Pokazywanie postów oznaczonych etykietą felietony. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą felietony. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 grudnia 2019

Najlepsi o języku polskim - prezenty na ostatnią chwilę



Tak jak przed rokiem i przed dwoma laty, na chwile przed Świętami chcę Wam polecić zestaw kilku świetnych książek, które mogą się sprawdzić jako prezent na ostatnią chwilę. Warto je sprezentować również samemu sobie, tak po prostu ;)

Moją pasją jest nauka języków obcych i naprawdę sporo się nimi posługuję, ale moją największą miłością pozostaje jednak język polski. Uważam, że nasza ojczysta mowa jest naprawdę wyjątkowa! Jestem szczęśliwa, że mam opanowany tak trudny język! Czy dałabym radę nauczyć się polskiego jako języka obcego? Oj, wątpię! A tak, nie dość, że go świetnie znam, to jeszcze moge zgłębiać jego zawiłości i tajniki. Te trzy książki są stworzone do tego, by się w cudownym języku polskim rozsmakowywać.



Dwie z tych książek to dzieło tercetu profesorów - Jerzego Bralczyka, Andrzeja Markowskiego i Jana Miodka - chyba nie trzeba ich przedstawiać. We Wszystko zależy od przyimka w rozmowie moderowanej przez Jerzego Sosnowskiego rozprawiają o ciekawych zjawiskach w języku np. spolszczonych angielskich wyrazach, jakże modnych obecnie żeńskich formach, itp. Trzy po trzy to z kolei zbiór krótkich analiz, komenatarzy odnoszących się do konkretnych słów - jak te słowa zmieniały swoje znaczenie, jak funkcjonują w języku, jak powinny być stosowane. Baaardzo pouczające. Ostatnia książka - 500 zdań polskich to w całości dzieło profesora Bralczyka. Bardzo trafne omówienia wyrażeń, które powszechnie funkcjonują w naszej codziennej mowie, a nie zawsze zdajemy sobie sprawę z ich pochodzenia i pierwotnego znaczenia. Można otwierać na chybił trafił i czytać wspólnie :)

sobota, 29 grudnia 2018

Dorota Masłowska - Jak przejąć kontrolę nad światem, nie wychodząc z domu



Dużo czasu w święta spędziliście przed telewizorem? Ja w sumie niewiele (to zależy, jak zakwalifikować Netflixa?), za to sądzę, że Dorota Masłowska sporo i być może przygotowuje teksty doskonale podsumowujące to, co zobaczyła. Jej zbiór felietonów Jak przejąć kontrolę nad światem, nie wychodząc z domu to genialny przegląd i błyskotliwa krytyka kultury masowej - tego, co przede wszystkim zobaczycie w telewizji. Jest tutaj też kilka zjawisk pozatelewizyjnych jak np. gazetka Przyślij przepis.



Kojarzę Kuchenne rewolucje czy muzykę disco polo, ale przewija się przez tą książkę sporo programów, o których istnieniu nie wiedziałam albo znałam nazwę, ale zupełnie nie wiedziałam, o co w nich chodzi. Jednak to wcale nie przeszkadza w odbiorze tekstów - te o nieznanych bohaterach są równie ciekawe, śmieszne i pouczające. Jej opisy powalają mnie na łopatki - śmiałam się przy tej lekturze bardzo głośno. Z jednej strony Masłowska jest bezlitosna dla tych nienajwyższych lotów rozrywek, z drugiej - wpatruje się w nie jak zaczarowana! Bo to jednak wciąga. I bardzo dużo mówi o ludziach - najdoskonalsza analiza społecznych nastrojów, dążeń czy problemów.

Możesz co czwartek biegać do Zachęty (czy wstęp w czwartki jest ciągle bezpłatny?), co miesiąc być w teatrze i chodzić tylko do kin studyjnych. Ale większość Polaków ogląda telewizję i to przez wiele godzin w ciągu dnia. To takie lustro, w którym przeglądają się Polacy. Warto mieć jakieś pojęcie na ten temat - Dorota Masłowska przygotowała nam taki podręcznik. Ta lektura to świetna zabawa, ale spodziewajcie się po niej raczej gorzkiej refleksji...

niedziela, 9 grudnia 2018

Katarzyna Nosowska - A ja żem jej powiedziała



Powszechnie wiadomo, że do książek pisanych przez artystów i wszystkie osoby publiczne należy podchodzić ostrożnie. Pisarstwo nie jest ich głównym fachem, jedynie dopełnieniem podstawowej twórczości i wychodzi bardzo różnie. Już sama tematyka tych książek jest wątpliwa - jak żyć, jak jeść, jak ćwiczyć - poradnikowy pseudofilozoficzny mętlik. Zwykle. Ale Kasia Nosowska (nie jestem obiektywna, kocham ją od wczesnej młodości i niezmiennie od 15-tu lat ganiam na jej koncerty) wyszła poza utarty schemat. Stworzyła absolutnie niepowtarzalną pozycję na rynku wydawniczym.



A ja żem jej powiedziała to zbiór krótkich, zaledwie dwu-trzystronnicowych tekstów, w których autorka opowiada o swoich spostrzeżeniach dotyczących różnych stref życia. Nieco o miłości, związkach, samoakceptacji, ale także o celebrytach, social-mediach, alkoholizmie. Przeróżne problemy z perspektywy życiowych doświadczeń piosenkarki, która ma niesamowity, godny podziwu dystans do siebie i otaczającego ją świata - cecha niezwykle deficytowa. Nosowska zdaje się być poziom wyżej, spoglądając na to wszystko i oceniając to uważnie, ale z rozsądnej odległości. No i to poczucie humoru! Wszystkie teksty są okraszone jej markowymi żartami, które uwielbiam. Poważnie, ale na wesoło.

Ten tekst obroniłby się sam, ale co szkodziło otoczyć go piękną grafiką? Książka jest świetnie wydana, intensywnie kolorowe ilustracje nadają jej wyrazistości.

Gorąco polecam. Dla otrzeźwienia, zyskania świeżej perspektywy, pociechy w trudnych chwilach.

niedziela, 7 lutego 2016

Marcin Wicha - Jak przestałem kochać design



Nie podoba mi się zbytnio słowo design, ale już użyteczność - bardzo. Jest takie polskie (ż, cz, ś, ć) i doskonale oddaje znaczenie zagadnienia. Przedmioty, których używamy do wszelkich codziennych i niecodziennych czynności, oprócz tego, że powinny spełniać zadaną funkcję, powinny być wygodne w użytkowaniu, proste w obsłudze, a najlepiej jeszcze ładne. Designerzy zajmują się mniej więcej tym, żeby nadać przedmiotom te wszystkie cechy - a przynajmniej ja tak to rozumiem. Jak się ma ta dziedzina w Polsce? Właśnie o tym jest Jak przestałem kochać design Marcina Wichy w bardzo dobrej, charakterystycznej okładce.

Książka to zbiór krótkich tekstów - felietonów, komentarzy, luźnych notatek - szeroko traktujących o projektowaniu przedmiotów w Polsce. Wszystkiego po trochu po to, żeby nakreślić szerszą wizję problemu - bo w takich kategoriach, mam wrażenie, ten temat w naszym rodzimym kraju funkcjonuje. Znajdziecie tu sporo informacji o historii zagadnienia, o ważnych postaciach, o założeniach, trendach i masie absurdów, jakie się z tym wiążą. Sporo o nieporozumieniach między zleceniodawcą a projektantem. Sporo o ignorancji. Wszystko w pigułce, może powierzchownie, ale z humorem i trafiające w sedno sprawy.

Jeśli wydaje się Wam, że design nie jest częścią Waszego życia, rozejrzyjcie się dookoła. Spójrzcie na krzesła, naczynia w kuchni, sklepowe szyldy albo dokumenty do wypełnienia w urzędzie (te mikroskopijne rubryczki!). Każdą z tych rzeczy KTOŚ zaprojektował.

Podzielam zarzuty przewijające się przez różne recenzje tej książki, że całość jest bardzo chaotyczna i zupełnie nieuporządkowana. Dla mnie była to lektura do autobusu - sięgałam po te teksty w drodze do pracy czy w inne miejsca i te krótkie formy sprawdzały się znakomicie. Ale rzeczywiście czytanie tego ciągiem może ogromnie irytować. Sam styl i język są poprawne - bez fajerwerków, ale też bez odchyleń w druga stronę.

W sumie polecam. Zbiór tych tekstów wyostrza spojrzenie na otaczające nas przedmioty, w ten sposób, co Wanna z kolumnadą Filipa Springera na otaczająca nas architekturę. Dużo jest ciągle do zrobienia w kwestii użyteczności różnych przedmiotów, a pierwszy krok w tej nierównej walce to po prostu zdać sobie z tego sprawę. Jak przestałem kochać design doskonale takie rzeczy uświadamia.

niedziela, 7 września 2014

Agnieszka Graff - Matka feministka



Agnieszka Graff zebrała w Matce feministce teksty, które moim zdaniem wskazują jedyny słuszny kierunek, w którym powinien zmierzać polski feminizm oraz określiła dokładnie, jakimi problemami powinien się tak naprawdę zająć. Brzmi okropnie sztampowo, ale naprawdę tak myślę. Te felietony i zapisy wystąpień skutecznie ściągają na ziemię. Tą świetną książkę przeczytałam w ciągu dosłownie kilku godzin. Sprawnie napisane teksty, osadzone w jakże bliskich nam realiach, poparte badaniami i cytatami.

Szkoda ogromnej energii i wysiłków na tematy, które wprost kojarzą nam się z feministkami. Aborcja? Jeśli Polce nie wystarcza konstytucyjny kompromis, doskonale obchodzi go w klinikach w Niemczech czy Czechach. Refundacja antykoncepcji? Zbyt wiele innych ważnych leków... Parytety na listach wyborczych? To sztuczny sposób wtłaczania kobiet do polityki. Równe zarobki? Należy się ich po prostu domagać - kobiety zdecydowanie rzadziej proszą o podwyżki. Kogo dotyczą te problemy? Ułamka społeczeństwa. Kogo dotyczą problemy rodzin? Niemal każdego. Jeśli nie bezpośrednio, to pośrednio (okej, nie spodziewam się, że ktoś zapracuje na moją emeryturę, ale podstawą funkcjonowania państwa są jednak ludzie).

Pora zawalczyć o parytety w życiu prywatnym! O ojców zajmujących się swoimi dziećmi na równi z matkami. O urlopy rodzicielskie dzielone po równo między mamę i tatę. O żłobki i przedszkola, które pozwolą obojgu rodzicom pracować. O zrównanie w oczach pracodawcy kobiet i mężczyzn - w końcu oboje odpowiadają za dziecko. O rzeczywiście równe szanse obu płci. Agnieszka Graff wyłoży Wam, jak niebywale dyskryminowane są polskie matki (a przez to także ojcowie) dzięki zasługom zardzewiałej tradycji, katolicyzmu i ślepych polityków.




Polska matka w ogóle łatwo nie ma. Oddają to świetnie przytoczone przez autorkę dwa wizerunki matek funkcjonujące w powszechnej świadomości. Są to z jednej strony kury domowe oddające każdą minutę swojego życia dzieciom (o pracy nie ma mowy) oraz po drugiej stronie barykady tak zwane kobiety sukcesu, które żonglują pracą i wychowywaniem dzieci (jakoś im to wychodzi, tylko one wiedzą, jakim kosztem). Co ciekawe zarówno kura domowa i kobieta sukcesu mają gwarantowane ze strony części matek czułe słowa pogardy, a z kolei w innych wzbudzają bezbrzeżną zazdrość. I tak źle, i tak niedobrze, a w sumie dowodzi to mojej teorii o nikłej solidarności wśród kobiet.

Pośród wielu statystyk, które zostały przywołane w Matce feministce, najciekawsze są te dotyczące czasu poświęcanego na prace domowe. GUS policzył, że kobiety średnio poświęcają im niemal pięć godzin dziennie, mężczyźni - połowę tego czasu. A czy mieszkają dwa razy krócej? Nie sądzę...




Równość płci jest dla mnie oczywista. Buntuję się przeciwko wyraźnemu faworyzowaniu lub deprecjonowaniu kogoś tylko ze względu na płeć. Jestem głęboko (może nieco naiwnie, ale jednak) przekonana o tym, że kobieta i mężczyzna mogą pełnić te same role, wykonywać te same zawody. Jedyna różnica, nad którą ogromnie ubolewam, to fakt, że mężczyźni nie mogą rodzić dzieci i to się raczej nigdy nie zmieni. Oprócz tego - wszystko, co robią kobiety, może świetnie zrobić mężczyzna (i nie należy go z tego powodu gloryfikować, to powinno być naturalne) i odwrotnie. Ta książka przyklaskuje moim poglądom.

Oczywiście, są kobiety, które świadomie rezygnują z pracy (w ogóle lub na dłuższy czas niż urlop macierzyński), chcą poświęcić się dzieciom w stu procentach i jest to ich decyzja, a nie splot niekorzystnych okoliczności. Nie można potępiać tej postawy. Aczkolwiek trzeba wyraźnie podkreślić, że dłuższy czas poza rynkiem pracy, to murowane problemy z powrotem do tego środowiska. Ponad rok gdzie indziej zabiera Wam szansę na zrównanie zarobków z osobami, które tak długiej przerwy nie miały. Praca jest wartością samą w sobie, gwarancją niezależności (!). I w tym miejscu skłaniam się ku temu, co na ten temat mówi profesor Magdalena Środa.




Apelujemy (ja i Agnieszka Graff w Matce feministce): nie dyskryminujmy mężczyzn! Niech robią to samo, co kobiety!

I niech przeczytają tą książkę.