niedziela, 22 grudnia 2019
Najlepsi o języku polskim - prezenty na ostatnią chwilę
sobota, 29 grudnia 2018
Dorota Masłowska - Jak przejąć kontrolę nad światem, nie wychodząc z domu
niedziela, 9 grudnia 2018
Katarzyna Nosowska - A ja żem jej powiedziała
niedziela, 7 lutego 2016
Marcin Wicha - Jak przestałem kochać design
Nie podoba mi się zbytnio słowo design, ale już użyteczność - bardzo. Jest takie polskie (ż, cz, ś, ć) i doskonale oddaje znaczenie zagadnienia. Przedmioty, których używamy do wszelkich codziennych i niecodziennych czynności, oprócz tego, że powinny spełniać zadaną funkcję, powinny być wygodne w użytkowaniu, proste w obsłudze, a najlepiej jeszcze ładne. Designerzy zajmują się mniej więcej tym, żeby nadać przedmiotom te wszystkie cechy - a przynajmniej ja tak to rozumiem. Jak się ma ta dziedzina w Polsce? Właśnie o tym jest Jak przestałem kochać design Marcina Wichy w bardzo dobrej, charakterystycznej okładce.
Książka to zbiór krótkich tekstów - felietonów, komentarzy, luźnych notatek - szeroko traktujących o projektowaniu przedmiotów w Polsce. Wszystkiego po trochu po to, żeby nakreślić szerszą wizję problemu - bo w takich kategoriach, mam wrażenie, ten temat w naszym rodzimym kraju funkcjonuje. Znajdziecie tu sporo informacji o historii zagadnienia, o ważnych postaciach, o założeniach, trendach i masie absurdów, jakie się z tym wiążą. Sporo o nieporozumieniach między zleceniodawcą a projektantem. Sporo o ignorancji. Wszystko w pigułce, może powierzchownie, ale z humorem i trafiające w sedno sprawy.
Jeśli wydaje się Wam, że design nie jest częścią Waszego życia, rozejrzyjcie się dookoła. Spójrzcie na krzesła, naczynia w kuchni, sklepowe szyldy albo dokumenty do wypełnienia w urzędzie (te mikroskopijne rubryczki!). Każdą z tych rzeczy KTOŚ zaprojektował.
Podzielam zarzuty przewijające się przez różne recenzje tej książki, że całość jest bardzo chaotyczna i zupełnie nieuporządkowana. Dla mnie była to lektura do autobusu - sięgałam po te teksty w drodze do pracy czy w inne miejsca i te krótkie formy sprawdzały się znakomicie. Ale rzeczywiście czytanie tego ciągiem może ogromnie irytować. Sam styl i język są poprawne - bez fajerwerków, ale też bez odchyleń w druga stronę.
W sumie polecam. Zbiór tych tekstów wyostrza spojrzenie na otaczające nas przedmioty, w ten sposób, co Wanna z kolumnadą Filipa Springera na otaczająca nas architekturę. Dużo jest ciągle do zrobienia w kwestii użyteczności różnych przedmiotów, a pierwszy krok w tej nierównej walce to po prostu zdać sobie z tego sprawę. Jak przestałem kochać design doskonale takie rzeczy uświadamia.
niedziela, 7 września 2014
Agnieszka Graff - Matka feministka
Agnieszka Graff zebrała w Matce feministce teksty, które moim zdaniem wskazują jedyny słuszny kierunek, w którym powinien zmierzać polski feminizm oraz określiła dokładnie, jakimi problemami powinien się tak naprawdę zająć. Brzmi okropnie sztampowo, ale naprawdę tak myślę. Te felietony i zapisy wystąpień skutecznie ściągają na ziemię. Tą świetną książkę przeczytałam w ciągu dosłownie kilku godzin. Sprawnie napisane teksty, osadzone w jakże bliskich nam realiach, poparte badaniami i cytatami.
Szkoda ogromnej energii i wysiłków na tematy, które wprost kojarzą nam się z feministkami. Aborcja? Jeśli Polce nie wystarcza konstytucyjny kompromis, doskonale obchodzi go w klinikach w Niemczech czy Czechach. Refundacja antykoncepcji? Zbyt wiele innych ważnych leków... Parytety na listach wyborczych? To sztuczny sposób wtłaczania kobiet do polityki. Równe zarobki? Należy się ich po prostu domagać - kobiety zdecydowanie rzadziej proszą o podwyżki. Kogo dotyczą te problemy? Ułamka społeczeństwa. Kogo dotyczą problemy rodzin? Niemal każdego. Jeśli nie bezpośrednio, to pośrednio (okej, nie spodziewam się, że ktoś zapracuje na moją emeryturę, ale podstawą funkcjonowania państwa są jednak ludzie).
Pora zawalczyć o parytety w życiu prywatnym! O ojców zajmujących się swoimi dziećmi na równi z matkami. O urlopy rodzicielskie dzielone po równo między mamę i tatę. O żłobki i przedszkola, które pozwolą obojgu rodzicom pracować. O zrównanie w oczach pracodawcy kobiet i mężczyzn - w końcu oboje odpowiadają za dziecko. O rzeczywiście równe szanse obu płci. Agnieszka Graff wyłoży Wam, jak niebywale dyskryminowane są polskie matki (a przez to także ojcowie) dzięki zasługom zardzewiałej tradycji, katolicyzmu i ślepych polityków.
Polska matka w ogóle łatwo nie ma. Oddają to świetnie przytoczone przez autorkę dwa wizerunki matek funkcjonujące w powszechnej świadomości. Są to z jednej strony kury domowe oddające każdą minutę swojego życia dzieciom (o pracy nie ma mowy) oraz po drugiej stronie barykady tak zwane kobiety sukcesu, które żonglują pracą i wychowywaniem dzieci (jakoś im to wychodzi, tylko one wiedzą, jakim kosztem). Co ciekawe zarówno kura domowa i kobieta sukcesu mają gwarantowane ze strony części matek czułe słowa pogardy, a z kolei w innych wzbudzają bezbrzeżną zazdrość. I tak źle, i tak niedobrze, a w sumie dowodzi to mojej teorii o nikłej solidarności wśród kobiet.
Pośród wielu statystyk, które zostały przywołane w Matce feministce, najciekawsze są te dotyczące czasu poświęcanego na prace domowe. GUS policzył, że kobiety średnio poświęcają im niemal pięć godzin dziennie, mężczyźni - połowę tego czasu. A czy mieszkają dwa razy krócej? Nie sądzę...
Równość płci jest dla mnie oczywista. Buntuję się przeciwko wyraźnemu faworyzowaniu lub deprecjonowaniu kogoś tylko ze względu na płeć. Jestem głęboko (może nieco naiwnie, ale jednak) przekonana o tym, że kobieta i mężczyzna mogą pełnić te same role, wykonywać te same zawody. Jedyna różnica, nad którą ogromnie ubolewam, to fakt, że mężczyźni nie mogą rodzić dzieci i to się raczej nigdy nie zmieni. Oprócz tego - wszystko, co robią kobiety, może świetnie zrobić mężczyzna (i nie należy go z tego powodu gloryfikować, to powinno być naturalne) i odwrotnie. Ta książka przyklaskuje moim poglądom.
Oczywiście, są kobiety, które świadomie rezygnują z pracy (w ogóle lub na dłuższy czas niż urlop macierzyński), chcą poświęcić się dzieciom w stu procentach i jest to ich decyzja, a nie splot niekorzystnych okoliczności. Nie można potępiać tej postawy. Aczkolwiek trzeba wyraźnie podkreślić, że dłuższy czas poza rynkiem pracy, to murowane problemy z powrotem do tego środowiska. Ponad rok gdzie indziej zabiera Wam szansę na zrównanie zarobków z osobami, które tak długiej przerwy nie miały. Praca jest wartością samą w sobie, gwarancją niezależności (!). I w tym miejscu skłaniam się ku temu, co na ten temat mówi profesor Magdalena Środa.
Apelujemy (ja i Agnieszka Graff w Matce feministce): nie dyskryminujmy mężczyzn! Niech robią to samo, co kobiety!
I niech przeczytają tą książkę.