poniedziałek, 19 listopada 2018

Świątynia smaków



Jaka herbata tym razem? Sama muszę zgadywać, bo nie mogę dotrzeć do dokładnego opisu jej składu, a nazwa niewiele mówi: Świątynia smaków. Z opakowania wiem tyle, że są tu zarówno liście czarnej i zielonej herbaty - różnica między nimi jest dobrze widoczna. Oprócz tego widzę kandyzowanego ananasa i drobinki truskawek. Ale nie jestem pewna, czy coś mi nie umknęło.



Zalewam ją wodą bliską wrzenia - dosłownie kilkanaście sekund przestudzoną. I wcale nie mam wrażenia, że profanuję zieloną herbatę :) Parzę ją dłuższą chwilę, żeby wyciągnąć smak z owoców - 3-4 minuty. Napar ma głęboki, brązowy kolor i delikatny aromat ananasa.



W smaku tej herbacie zdecydowanie bliżej do czarnej niż zielonej, mimo wszystko jest raczej łagodna. Wyczuwalny w niej jest owocowy posmak, może nawet odrobinę kwaskowaty. Mało wyrazisty. Delikatny napój do popijania między posiłkami.

sobota, 10 listopada 2018

Irving Biała granat z agrestem



Wbrew mglistym (a raczej smogowym) porankom zaczynam dzień z herbatą, która jest dedykowana na lato - w końcu summer edition. Daleka jestem od przypisywania herbat konkretnym porom roku, raczej kieruję się tym, na co mam po prostu ochotę. Także dzisiaj torebkowana biała herbata wzbogacona o różne dodatki od marki Irving.



Tych dodatków jest naprawdę sporo, sami spójrzcie. Obok białej herbaty pochodzącej z Chin, znajdziecie tu również: jabłko, agrest (10%), aromat, liść jeżyny, skórkę granatu (2%), korzeń cykorii, skórkę cytryny, kwiat hibiskusa, kwas cytrynowy, korzeń lukrecji (0,3%), koncentrat soków z marakui i papai. Czy tego nie jest aż za dużo?



Torebki pachną lekko owocowo, widać, jak przesypują się w nich różnokolorowe drobinki. Temperaturę parzenia determinuje biała herbata - powinno to być maksymalnie 80-90 stopni. Napar jest początkowo bardzo jasny, ale po chwili nabiera głębszego żółto-pomarańczowego koloru.




Napar pachnie owocowo, zupełnie jak te mieszanki, w których herbaty nie ma w ogóle (Teekanne ma dużo takich w swojej ofercie). Niestety po spróbowaniu okazuje się, że w smaku również tej białej herbaty brakuje - niezbyt przebija się przez tą ilość dodatków. Oczywiście, biała herbata z natury jest niezwykle delikatna, ale tutaj została stłumiona już zupełnie. Wyczuwam głównie lukrecję i granat, o agreście bym nie pomyślała, jeśli nie wymieniono by go na opakowaniu. Herbatka owocowa, za wiele wspólnego z herbatą to nie ma...

sobota, 27 października 2018

Isabel Allende - El amante japonés



Pojawiały się już tutaj książki, które przeczytałam w oryginale w języku angielskim, ale po hiszpańsku (przeczytałam ich dotąd dosłownie kilka) jeszcze nie było. Stąd dzisiaj El amante japonés czyli Japoński kochanek autorstwa Isabel Allende - chilijskiej, niezwykle poczytnej pisarki. Światowa sława autorki była dla mnie poniekąd gwarancją, że nie będę żałowała wysiłku włożonego w czytanie w obcym języku, bo historia będzie bardzo dobra. I tak rzeczywiście było!



Główną bohaterkę Almę, wojenną imigrantkę z Polski do Stanów Zjednoczonych, łączy z tytułowym japońskim kochankiem wieloletni, ukrywany romans. Książka zawiera w zasadzie historię całego ich życia - od najmłodszych lat, gdy się poznali, do samego kresu. Stopniowo z upływem stron, przez dociekliwość jej wnuka i pracownicy domu spokojnej starości, w którym przebywa Alma, poznajemy wszystkie sekrety ich pogwatmanego życia. Allende krok po kroku odkrywa kolejne tajemnice, przez co powieść intryguje i zaskakuje. Ostatnie strony to prawdziwy punkt kulminacyjny, wynagradzający niektóre nieco przydługie fragmenty.

Jeśli chodzi o styl, na pewno mogę powiedzieć, że jest kwiecisty, autorka nie szczędzi przymiotników i opisów w ogóle. Jest dość drobiazgowa, momentami niepotrzebnie, ale w sumie czyta się to dobrze. Co do polskiego przekładu się nie wypowiem, nie wpadł mi w ręce, ale sądzę, że ta historia w naszym ojczystym języku też się obroni, bo fabuła jest naprawdę ciekawa. Jeśli ktoś rozważa tą lekturę pod kątem praktykowania hiszpańskiego - to raczej wyższy poziom, opowiadana historia wymaga od czytelnika znajomości wszystkich czasów, a słownictwo jest bardzo szerokie.

Kolejny cel - przeczytać powieść po rosyjsku! Ale to dopiero za jakiś czas...

piątek, 19 października 2018

Kekecha



Coś nowego! Takiej herbaty wcześniej jeszcze nie próbowałam (jeszcze dużo przede mną) - oto herbata żółta. Być może w tym przypadku to odrobinę kontrowersyjna klasyfikacja, gdyż nie pochodzi z krzewów Camellia Sinensis jak większość herbat, ale ze spokrewnionych z nimi roślin Camellia Ptilophylla - niemniej jednak to dla mnie zupełnie nowy rodzaj napoju, co mnie bardzo cieszy.



Kekecha pochodzi z chińskiej prowincji Guangdong. Oprócz źródła jej pozyskiwania istnieje jeszcze kilka powodów, dla których jest bardzo wyjątkowa. Najważniejszy z nich to zupełny brak kofeiny. Zawartość przeciwutleniaczy z kolei przewyższa klasyczne herbaty.



Listki herbaty są spore, ale bardzo delikatne, gładkie, lekkie. Pachną korą drzew, a może nawet trochę warzywnie. Zalecone parzenie to 2-3 minuty w 85 stopniach i uważam, że to się świetnie sprawdza. Niech Was nie zraża fakt, że napój ma bardzo bladą barwę, jakby nie zaparzył się odpowiednio. Wszystko jest zupełnie w porządku - herbata barwi wodę na delikatny żółtawy (różowawy?) kolor.





Gotowa Kekecha ma bardzo słaby zapach, ale za to wspaniały, łagodny smak, nieco bardziej wyrazisty pod koniec. Jest bardzo orzeźwiająca, świeża.



To moje pierwsze spotkanie z żółtą herbatą jest niezwykle udane, naprawdę z radością sięgam po tą herbatą do szafki. Mam nadzieję na kolejne herbaciane odkrycia. Kekechę gorąco polecam!