Dało nam to mnóstwo radości! Przy okazji powstał ten blog. DZIĘKUJEMY! Raz jeszcze.
Przeczytałam i obejrzałam wszystkie posty spod etykiety ślubna (było ich niemal 100!) i postanowiłam wybrać te herbaty, które były najlepsze. Określić jednej naj nie udało mi się. Streściłam się w dziesięciu (chociaż i tak było trudno!). Wybrałam przede wszystkim te, których smaki były zaskakujące albo klasycznie genialne. Jeśli po lekturze mojego bloga nabierzecie ochoty na poznanie jakiejś nowej mieszanki, zacznijcie od którejś z poniższych. Zapewniam, że warto!
W zupełnie przypadkowej kolejności, najlepsze Ślubne Herbaty to:
1. Dilmah Earl Grey
Najlepszy earl grey, spośród wszystkich, które do tej miałam okazję spróbować! Więcej o tej herbacie tutaj.
2. After five
Jak czekoladki o tej samej nazwie! Herbata After Five łączy w sobie moc czarnej herbaty, orzeźwiający posmak mięty i słodycz czekolady.
3. Serce Afryki
O kenijskiej herbacie, która zaskoczyła mnie niebanalnym smakiem pisałam tu.
4. Zielona pigwa-imbir
Skład tej mieszanki nie do końca zgadzał się z nazwą, ale doświadczenia z jej degustacji były niepowtarzalne. Było pikantnie!.
5. Zielona Aloevera
Inna zielona herbata o zdecydowanie łagodniejszym, aksamitnie gładkim smaku. Raj dla podniebienia.
6. Pu Erh Mango - Maracuja
Ciężki, charakterystyczny pu erh. Tylko dla koneserów. Polecałam tutaj.
7. Dilmah Springtime Fragrant Oolong
Jedyna herbata z gatunku oolong, która znalazła się wśród prezentów, zwaliła mnie swoim smakiem z nóg. Poezja.
8. Dilmah Italian Almond
I jeszcze jedna herbata marki Dilmah - Italian Almond. Zupełnie inna od wszystkich znanych mi herbat aromatyzowanych.
9. Big Active Yerba mate Kakao i Wanilia
Ta mieszanka to dla mnie niezwykle udany początek przygody z yerba mate.
10. Kwiat miłości
A na koniec herbata, która równie pięknie wygląda, co smakuje. Do obejrzenia tutaj.
Chcesz podarować komuś herbatę? Kilka rad ode mnie w tym poście :)
sobota, 15 marca 2014
Dilmah Ceylon Supreme | Podsumowanie A Variety of Fine Tea
W opakowaniu A Variety of Fine Tea pozostały już tylko dwie herbaty: Dilmah Ceylon Supreme oraz Dilmah Earl Grey. Dzisiaj czas na parę słów o pierwszej z nich, bo druga z nich jest mi doskonale znana - pisałam o niej (zachwycałam się nią) tutaj.
Dilmah Ceylon Supreme to kolejna klasyczna czarna herbata. W opisie - o średniej mocy naparu. W istocie rzeczywiście taka jest. Z torebki można zaparzyć cały czajniczek, nie tracąc nic z intensywności herbaty. Roztacza umiarkowanie intensywny, charakterystyczny aromat.
Kolejny raz o czarnej herbacie Dilmah napiszę, że ma odpowiedni smak, jest dobrej jakości i warto po nią sięgnąć. Jednocześnie jej smak jest tak przewidywalny (a bardzo polubiłam element zaskoczenia przy poznawaniu nowych herbat), że nie ma szans zwalić z nóg. Doceniam, ale nie wychwalam pod niebiosa.
W ramach podsumowania A Variety of Fine Tea przypominam pozostałe herbaty, które wchodziły w skład zestawu: Dilmah English Breakfast i Dilmah English Afetrnoon - czyli intensywniejsza i łagodniejsza wersja czarnej herbaty, Dilmah Pure Peppermint Leaves - przyjemny napar z suszonej mięty, Dilmah Springtime Fragrant Oolong - absolutne objawienie, mistrzostwo herbat w torebkach, Dilmah Lemon - powszednie połączenie czarnej herbaty z cytrynowym aromatem oraz Dilmah Pure Green - nieciekawa w smaku herbata zielona (największy zawód).
Mimo małych rozczarowań i odrobiny monotonii w zestawie (głównie herbaty czarne) absolutnie uważam, że A Variety of Fine Tea jest świetnym prezentem! Daje możliwość spróbowania wielu różnych smaków, herbaty są świetnie opakowane i dzięki torebkom łatwe w parzeniu. Bardzo się cieszę, że zostaliśmy obdarowani takim sympatycznym podarunkiem.
P.S. W sklepach widziałam również inną wersję takiego zestawu od Dilmah, który zawiera osiem czarnych herbat aromatyzowanych (głównie owocowo). Wiele spośród nich otrzymaliśmy w klasycznych opakowaniach po 20 torebek - wszystko wkrótce na blogu!
wtorek, 25 lutego 2014
Dilmah Springtime Fragrant Oolong | Tacka do herbaty
Mała tacka do herbaty - taka na filiżankę i ciastko - to kolejny dobry pomysł na dodatek do herbacianego prezentu. Ta, którą znaleźliśmy wśród ślubnych prezentów, została opatrzona świetnym obrazkiem z kangurami (marzę o podróży do ich ojczyzny ;).
Tacce, gdy nie nosi herbaty, przypada miejsce w kuchni tuż obok Herbaciarki. Trzymamy na niej paczuszki z herbatami. Wśród nich ta, o której opowiem Wam dzisiaj: Dilmah Springtime Fragrant Oolong pochodząca z zestawu A Variety of Fine Tea.
Do Dilmah Springtime Fragrant Oolong byłam nastawiona baaardzo sceptycznie. Rozczarowałam się Dilmah Pure Green i wysunęłam tezę, że ta marka sprawdza się wyłącznie w herbatach czarnych. Jednak niesłusznie.
Do torebki tej herbaty spakowano w zasadzie dwa jej rodzaje: Springtime Tie Guan Yin oraz Fragrant Oolong - bez żadnych dodatków. Dzięki szczelnym kopertom skrywającym torebki zachowany zostaje aromat suszu - ziołowy, bardzo przyjemny. Instrukcja parzenia wskazuje na dwie minuty w wodzie o temperaturze między 70 a 80 stopni.
Warto przyjrzeć się parzeniu Dilmah Springtime Fragrant Oolong. Zaraz po zalaniu wydaje się, że herbata się nie zaparza, przez dłuższą chwilę kolor wody w ogóle się nie zmienia. Po chwili staje się zielonkawy, przypomina herbatę zieloną. Na moment przed upłynięciem określonego czasu nabiera pięknego pomarańczowego koloru. Napar nie pachnie jak susz - zioła ustępują kwiatom! Aromat jest bardzo intensywny, niemal jakbyśmy pochylali się nad świeżym bukietem. Coś cudownego! W smaku jest równie przyjemna, gładka, bez cienia goryczy, może odrobinę warzywna.
Już niemal spisałam na straty Dilmah-inne-niż-czarne i dużo bym straciła. Ta herbata jest naprawdę dobra i godna polecenia. I na pewno dam szansę innym herbat oolong tej marki. Jak na herbaciany pył wrażenia naprawdę super!