czwartek, 11 maja 2017

Paweł Reszka - Mali Bogowie. O znieczulicy polskich lekarzy


To najważniejsza polska książka 2017 roku. Ważniejszej nie będzie. Dlaczego? Bo dotyczy każdego Polaka, bez najmniejszego wyjątku. Każdy z nas prędzej czy później staje się pacjentem, to nieuniknione. W tym reportażu znajdziesz portret współczesnego, polskiego lekarza złożony z wielu maleńkich obrazków. Przeczytaj i przekonaj się, kto Cię leczy (albo będzie leczył za chwilę). Jeśli nie masz żadnych profesjonalnych związków z medycyną, może to być dla Ciebie zadziwiające/przerażające/smutne/nie do ogarnięcia, ostrzegam. Ale na pewno będzie pouczające i mam nadzieję, że nie zagłosujesz już nigdy na partię, która nie zamierza zwiększać środków na ochronę zdrowia. W końcu nie chcesz umrzeć w jednej z kolejek do leczenia.

Jestem lekarzem i ręczę, że wszystkie wypowiedzi zebrane w Małych Bogach to prawda. Tak źle zorganizowana, absurdalna i niedofinansowana jest polska opieka zdrowotna. Cały personel medyczny z lekarzami na czele stara się jakoś w tym całym cyrku leczyć pacjentów, a w tych warunkach to naprawdę nie lada wyzwanie. Z książki dowiecie się między innymi: jak to jest pracować 400 h w miesiącu; ile naprawdę zarabiają lekarze; jak to jest uczyć się całe życie; co lekarze poświęcają dla swoich pacjentów; skąd te super samochody w naszych garażach; jak starsi lekarze odnoszą się do młodszych; jak bardzo jesteś lekceważony i oszukiwany przez NFZ; jak bardzo Twoje leczenie nie opłaca się NFZ; jak bardzo w d* mają Twoje zdrowie rządzący; i o wielu, wielu innych rzeczach. Dla mnie oczywistych, ale niestety wielu pacjentów nie wie, jak to naprawdę funkcjonuje.

Jeśli pewnego dnia polscy lekarze doprowadzeni na skraj wytrzymałości solidarnie stwierdzą, że od dziś pracują tylko na jednym etacie, system ochrony zdrowia zawali się w kilka dni. Nie będzie szpitala ani poradni, która będzie w stanie normalnie pracować z powodu braku kadry. W żadnym miejscu nie uda się ułożyć całodobowych dyżurów. Twoje zdrowie i życie, Drogi Pacjencie, byłoby w ogromnym niebezpieczeństwie. Świetnie podsumowuje to obecny minister zdrowia, Konstanty Radziwiłł, twierdząc, że lepszy zmęczony lekarz niż żaden, którego resort nie robi nic w kierunku, żeby tą sytuację zmienić.

Dzisiaj na porannym obchodzie po 24-godzinnym dyżurze usłyszałam od jednej a pacjentek, że jest mi bardzo wdzięczna za opiekę, z całego serca mi dziękuje i to ogromne szczęście, że właśnie ja ją przyjmowałam do operacji. To proste dziękuję to sens naszej pracy, satysfakcja, której nie da się opisać. Dlatego nie rzucamy tego wszystkiego w cholerę, chociaż czasami naprawdę chcemy (na przykład jak w gabinecie pacjent krzyczy na mnie, że wszyscy lekarze to łapówkarze i złodzieje).

niedziela, 30 kwietnia 2017

Emily Giffin - Ten jedyny



Książki Emily Giffin lubię i nie wstydzę się mówić o tym głośno ;) Są lekkie, łatwe i przyjemne i raz na jakiś czas lubię zatopić się w takiej niewyszukanej lekturze. Ostatnią jej powieść czytałam w samolocie, gdzie siedziałam obok ludzi, którzy gadali bez przerwy, głośno i głównie o sobie - nawet, jeśli przez hałas, który powodowali, umknęło mi kilka akapitów, cały czas byłam na bieżąco z głównym wątkiem - to ten typ literatury.




Giffin w bardzo przyjazny sposób opisuje swoich bohaterów i bardzo dokładnie rozpracowuje uczucia głównej postaci, żeby nas do niej zbliżyć. W ten sposób setki stron mijają na wstawaniu z łóżka, piciu kawy, czesaniu się, pisaniu smsa i chwilach wahania, czy aby na pewno go wysłać. Oczywiście, nie są to najwyższe literackie loty, ale tzw. chick-lit też ma swój urok. Dobrze, jak do tych błahostek dołączona jest naprawdę interesująca historia. Tak dotąd było u Giffin - skomplikowane relacje, małżeńskie kryzysy, szeroko pojęte problemy z dziećmi (ich brakiem lub nadmiarem - z przymrużeniem oka). Jednak w Tym jedynym poziom komplikacji powiązań plus fascynacja dużo starszym mężczyzną zupełnie do mnie nie trafiły.

Główna bohaterka to pasjonatka - zakochana po uszy w futbolu, najwierniejsza fanka swojej drużyny, od dziecka z nią związana, która swoje zawodowe ścieżki prowadzi tak, żeby być jak najbliżej swojej ulubionej dyscypliny. Jej fascynacja przenosi się również na trenera zespołu - ojca jej najlepszej przyjaciółki, który właśnie owdowiał. U mnie taka konotacja wywołuje niesmak - sam związki starszych mężczyzn z dziewczynami w moim wieku wydają mi nie na miejscu, a co dopiero z przyjacielem rodziny. Obrzydliwe (podkreślam, że to moja bardzo prywatna opinia ;). Dobrze, że po drodze pojawił się chociaż książę z bajki - młody bóg, o którego fizjonomii miło było poczytać ;) Rozwiązanie historii jak zwykle jest nieoczywiste, Giffin nigdy nie rozstrzyga ostatecznie o losach swoich bohaterów.

Wobec tego ja nie polecam. Ale jeśli: a) lubicie styl Giffin; b) nie odrzuca Was wizja związku 30-latki z ponad pięćdziesięcioletnim mężczyzną - czytajcie śmiało! Czekam na kolejną powieść pisarki, oby ciekawszą.

środa, 26 kwietnia 2017

Hojicha



Nie pamiętam, co mną kierowało, kiedy kupowałam tą herbatę. Jak teraz czytam jej opis i opinie o niej, nie znajduje w nich nic przekonującego mnie do akurat tej herbaty. Zielona, ale gorzka? Wędzona? Słomiana? Nie brzmi to zachęcająco, ale jest też wiele głosów za tym, że to jednak bardzo oryginalny napar i jego degustacja to ciekawe doświadczenie. Poniżej moje wrażenia...






Hojicha to zielona herbata, której liście w procesie przygotowywania są dodatkowo prażone. Nie da się tego ukryć - po otwarciu opakowania wydobywa się z niego zapach ogniska, spalonej słomy. Już od tego momentu ta herbata zaczęła mi przypominać Japan Genmaichę, która nie przypadła mi do gustu - właśnie przez tą spaleniznę...




Listki herbaty są proste, sztywne, skręcone wokół własnej osi. Trafiają się wśród nich również fragmenty łodyżek. Zalecone parzenie to około 90-95 stopni, ale wrzątek też podobno tej herbacie nie szkodzi. W każdym razie ja skłaniam się ku niższym temperaturom. Ale rzeczywiście minuta w zupełności wystarczy.




Napar nabiera pięknej, głębokiej barwy - coś pomiędzy pomarańczowym i brązowym. Niestety pachnie tym ogniskiem, dymem jeszcze intensywniej niż przed zaparzeniem. W tym momencie już nawet wyczuwam aromat przypiekanego ryżu, chociaż wcale go tu nie ma, ale tak bardzo przypomina mi ten zapach wymienioną wcześniej Genmaichę.




Ale oczywiście trzeba się przełamać, może trochę zatkać nos i spróbować. Smak na pewno jest delikatniejszy niż zapach. Na początku łagodny, potem cierpki i rzeczywiście dymno-wędzony na koniec. Trochę mam wrażenie, jakbym piła napar ze słomy... To nie są moje smaki, zupełnie. To herbata dla koneserów prażonego posmaku. Prażonego, bo sam dymny czy idący w kierunku ziemistego już by mi odpowiadał (patrz pu erh albo jeden z moich faworytów - Qi hong). Niestety Hojicha nie jest dla mnie.


wtorek, 4 kwietnia 2017

Clipper Organic Detox



Pierwsza w tym roku herbata na balkonie! Wreszcie wiosna - w Polsce, w Portugalii miałam okazję poczuć ją chwilkę wcześniej :) To, że na tą inaugurację balkonu (w tle widać, jaki tam jeszcze panuje nieporządek po zimie...) wybrałam herbatę ze słowem detox w nazwie, to zupełny przypadek, akurat po tą sięgnęłam. Daleka jestem od wszelkich oczyszczających diet i tego typu zabiegów - z medycznego punktu widzenia to jedna wielka bzdura. Promowana, bo się dobrze sprzedaje. A tej herbaty chciałam spróbować po prostu, żeby przekonać się, jak smakuje (bo internetowa fama głosi, że świetnie).




Clipper Organic detox Infusion to mieszanka bez liści herbaty. W składzie są: hibiskus, pokrzywa (23,5%), korzeń lukrecji (20%), naturalne aromaty i aloes. Papierowe, prostokątne torebki są wypełnione drobnym suszem i pachną delikatnie ziołowo.




Zalecone parzenie to oczywiście wrzątek przez około 2-3 minuty. Początkowo woda barwi się tak słabo, że przez chwilę myślałam, że sprzedano mi jakieś oszukane opakowanie ;)




Po upłynięciu odpowiedniej ilości czasu napar nabiera soczystej, karminowej barwy. Pachnie... wiśniową galaretką, naprawdę!




Smakuje delikatnie, słodkawo. Dodatki świetnie niwelują kwaskowatość hibisuksa. Mimo dużej ilości pokrzywy, wcale nie ma tu ziołowego posmaku. Polecam. Nie oczyści i nie zdziała cudów, ale jest smaczna. Myślę, że warto spróbować.