Oolong Finest Formosa przebył do mnie drogę aż z Tajwanu! Wydaje mi się, że dotąd nie piłam herbaty z tego regionu, tym bardziej ciekawa jest dla mnie jej degustacja.
To oolong, ale nie przypomina mi tych, które piłam dotąd. Już na pierwszy rzut oka przypomina mi pu erh. Liście mają taką charakterstyczną głęboko czerwono-brązową barwę. Pachną delikatnie -wysuszonym drewnem.
Jak parzymy? 80-95 stopni - zgodnie z informacją na opakowaniu od półtorej do czterech minut. Zdecydowanie skłaniam się ku temu, żeby parzyć tą herbatę krócej, ale za to kilkukrotnie. Woda szybko nabiera pięknej, złocistej barwy. Napar również pachnie drewnem... tyle że mokrym :)
Smak Oolong Finest Formosa, tak jak wygląd, kieruje się gdzieś w okolice pu erhów. Dla mnie bomba! Bo ten typ herbaty uwielbiam. To deliketniejszy napar, ale ziemisty, przełamany słodyczą, minimalnie oolongowo-warzywny. Bardzo, ale to bardzo przypadł mi ten smak do gustu. Trudno nie polecić! Robi wrażenie!
Drewniana podstawka pod filiżankę (lub kubek), którą widzicie na zdjęciach, to genialny MugHug. Sprawdza się zarówno na płaskiej kanapie i nierównej pościeli. Długo nosiłam się z tym, czy warto wydać dobrze ponad sto złotych na kawałek drewna, ale w żadnym wypadku nie żałuję tego zakupu (do ktorego długo się zbierałam!). Super sprawa, herbatoholikom gorąco polecam!