wtorek, 6 września 2016

Clipper Organic White Tea



Przystanek w podróży. Oczywiście na herbatę. Jeszcze kilka dni temu udało mi się zrobić te zdjęcia w naprawdę ciepły, jeszcze zupełnie letni dzień. Wobec tego zapraszam na kolejną herbatę Clipper, którą mam okazję smakować - tym razem Organic White Tea.




W składzie nie znajdziecie żadnych niespodzianek: to czysta, biała herbata i, co wyraźnie podkreśla producent, organically grown. Została opatrzona odpowiednim logo potwierdzającym jej ekologiczne pochodzenie (te znaczki zostały niedawno ujednolicone - listek z gwiazdek obowiązuje w całej Unii Europejskiej, zastąpił dotychczasowe, bardzo różne oznaczenia).




Torebki z herbatą mają bardzo delikatny aromat. Zalecone parzenie to od minuty do trzech w wodzie o temperaturze 90 stopni. Skłaniam się zdecydowanie ku krótszym czasom, mniej niż dwie minuty są wystarczające. Napar, który uzyskujemy ma piękny, złocisty kolor, a pachnie jakby ziołowo.





Jak smakuje? Chciałoby się powiedzieć, że szału nie ma. Piłam różne, dużo lepsze białe herbaty, nie tylko torebkowane, ale również liściaste, które były tańsze. Poprzednie spotkanie z inną herbatą Clipper zrobiło na mnie wrażenie, tym mamy niewypał. Smak Organic White Tea nie zachwyca, jest za mocny jak na białą herbatę, chropowaty i wkrada się tu sporo goryczki. Trudno ją polecić, niestety.


niedziela, 4 września 2016

Wakacyjne podróże: Ilona Wiśniewska - Białe. Zimna wyspa Spitsbergen



Czy wiecie, gdzie jest Spitsbergen? Do tej pory ta nazwa kojarzyła mi się z jakąś odległą krainą, raczej zimną i tyle. Po lekturze Białego Ilony Wiśniewskiej mogę doprecyzować, że to wyspa terytorialnie przynależąca do Norwegii, leżąca na Morzu Arktycznym, za Kołem Podbiegunowym. Co z tych geograficznych uwarunkowań wynika? Przede wszystkim to obszar, na którym występują dzień i noc polarne - długie miesiące niezmiennej jasności lub ciemności. Przez większość roku jest tam zimno i to bardzo, latem średnie temperatury nie przekraczają 10 stopni, zimą spadają bardzo daleko poniżej zera. Otoczenie morza sprawia, że żeby dostać się na Spitsbergen konieczna jest wyprawa statkiem lub samolotem, co powoduje, że to region nieco odcięty od świata, nawet w dzisiejszych czasach. Czy ktoś tam w ogóle mieszka?! A i owszem!




Białe to opowieść o społeczności zasiedlającej tą arktyczną wyspę - ponad 2,5 tysiąca śmiałków z własnej woli zmaga się tam z trudnym klimatem. Bynajmniej nie są to tylko Norwegowie - stanowią jedynie część mieszkańców. Na Spitsbergenie jest cały świat, to niesamowity kulturowo-społeczny tygiel, gdzie można spotkać ludzi z każdego zakątka Ziemi. Dla mnie to totalnie zwariowana i niesamowita sprawa!

Autorka przemieszkała na tym niewyobrażalnym końcu świata kilka dobrych lat. Przyjechała na chwilę, została na dłużej niż planowała - podobno to tam normalne. Przygotowała książkę, która łączy w sobie rzeczowy opis tworzący (tak sądzę) obiektywny obraz wyspy, a jednocześnie jest zbiorem wspomnień i zapisem historii przeróżnych jej mieszkańców. O ile możliwość zebrania materiału na tą pierwszą i drugą część to sprawa oczywista, o tyle wejście z butami do domostw Spitsbergeńczyków (?) to ogromne wyzwanie. Okazuje się, że szybko można tam zyskać akceptację w grupie, ale od zaufania wyrażające się w zaproszeniu na kawę czy obiad będą nas dzielić lata świetlne... Autorka je pokonała.

Jak można się było spodziewać, nie mieszkali i nie mieszkają tam zupełnie zwykli ludzie. To niesamowity zbiór przeróżnych osobowości. Co charakterystyczne, często są to osoby z dużym bagażem życiowych doświadczeń, które poniekąd próbują zacząć od nowa. Albo szukają inspiracji. Albo robią sobie przerwę. Naprawdę warto poznać te historie, dowiedzieć się, z jakich powodów trafiają tam Tajowie, Rosjanie czy Amerykanie. Na wyspie nie brakuje Polaków, między innymi za sprawą Polskiej Stacji Polarnej Hornsund. Jak tam spędza się zimę? Jak w ogóle poradzić sobie w tym mroku i mrozie? W książce wszystko jest dokładnie opisane.

Byłam tą lekturą absolutnie zafascynowana. Czytałam tą książkę z otwartą buzią. Jak tu już wielokrotnie wspominałam, jestem fanką upałów uczuloną na zimno - podróży na Spitsbergen sobie po prostu nie wyobrażam. To coś miliard razy przekraczającego moją strefę komfortu. Poza strefę komfortu podobno warto się raz na jakiś czas wychylić, ale chyba nie tak daleko. Być może kiedyś przypadkiem stanę się jednym z tych turystów, którzy podziwiają wyspę przede wszystkim ze statku, a na jej lądzie raptem kilka godzin. W najcieplejszej porze roku. Wiśniewska trochę z nich drwi, pewnie słusznie... W każdym razie: Pani Ilono, dziękuję za Białe! Dzięki Pani byłam na Spitsbergenie, była to niezapomniana podróż, którą mogłam spędzić w fotelu, zawinięta w koc (w sierpniu), jestem Pani dozgonnie wdzięczna za to genialne doświadczenie!

P.S. To tak sugestywna opowieść, że sądzę, że nie byłabym w stanie przeczytać w innym okresie niż latem. W styczniu, mając za oknem śnieg i ujemną temperaturę, wpędziłoby mnie to w depresję. Ostrzegam Wrażliwców ;)

czwartek, 1 września 2016

Wakacyjne podróże: Dionisios Sturis - Grecja. Gorzkie pomarańcze



Kolejny przystanek wakacyjnych podróży, na które Was zabieram, to zdecydowanie cieplejsze miejsce niż Rosja (ale uprzedzam, że pojedziemy jeszcze w baaardzo zimne strony). Grecja jawi się nam (osobiście nie miałam okazji jeszcze tam podróżować) jako skupisko szczęśliwych, słonecznych wysp idealnych na urlop. Ładna pogoda, wysokie temperatury, cudowne widoki. Greków postrzegamy jako ludzi miłych, otwartych, beztroskich... Właśnie, beztroskich. W tej pięknej krainie zabrakło ostatnimi czasy rozsądku i dyscypliny, co doprowadziło kraj do poważnego kryzysu. Oczywiście upraszczam, przyczyny są dużo bardziej złożone, ale niewątpliwie krótkowzroczność i lekkomyślność mieszkańców Grecji sprawiła, że niewystarczająco zadbali o swoją przyszłość.




Grecja. Gorzkie pomarańcze to reportaż z centrum najbardziej dramatycznych wydarzeń, które targały rzeczywistością tego kraju w ostatnich latach. Autor zabiera nas na ulice wypełnione demonstrującymi, niezadowolonymi Ateńczykami wykrzykującymi antyrządowe hasła. Bezpiecznie tam nie jest, wręcz przeciwnie. Chociaż to tylko sam czubek, kropla w morzu frustracji Greków - tyle że wyrażona najgłośniej. Autor wchodzi również pod strzechy - prowadzi wiele rzeczowych rozmów w spokojnej atmosferze, przez które stara się dociec, co się właściwie stało. Dlaczego Grecję pochłania tak głęboka recesja?

Reportaż dzieję się jakby w trzech warstwach. Pierwsza, najważniejsza, to oczywiście spotkania z ludźmi, których sprawa po prostu dotyczy. Poznajemy ich punkt widzenia, emocje, przemyślenia. Druga, bardzo cenna, to zarys historii państwa i najważniejszych jego postaci niezbędny do tego, żeby czytelnik, kolokwialnie mówiąc, zorientował się w temacie. Jest też trzecia strona tej opowieści. Powiedziałabym, że dość kontrowersyjna, to mogło się nie udać debiutującemu reportażyście, ale można odetchnąć z ulgą: z rodzinnej historii autora nie powstał banał, który zepsułby całość, ale naprawdę soczysty kawałek prozy. Dionisios Sturis, Polak greckiego pochodzenia, który dopiero jako dorosły człowiek zaczął tak naprawdę poznawać swoją drugą ojczyznę. Nie chcę zdradzać nawet kawałka tej historii, bo jest niesamowicie interesująca. O takich polsko-greckich powiązaniach nie miałam wcześniej pojęcia.

Wszystkie części tej książki, które bardzo swobodnie przeplatają się ze sobą, są dopracowane na sto procent. Doskonały obraz polityczno-ekonomiczny Grecji - w sam raz dla laika w tych kwestiach, opis sytuacji z perspektywy zwykłych Greków, polsko-grecka rodzinna opowieść. Nie mam wątpliwości, że warto przeczytać.


niedziela, 28 sierpnia 2016

Wakacyjne podróże: Wacław Radziwinowicz - Creme de la Kreml



Wakacje powoli chylą się ku końcowi (te zimne poranki!), ale staram się, na ile to możliwe, ciągle cieszyć się letnią atmosferą i przede wszystkim ciepłą aurą (szczególnie dziś! Temperatura sprzyja!). Akurat w tym roku, po styczniowej podróży do Kalifornii i majówce w Barcelonie, w lipcu i sierpniu nie wybrałam się na żaden specjalny urlop (tylko na chwilę w Tatry). Jednak czuję się, jakbym zwiedziła ostatnio spory kawałek świata ;) Jak to możliwe? Oczywiście książki, książki i jeszcze raz książki! Mam za sobą serię lektur, które zabrały mnie do Rosji, Japonii, Grecji, na Spitsbergen i do Nowego Jorku. Zaczynamy od kraju położonego najbliżej Polski.

Creme de la Kreml Wacława Radziwinowicza (skończyliśmy to samo liceum!!!) to swego rodzaju kontynuacja Gogola w czasach Google`a - seria chronologicznie ułożonych krótkich tekstów dotyczących bieżących wydarzeń w największym państwie świata. Radziwinowicz jako akredytowany dziennikarz mieszkał w Moskwie przez wiele lat - Creme... to zapiski z ponad roku przed wydaleniem go do Polski na skutek politycznych rozgrywek.




Mimo nieprzyjemności, które spotkały autora, pozostaje sympatykiem Rosjan, rosyjskiej kultury i tradycji. Zdecydowana większość tekstów odnosi się do przeróżnych decyzji rządzących Rosją z prezydentem Putinem na czele, jednak Radziwinowicz wszystkie te kwestie opisuje z perspektywy szeregowego obywatela. Jest blisko ludzi, jakkolwiek patetycznie to brzmi. Świetnie ukazuje rozdźwięk między teorią a praktyką w rosyjskich realiach. A wszystko przedstawia z dużą dawką humoru i sympatii, nie tracąc zdrowego dystansu.

Mam za sobą lekturę wielu książek nawiązujących tematyką do najnowszej historii Rosji (sporo pojawiło się na blogu, zajrzyjcie do Listy książek). To zagadnienia, które niezwykle mnie intrygują. Rosyjska dusza w konfrontacji z trudnymi dziejami tego państwa, które trudno jednoznacznie ocenić - mieszanka wybuchowa. Książka Creme de la Kreml momentami jest tak absurdalna, że trudno uwierzyć, że ten kraj funkcjonuje. Rosjanie mierzą się codziennie z nieco odrealnioną rzeczywistością. Co innego widzą na ulicy, czego innego dowiadują się w mediach. Do tego w różnym stopniu zdają sobie z tego sprawę.

Jak żyć? w tych okolicznościach - Radziwinowicz chyba zna odpowiedź na to pytanie, gorąco polecam tą lekturę. Dla mnie tym ciekawszą, że od ponad pół roku co tydzień spotykam się na lekcjach rosyjskiego z rodowitą Moskwianką, która oprócz języka przybliża mi również rosyjskie realia. Skąd moja fascynacja Wschodem? Za sprawą Dziadków ze strony Mojej Mamy mogę o sobie powiedzieć, że mam korzenie zza wschodniej granicy, nie bezpośrednio z Rosji, ale kto wie? Gdzieś tam pobrzmiewa we mnie słowiańskie pochodzenie. Od kiedy pamiętam, nosiłam w sobie potrzebę poznania języka rosyjskiego i teraz spełniam to marzenie. Tołstoj przeczytany w oryginale - to będzie coś! Książki, lekcje... Chyba niebawem przyjdzie czas na prawdziwe podróże na Wschód.

P.S. Na zdjęciach według mnie najlepsze słodycze na świecie - prosto z Białorusi. Nie po raz pierwszy tutaj.