Godna uwagi lektura na te przedziwne pandemiczne czasy, w których otacza nas multum teorii spiskowych. Niestety akurat dopisanym w podtytule szczepionkom autor poświęcił niewiele miejsca, prym wiedzie GMO, ale i tak tą lekturę polecam. Jako fanka nauki, przeciwniczka celebrity-based medicine.
niedziela, 14 marca 2021
Marcin Rotkiewicz - W królestwie monszatana
wtorek, 12 maja 2020
Paweł Reszka - Mali Bogowie 2. Jak umierają Polacy
poniedziałek, 13 kwietnia 2020
Paul Theroux - Safari mrocznej gwiazdy
sobota, 28 marca 2020
Maria Hawranek, Szymon Opryszek - Wyhoduj sobie wolność
sobota, 21 marca 2020
Charles King - Odessa
piątek, 1 listopada 2019
Sam Quinones - Dreamland. Opiatowa epidemia w USA
niedziela, 8 września 2019
Ilona Wiśniewska - Hen. Na północy Norwegii
niedziela, 4 sierpnia 2019
Paul Theroux - Głębokie południe
wtorek, 16 kwietnia 2019
Filip Springer - Zaczyn. O Zofii i Oskarze Hansenach
środa, 15 sierpnia 2018
Aleksandra Lipczak - Ludzie z placu słońca
środa, 8 sierpnia 2018
Artur Domosławski - Gorączka latynoamerykańska
sobota, 28 lipca 2018
Marta Zaraska - Mięsoholicy
wtorek, 24 lipca 2018
Martín Caparrós - Głód
czwartek, 28 czerwca 2018
Agata Michalak - O dobrym jedzeniu
czwartek, 8 marca 2018
Katarzyna Boni - Ganbare! Warsztaty umierania
Japonia już przewijała się przez tego bloga, gdy pisałam o książkach Joanny Bator. W recenzji Japońskiego Wachlarza napisałam kilka słów o moich odczuciach względem Japonii (gdzie jednak ciągle nie byłam) i Japończyków. Niezależnie od rezerwy, z którą podchodzę do tego kraju i jego mieszkańców, reportaż o tej części świata pochłonęłam błyskawicznie - to po prostu musiało być ciekawe z punktu widzenia Europejczyka. Ganbare! Warsztaty umierania Katarzyny Boni to genialne studium japońskiej kultury.
Tsunami, które nawiedziło Japonię w 2011 roku, pochłonęło co najmniej 15,5 tysiecy ofiar, ponad 5 tysięcy osób ciągle uznaje się za zaginione. Trudno nie zgodzić się, że w obliczu tak ogromnej tragedii ujawnia się prawdziwe oblicze narodu. Traumatyczne wydarzenia wydobywają z ludzi zupełnie bezwarunkowe, naturalne zachowania. Nie ma czasu i miejsca na wystudiowane pozy, przemyślane formuły. Trzeba działać - i to automatycznie, instynktownie, według tego, co wdrukowane w głowie.
Japończycy doskonale wiedzą, co robić w razie trzęsienia ziemi, są uczeni tego konsekwentnie od dzieciństwa. W dniu pamiętnego tsunami także podążyli wyuczonymi ścieżkami do punktów ewakuacyjnych. Siła żywiołu przewyższyła wszelkie oczekiwania i mimo świetnej organizacji tysiące Japończyków zginęło. Niemal wszyscy, którzy przeżyli stracili kogoś - członka rodziny, bliskich, znajomych lub coś - dom, ogród, samochód. Z dojmującym doświadczeniem straty, w różnej skali, ci, którzy przetrwali, musieli zacząć układać sobie życie od nowa.
Perspektywy są dwie - w ogóle i w szczególe. W ogóle - Japonia pozbierała się ekstremalnie szybko. Tempo odbudowy zniszczonej infrastruktury imponowało całemu światu. W szczególe - Japończycy mimo upływu lat nie mogą pogodzić się z tym, co się stało i dają temu upust na różne sposoby. Chciałoby się powiedzieć, że po cichu i honorowo. I przede wszystkim o tym jest ta książka. O ludziach w szczególe, którzy ciągle starają się przepracować traumę.
Literacko to książka na bardzo wysokim poziomie - wspaniały, reporterski styl. Przytoczone fragmenty tekstów, np. artykułów z gazet, idealnie wpasowane w całość. Świetna rzecz, gorąco polecam!
(Wyjątkowo bez zdjęcia książki, zapodziało się.)
sobota, 28 października 2017
Piotr Nesterowicz - Każdy został człowiekiem
Jak podają statystyki, po drugiej wojnie światowej do początku lat sześćdziesiątych XX wieku w Polsce ze wsi do miasta przeniosła się jedna trzecia młodych ludzi. Tyle osób zdecydowało mierzyć się z powojenną rzeczywistością w nowych warunkach. Ludzie poszukiwali dla siebie nowych możliwości, szans - odbudowujące się po wojnie miasta wydawały się być idealnymi miejscami, żeby zacząć od początku.
Reportaż Piotra Nesterowicza Każdy został człowiekiem to zbiór historii o tych młodych ludziach, którzy swoim uporem i wytrwałością wypracowali sobie godne warunki do życia, społecznie awansowali. Byłyby to opowieści ku pokrzepieniu serc, gdyby nie ciemna strona mocy wyłaniająca się zza rogu... Wpływ Związku Radzieckiego na kształtowanie powojennego państwa odcisnął ogromne piętno na obywatelach Polski Ludowej tamtego czasu. Oczywiście postawy wobec nacisków ze strony radzieckich towarzyszy były różne - jedni dali się porwać komunistycznej ideologii bez reszty, w innych budziła opór... Niezależnie od tego jakoś tą nową Polskę trzeba było budować...
Wydarzenia z tej książki to nie jest żadna odległa perspektywa - to się działo dwa pokolenia temu. To historie naszych babć i dziadków i dlatego warto do tej lektury sięgnąć. Gorąco polecam jako kontynuację 1945 Magdaleny Grzebałkowskiej!.
czwartek, 11 maja 2017
Paweł Reszka - Mali Bogowie. O znieczulicy polskich lekarzy
To najważniejsza polska książka 2017 roku. Ważniejszej nie będzie. Dlaczego? Bo dotyczy każdego Polaka, bez najmniejszego wyjątku. Każdy z nas prędzej czy później staje się pacjentem, to nieuniknione. W tym reportażu znajdziesz portret współczesnego, polskiego lekarza złożony z wielu maleńkich obrazków. Przeczytaj i przekonaj się, kto Cię leczy (albo będzie leczył za chwilę). Jeśli nie masz żadnych profesjonalnych związków z medycyną, może to być dla Ciebie zadziwiające/przerażające/smutne/nie do ogarnięcia, ostrzegam. Ale na pewno będzie pouczające i mam nadzieję, że nie zagłosujesz już nigdy na partię, która nie zamierza zwiększać środków na ochronę zdrowia. W końcu nie chcesz umrzeć w jednej z kolejek do leczenia.
Jestem lekarzem i ręczę, że wszystkie wypowiedzi zebrane w Małych Bogach to prawda. Tak źle zorganizowana, absurdalna i niedofinansowana jest polska opieka zdrowotna. Cały personel medyczny z lekarzami na czele stara się jakoś w tym całym cyrku leczyć pacjentów, a w tych warunkach to naprawdę nie lada wyzwanie. Z książki dowiecie się między innymi: jak to jest pracować 400 h w miesiącu; ile naprawdę zarabiają lekarze; jak to jest uczyć się całe życie; co lekarze poświęcają dla swoich pacjentów; skąd te super samochody w naszych garażach; jak starsi lekarze odnoszą się do młodszych; jak bardzo jesteś lekceważony i oszukiwany przez NFZ; jak bardzo Twoje leczenie nie opłaca się NFZ; jak bardzo w d* mają Twoje zdrowie rządzący; i o wielu, wielu innych rzeczach. Dla mnie oczywistych, ale niestety wielu pacjentów nie wie, jak to naprawdę funkcjonuje.
Jeśli pewnego dnia polscy lekarze doprowadzeni na skraj wytrzymałości solidarnie stwierdzą, że od dziś pracują tylko na jednym etacie, system ochrony zdrowia zawali się w kilka dni. Nie będzie szpitala ani poradni, która będzie w stanie normalnie pracować z powodu braku kadry. W żadnym miejscu nie uda się ułożyć całodobowych dyżurów. Twoje zdrowie i życie, Drogi Pacjencie, byłoby w ogromnym niebezpieczeństwie. Świetnie podsumowuje to obecny minister zdrowia, Konstanty Radziwiłł, twierdząc, że lepszy zmęczony lekarz niż żaden, którego resort nie robi nic w kierunku, żeby tą sytuację zmienić.
Dzisiaj na porannym obchodzie po 24-godzinnym dyżurze usłyszałam od jednej a pacjentek, że jest mi bardzo wdzięczna za opiekę, z całego serca mi dziękuje i to ogromne szczęście, że właśnie ja ją przyjmowałam do operacji. To proste dziękuję to sens naszej pracy, satysfakcja, której nie da się opisać. Dlatego nie rzucamy tego wszystkiego w cholerę, chociaż czasami naprawdę chcemy (na przykład jak w gabinecie pacjent krzyczy na mnie, że wszyscy lekarze to łapówkarze i złodzieje).
czwartek, 19 stycznia 2017
Magdalena Grzebałkowska - 1945. Wojna i pokój
Na otwarcie Nowego Roku na blogu wybrałam książkę, która w oczywisty sposób nawiązuje do układu kalendarzy, w których właśnie organizujemy sobie najbliższe dwanaście miesięcy. W 1945. Wojna i pokój Magdaleny Grzebałkowskiej próżno jednak szukać sprecyzowanych planów, przewidywanych szczęśliwych wydarzeń czy rozpisanych kolejnych etapów większych i mniejszych przedsięwzięć. To zapis wielkiej improwizacji, jaką był powrót do względnej normalności w Polsce po wydarzeniach drugiej wojny światowej.
Zakończenie drugiej wojny światowej z perspektywy podręcznika do historii to jedno, krótkie wydarzenie. Dla Europejczyków mieści się w dacie 8 maja 1945. W rzeczywistości był to długi i żmudny proces, dla wielu trwający pewnie drugie tyle, co sama wojna. Nie ma jednak wątpliwości, że rok 1945 musiał być z wielu powodów tym najtrudniejszym, bo jakoś trzeba zacząć życie w zupełnie odmienionej rzeczywistości.
Ta niesamowita, drobiazgowo i skrupulatnie przygotowana książka Grzebałkowskiej (Nagroda Nike Czytelników 2016!) to najlepsze dopełnienie podręczników historii, jakie tylko można sobie wyobrazić. To historia w najbliższym czytelnikowi formacie - zbiorze relacji zwykłych ludzi. Zwykłych ludzi w niezwykłych czasach. Pomyśl, o tym, kto i co Cię otacza - rodzina, przyjaciele, dom, miasto, kraj. W 1945 roku nie było w Polsce ani jednej osoby, która mogła powiedzieć, że to jej najbliższe otoczenia przetrwało wojnę bez szwanku. Niepełne rodziny, zabici lub zaginieni przyjaciele, zburzone domy i całe miasta. A kraj? W nowych granicach. Wyobraź sobie, że pewnego dnia Twoje podwórko przestaje być Twoim podwórkiem i w ciągu godziny wyruszasz z całym swoim dobytkiem w poszukiwaniu nowego. A tam spotykasz ludzi, których spotkało to samo - nagle przestali być u siebie, a Ty masz zająć ich miejsce na Ziemi. Przecież to niewyobrażalna, zbiorowa trauma. A to tylko dopełnienie wojennych doświadczeń!
Czytałam 1945. Wojna i pokój z zapartym tchem. Wychowałam się na Mazurach, gdzie otacza nas poniemieckość. Rodzice moich rodziców po wojnie przebyły wędrówki, o których pisze Grzebałkowska. Ale nawet jeśli ziemie odzyskane to nie jest bezpośrednio Twoja historia, i tak warto ją poznać.
sobota, 10 września 2016
Wakacyjne podróże: Magdalena Rittenhouse - Nowy Jork. Od Mannahatty do Ground Zero
Ostatni przystanek tych moich wakacyjnych podróży to dość oczywisty turystyczny kierunek. Miasto, które nigdy nie zasypia. Nowy Jork. Stosunkowo młode miasto na mapie świata, które zupełnie nic sobie z tego nie robi i chce wieść prym pod każdym względem. Stolica mody, teatru, sztuki, architektury. Wszystko naj. Czy warto dać się poprowadzić przez nowojorskie ulice Magdalenie Rittenhouse?
Autorka mieszka w Nowym Jorku już dwadzieścia lat i poznawanie jego zakamarków to jej wielka pasja.
Zwiedzanie miasta w jej wykonaniu nie sprowadza się tylko do podziwiania budynków i obserwowania ludzi. Rittenhouse przeszukuje wszystkie możliwe materiały źródłowe w bibliotekach, przeprowadza wywiady oraz bierze udział w spotkaniach i wykładach poświęconych metropolii. Podstawy do przygotowania Od Mannahatty do Ground Zero miała naprawdę dobre.
Czytając pierwszą część książki - przygotowaną niezwykle drobiazgowo, pełną nazwisk, dat i cytatów z przypisami, miałam wrażenie, że to jakaś rozprawa doktorska, a przynajmniej praca magisterska. Dzieje każdego ważnego zakątka miasta zostały opisane najbardziej szczegółowo, jak tylko się da. Brzmi to wszystko dość sztywno. Fragmenty, gdzie autorka wtrąca wątki, które miały nadać książce trochę spontaniczności i naturalności (migawki ze spacerów, jesienne liści, padający śnieg), wydają się teatralne w zestawieniu z tym naukowym tonem. Nie mówię, że czyta się to źle, przeciwnie, ale potrzeba chwili, żeby się do tego przyzwyczaić.
W drugiej części książki Rittenhouse rozluźnia atmosferę, nie jest już musztrującym przewodnikiem, ale swobodną kumpelką, która oprowadza nas po mieście. Swoją zasługę mają w tym częściej pojawiające się wątki osobiste. Korci mnie, żeby napisać, gdzie pisarka mieszkała, gdy po raz pierwszy przyjechała do Nowego Jorku, ale nie będę psuła Wam tej niespodzianki.
Czy marzę o podróży do Nowego Jorku? Na pewno polecę tam prędzej niż na Spistbergen czy do Japonii. I z pewnością za przewodnik tam posłuży mi Od Mannahatty do Ground Zero.
P.S. A propos trwającego właśnie turnieju US Open, zabrakło mi w tej książce rozdziału o kortach na Flushing Meadows ;)
P.S.2. Piszę ten post z mojego balkonu. Zaszło już słońce, a mimo to ciągle jest przyjemnie ciepło. Ten post kończy serię wakacyjnych podróży i miało być coś o nadejściu jesieni. Ale na szczęście nie będzie! Lato, trwaj!
czwartek, 8 września 2016
Wakacyjne podróże: Joanna Bator - Japoński wachlarz
Opowieści Joanny Bator o Japonii zaczęłam czytać od końca. Najpierw wpadł w moje ręce Rekin z parku Yoyogi, który jest dopiero kontynuacją Japońskiego wachlarza (widziałam ostatnio nowe, wspólne wydanie obu tych książek). Ten drugi to wstęp do Kraju Kwitnącej Wiśni. To sam początek znajomości, zbiór silnych, pierwszych wrażeń, ale popartych wnikliwą analizą. Autorce towarzyszymy dosłownie od momentu, kiedy wsiada do samolotu lecącego do Tokio.
Japonia to inny kraj. Dalece różny od znajomej nam Polski czy nawet każdego europejskiego kraju. Do tego różny pod wieloma względami. I nie chodzi tylko o to, że Japończycy zachowują się trochę inaczej niż Europejczycy, budują inne domy czy obchodzą inne święta. Oni inaczej niż my pojmują rzeczywistość, nierzadko kierują się filozofią niekoniecznie dla nas oczywistą. Bator te wszystkie odmienności szczegółowo opisuje, a przede wszystkim wyjaśnia i pokazuje ich źródła. Opisać zjawisko to żadna sztuka; dociec jego głębi - to dopiero coś! Pisarka udowadnia nam, że Japonię, ten nieprawdopodobny twór, można oswoić, a do tego czerpać z tego wiele przyjemności.
Z Japońskiego wachlarza dowiecie się, jak smakuje ryba fugu, jak prawdziwe sushi, a jak prawdziwa japońska herbata (!) smakowania tam podczas prawdziwej herbacianej ceremonii. Zapoznacie się z japońską architekturą, poznacie uzasadnienie dla tego pudełkowego, kompaktowego budownictwa, zajrzycie do kiczowatych hoteli miłości czy domów zwykłych Tokijczyków. A tak przy okazji września, przekonacie się, ile nauki mają mali Japończycy. To będzie niezwykle interesująca podróż, zapewniam!
Nie mam wątpliwości, że laureatka Nike kocha Japonię, a poznawanie japońskiej kultury to jej pasja. Mimo to dla czytelników, którzy dopiero zaznajamiają się z tą odległą krainą, książka nie okaże się rezultatem ślepej fascynacji, ale naprawdę rzeczowym przewodnikiem. Myślę, że każdemu turyście przed wizytą w Japonii ta lektura wiele by ułatwiła, a na pewno z samej podróży skorzystali by o wiele bardziej niż bez tej cennej wiedzy.
Na moich zdjęciach widzicie prawdziwy japoński wachlarz - prezent od Japończyka, z którym pracowałam przez kilka zimowych miesięcy. W Japonii nie byłam, ale ta znajomość potwierdza wszystko, co o mieszkańcach tego kraju napisała Joanna Bator. Tłumaczy też dystans i rezerwę, z jaką byłam traktowana przez Ryo, jego nadmierną uprzejmość oraz trudność w wyrażaniu niektórych próśb i pytań. Nie mogę powiedzieć ani jednego złego słowa o naszej współpracy, ale z pewnością to doświadczenie utwierdziło mnie w przekonaniu, że Japonia ciągle tkwi gdzieś daleko na liście miejsc, do których chciałabym pojechać. Usposobienie ludzi, których gdzieś tam w podróży spotykamy, jest bardzo ważne. Komfortowo czuję się tam, gdzie ludzie są otwarci, spontaniczni i rozmawia się z nimi swobodnie. Tego w Japonii, a przynajmniej na samym początku wizyty tam, nie mamy co się spodziewać. (Pewnie dlatego ciągle podróżuje do Hiszpanii, a marzy mi się Ameryka Południowa.) W każdym razie tą książkę uważam za lekturę obowiązkową, baaardzo polecam!