czwartek, 5 października 2017

Herbaciarnia u Dziwisza w Kazimierzu Dolnym



Jeśli będzecie kiedyś w Kazimierzu nad Wisłą, koniecznie zajrzyjcie do Galerii-Herbaciarni u Dziwisza. To wypełnione bibelotami miejsce ma swój niepowtarzalny urok - zachwyciło nawet mnie z moim upodobaniem do minimalizmu, tak na przekór. Więcej o tym miejscu przeczytać w świetnym poście Madame Edith.






W Herbaciarni jest sklep - zakupy, które tam zrobiłam, z pewnością się tu jeszcze pojawią :)


niedziela, 1 października 2017

Fragmenty: Jakub Żulczyk - Ślepnąc od świateł



W swojej pracy mam styczność z wieloma ludźmi - niemal codziennie w moim gabinecie pojawiają się nowe osoby. Kilkanaście minut wizyty to niewiele, ale wystarczająco, żeby przekonać się, jak człowiek radzi sobie ze stresem (bo wizyta u lekarza to jednak stresująca sprawa). Obserwuję bardzo smutną rzecz - coraz więcej młodych mężczyzn, niby dorosłych, jest kompletnie niedojrzałych i nagminnie wyręczanych w swoim życiu przez mamusie... Coś strasznego. O tym typie pisze Żulczyk - dobitniej i na trochę innej płaszczyźnie, ale sens ten sam. Jak trzydziestolatek, który nie radzi sobie bez pomocy rodziców, ma stanowić oparcie dla kobiety? Nie ma szans.


poniedziałek, 25 września 2017

Lena Dunham - Nie taka dziewczyna



28 lat to nie jest odpowiedni czas na spisywanie wspomnień. Nawet jeśli dotyczą przede wszystkim zamkniętego etapu w życiu, jakim jest dojrzewanie. Do takich rzeczy potrzeba dużo więcej dystansu (dosłownie - liczonego w latach), żeby mogła z tego powstać książka atrakcyjna dla postronnego czytelnika. Czas weryfikuje, co jest godne zapamiętania i ma swoje realne konsekwencje w dalszym życiu, a co okazuje się zupełnie nieistotne.




Książka Leny Dunham to wspomnienia zupełnie nieprzesiane. Multum wydarzeń, teoretycznie skupionych wokół tematów rozdziałów, ale w praktyce i tak misz-masz. Tytuł zmieniłabym na "co przeżyłam" (jest tego naprawdę dużo!), bo życie jeszcze nie nauczyło Leny zbyt wiele. Albo ja, będąc w podobnym wieku do autorki, jestem jakaś ponadprzeciętnie rozsądna i wyciągnęłam już wszystkie możliwe wnioski z życiowej drogi, którą już dotąd przebyłam (nie sądzę).

Nie można odmówić tej książce, że czyta się ją dobrze. Nie ma nudy! Ale z mojej perspektywy specjalnie pouczające to nie jest... Raczej obnażające lekkomyślność i krótkowzroczność młodej (podkreślmy tą młodość, to raptem rocznik `86!, żebym sama poczuła się lepiej jako `88 ;) ) artystki. Budujące, bo zdecydowana większość czytelników (czytelniczek?) postępuje o niebo rozsądniej. Ogromny plus za szczerość i poczucie humoru!




Czy polecam? Jak Wam wpadnie w ręce, warto przejrzeć. Chyba że jesteście fanami serialu Dziewczyny - wówczas lektura obowiązkowa (mi podobał się tylko pierwszy sezon, z drugim porzuciłam oglądanie).

Najbardziej z całej książki poruszyło mnie te 3,5 miliona dolarów. Za takie pieniądze być może też wybebeszyłabym bezwstydnie swoje dotychczasowe życie na kartach książki.

sobota, 23 września 2017

Basilur Magic Nights



Ostatnie dwa miesiące w moim życiu były bardzo intensywne, mam wrażenie, że przyjeżdżałam do domu jedynie zrobić pranie i przepakować torbę, bo albo gdzieś wyjeżdżałam albo szłam do pracy na nocny dyżur. Dzisiaj mam pierwszą od długiego czasu wolną sobotę i z tej okazji nadrabiam blogowe zaległości. Na pierwszy ogień herbata, którą fotografowałam, gdy wieczory były jeszcze bardzo ciepłe... A noce zdecydowanie magiczne!




Herbaty Basilur w blaszanych puszkach to małe dzieła sztuki - opakowania są w przepięknych kolorach, mają wytłaczane wzory i pięknie się mienią. Susz zamknięty w puszce jest dodatkowo opakowany w folię w równie ładny wzór co puszka. Do tego dołączone są saszetki do parzenia herbaty.




Basilur Magic Nights to kompozycja pełna owoców. Czarnej cejlońskiej herbacie (FBOP) towarzyszą żurawina, truskawka, morela, ananas i papaja. Całość dopełniają płatki kwiatów: chaber i malwa. Uwielbiam zapach tej mieszanki - słodki, kwiatowy.




Herbatę należy zalać wrzątkiem i oddzielić od naparu po około 3-4 minutach. Uzyskany napój ma jasnobrązowy kolor i roztacza aromat, w którym nad słodyczą kwiatów i owoców dominuje klasyczny zapach czarnej herbaty.




Basilur Magic Nights smakuje świetnie. To klasyczna czarna herbata, raczej delikatniejsza, dodatkowo ułagodzona dodatkami. Nie ma w niej żadnych kontrowersyjnych nut, jest lekka i słodkawa - przypadnie do gustu chyba każdemu.

niedziela, 6 sierpnia 2017

Polscy pisarze dla uchodźców - NieObcy




Nie będę się rozpisywać na temat tej książki: ważniejsza jest idea jej powstania, jakość jej zawartości (wcale nie najgorsza!) to drugorzędna sprawa.

Nieobcy to zbiór tekstów polskich pisarzy, który powstał na cele charytatywne - autorzy przekazali swoje opowieści nieodpłatnie, zysk ze sprzedaży książki jest przekazywany Polskiej Akcji Humanitarnej na rzecz ofiar wojny w Syrii.

To nie są teksty wprost o uchodźcach. To rzecz o oswajaniu innego. Jeśli coś poznasz, przestaniesz się tego bać. A wojna domowa w Syrii trwa już sześć lat. Od 2011 roku tam jest piekło, w którym przyszło żyć ludziom takim jak my.




Swój egzemplarz książki otrzymałam od pani Janiny Ochojskiej, założycielki PAH http://www.pah.org.pl/

niedziela, 30 lipca 2017

Teekanne Love


Chyba właśnie zaczyna się moja ulubiona część roku! Upały! Absolutnie uwielbiam rozpływać się w gorącym powietrzu, całą zimę marzę o tym tygodniu, może dwóch, kiedy w Polsce mamy prawdziwą Hiszpanię. Zdjęcia do dzisiejszego posta powstały jeszcze w czasie tych lipcowych dni, kiedy wieczór na balkonie można było spędzić jedynie pod kocem. Ale herbata świetnie sprawdzi się w każdej aurze.



Teekanne Love to napar z hibiskusa wzbogacony o jabłko, liście słodkich jeżyn, aromat granatu, aromat brzoskwiniowy, skoncentrowany sok z granatu. Owocowo - trochę słodko, trochę kwaśno. Każda torebka jest zapakowana oddzielnie i ma instrukcję parzenia.




W zapachu suszu hibiskus zdecydowanie dominuje. Po zaparzeniu aromat, który unosi się znad naparu, nadal należy do nuty hibiskusa, ale smak już niekoniecznie...



Po zalaniu wrzątkiem woda barwi się na piękną, karminową barwę. Po zaleconych ośmiu minutach parzenia nie ma co już wyciągać torebki. Polecam pić nieco przestudzoną.



Teekanne Love smakuje naprawdę dobrze! Orzeźwiająco, ale nie jest to kwaśna herbatka, może odrobinę pikantna? Hibiskus został przełamany wyraźnym owocowym smakiem. Któryś ze składników (granat?) sprawia, że sprawia wrażenie rozgrzewającej. Wobec tego polecam na te chłodniejsze wieczory.




poniedziałek, 12 czerwca 2017

Jaume Cabre - Jaśnie Pan oraz Cień Eunucha


Idea tego posta jest na miarę szkolnej rozprawki, myślę, że sprawdziłby się również na maturze z polskiego. Raczej poziom rozszerzony, bo Cabre w kanonie podstawowych polskich lektur raczej się nie znajdzie, a szkoda! W każdym razie w ramach mojego blogowego recenzowania książek dzisiaj porównanie dwóch powieści autorstwa katalońskiego pisarza.



Chronologicznie, jeśli chodzi o czas akcji, pierwszy jest Jaśnie Pan, bo to koniec XVII wieku  - Cień Eunucha dzieje się już w wieku XX. Książka rozpoczyna się jak klasyczny kryminał czyli od trupa. Ale mniej tu dochodzenia, kto zabił, a więcej manipulacji wokół. Trup to niestety słynna śpiewaczka operowa i nie da się tej sprawy zamieść pod dywan - sprawa okazuje się politycznie bardzo niewygodna. Na najwyższych szczeblach władzy dwieście lat temu było podobnie jak teraz - duże pieniądze i prestiż kusiły i niejednokrotnie popychały ludzi do, delikatnie mówiąc, złych uczynków. Namiętności również były podobne. Warto poznać ten bardzo interesujący portret epoki, w którym pisarz serwuje nam obcowanie z niezwykle wyrazistymi bohaterami. Lektura to sama przyjemność.



Z kolei Cień Eunucha to bardziej łamigłówka i uważam, że doświadczenie wymagające większego zaangażowania. Zaczyna się na pogrzebie czyli również od śmierci. Sam zgon nie jest jednak tajemniczy, tajemnicze okazuje się życie denata. I jego przyjaciela - wokół jego wspomnień toczy się cała fabuła. W ciągu jednej kolacji, ale w bardzo intrygującej restauracji, prześledzimy całe życie Michaela. To saga rodzinna, ale w żadnym wypadku nie jest nudna, jak mogłaby sugerować ta szufladka. To saga, której wydarzenia i układ porządkują się stopniowo w miarę rozwoju akcji. Bardzo dobra gimnastyka dla umysłu, ale muszę przyznać, że smutna i opisane niepowodzenia przytłaczają.

Zarówno Jaśnie Pan i Cień Eunucha dzieją się przede wszystkim w Barcelonie (tą pierwszą czytałam właśnie tam :), jednak w odmiennych epokach i to chyba główny powód, dlaczego ta druga wydaje się być mi bliższą. Zawsze łatwiej wyobrazić sobie realia czasów mniej odległych. Ta druga historia, to niesamowite splątanie ludzkich losów z genialnym rozwiązaniem drzewa genealogicznego na koniec, to typ literatury, który uwielbiam. Układanka, której pozornie niepasujące do siebie elementy tworzą piękną, zdobioną całość. Cóż mogę powiedzieć, czytajcie Cabre. Nobel niebawem.

*

Ogromne wyrazy uznania należą się polskiej tłumaczce prozy Cabre - pani Annie Sawickiej. Te tłumaczenia to majstersztyk, biorąc pod uwagę styl pisarza - gwałtowne, ale bardzo płynne zmiany narratora, wątków, czasu i miejsca akcji, nierzadko w ciągu jednego zdania. W polskim wydani brzmi to naturalnie, jest przejrzyste i naprawdę dobrze się to czyta - nie mam wątpliwości, że to Pani zasługa!

wtorek, 6 czerwca 2017

China Milky Oolong



Zdecydowanie za rzadko kupuję herbaty oolong! Smakują naprawdę świetnie, szkoda nie próbować ich częściej. Dzisiaj China Milky Oolong jako wieczorna herbatka na balkonie.




Już po otwarciu opakowania wiem, że będzie dobrze. Grube, poskręcane listki (wyglądają trochę jak gunpowder) pachną bardzo oryginalnie - ciężko, ale z bardzo wyraźną słodką nutą. Chce się je schrupać!




Na opakowaniu tej herbaty pani w sklepie zaznaczyła mi wszystkie wskazówki, jak ją parzyć i zdecydowanie się z tym planem zgadzam (2 minuty, 80-90 stopni). Liście dają naprawdę dobry napar w tych warunkach.




Otrzymujemy jasnożółty, klarowny napój. Pachnie bardzo subtelnie, ten aromat kojarzy mi się z letnią łąką - skoszona trawa, kwitnące kwiaty... Sielsko. Nie gryzie, nie drażni, bardzo przyjemne wrażenie.




Ten kwietny aromat zdaje się zapowiadać orzeźwiający napój, ale zdecydowanie na podniebieniu rozlewa się coś bardziej wyrafinowanego. Delikatny napój na końcu zaskakuje wyrazistym, warzywnym posmakiem, śmiem twierdzić, że ma w sobie trochę z warzywnego bulionu. Ciekawe doświadczenie!



Po zaparzeniu China Milky Oolong wygląda niewinnie, ale nie dajcie się zwieść. Polecam, jeśli lubicie takie niespodzianki, super sprawa.

czwartek, 11 maja 2017

Paweł Reszka - Mali Bogowie. O znieczulicy polskich lekarzy


To najważniejsza polska książka 2017 roku. Ważniejszej nie będzie. Dlaczego? Bo dotyczy każdego Polaka, bez najmniejszego wyjątku. Każdy z nas prędzej czy później staje się pacjentem, to nieuniknione. W tym reportażu znajdziesz portret współczesnego, polskiego lekarza złożony z wielu maleńkich obrazków. Przeczytaj i przekonaj się, kto Cię leczy (albo będzie leczył za chwilę). Jeśli nie masz żadnych profesjonalnych związków z medycyną, może to być dla Ciebie zadziwiające/przerażające/smutne/nie do ogarnięcia, ostrzegam. Ale na pewno będzie pouczające i mam nadzieję, że nie zagłosujesz już nigdy na partię, która nie zamierza zwiększać środków na ochronę zdrowia. W końcu nie chcesz umrzeć w jednej z kolejek do leczenia.

Jestem lekarzem i ręczę, że wszystkie wypowiedzi zebrane w Małych Bogach to prawda. Tak źle zorganizowana, absurdalna i niedofinansowana jest polska opieka zdrowotna. Cały personel medyczny z lekarzami na czele stara się jakoś w tym całym cyrku leczyć pacjentów, a w tych warunkach to naprawdę nie lada wyzwanie. Z książki dowiecie się między innymi: jak to jest pracować 400 h w miesiącu; ile naprawdę zarabiają lekarze; jak to jest uczyć się całe życie; co lekarze poświęcają dla swoich pacjentów; skąd te super samochody w naszych garażach; jak starsi lekarze odnoszą się do młodszych; jak bardzo jesteś lekceważony i oszukiwany przez NFZ; jak bardzo Twoje leczenie nie opłaca się NFZ; jak bardzo w d* mają Twoje zdrowie rządzący; i o wielu, wielu innych rzeczach. Dla mnie oczywistych, ale niestety wielu pacjentów nie wie, jak to naprawdę funkcjonuje.

Jeśli pewnego dnia polscy lekarze doprowadzeni na skraj wytrzymałości solidarnie stwierdzą, że od dziś pracują tylko na jednym etacie, system ochrony zdrowia zawali się w kilka dni. Nie będzie szpitala ani poradni, która będzie w stanie normalnie pracować z powodu braku kadry. W żadnym miejscu nie uda się ułożyć całodobowych dyżurów. Twoje zdrowie i życie, Drogi Pacjencie, byłoby w ogromnym niebezpieczeństwie. Świetnie podsumowuje to obecny minister zdrowia, Konstanty Radziwiłł, twierdząc, że lepszy zmęczony lekarz niż żaden, którego resort nie robi nic w kierunku, żeby tą sytuację zmienić.

Dzisiaj na porannym obchodzie po 24-godzinnym dyżurze usłyszałam od jednej a pacjentek, że jest mi bardzo wdzięczna za opiekę, z całego serca mi dziękuje i to ogromne szczęście, że właśnie ja ją przyjmowałam do operacji. To proste dziękuję to sens naszej pracy, satysfakcja, której nie da się opisać. Dlatego nie rzucamy tego wszystkiego w cholerę, chociaż czasami naprawdę chcemy (na przykład jak w gabinecie pacjent krzyczy na mnie, że wszyscy lekarze to łapówkarze i złodzieje).

niedziela, 30 kwietnia 2017

Emily Giffin - Ten jedyny



Książki Emily Giffin lubię i nie wstydzę się mówić o tym głośno ;) Są lekkie, łatwe i przyjemne i raz na jakiś czas lubię zatopić się w takiej niewyszukanej lekturze. Ostatnią jej powieść czytałam w samolocie, gdzie siedziałam obok ludzi, którzy gadali bez przerwy, głośno i głównie o sobie - nawet, jeśli przez hałas, który powodowali, umknęło mi kilka akapitów, cały czas byłam na bieżąco z głównym wątkiem - to ten typ literatury.




Giffin w bardzo przyjazny sposób opisuje swoich bohaterów i bardzo dokładnie rozpracowuje uczucia głównej postaci, żeby nas do niej zbliżyć. W ten sposób setki stron mijają na wstawaniu z łóżka, piciu kawy, czesaniu się, pisaniu smsa i chwilach wahania, czy aby na pewno go wysłać. Oczywiście, nie są to najwyższe literackie loty, ale tzw. chick-lit też ma swój urok. Dobrze, jak do tych błahostek dołączona jest naprawdę interesująca historia. Tak dotąd było u Giffin - skomplikowane relacje, małżeńskie kryzysy, szeroko pojęte problemy z dziećmi (ich brakiem lub nadmiarem - z przymrużeniem oka). Jednak w Tym jedynym poziom komplikacji powiązań plus fascynacja dużo starszym mężczyzną zupełnie do mnie nie trafiły.

Główna bohaterka to pasjonatka - zakochana po uszy w futbolu, najwierniejsza fanka swojej drużyny, od dziecka z nią związana, która swoje zawodowe ścieżki prowadzi tak, żeby być jak najbliżej swojej ulubionej dyscypliny. Jej fascynacja przenosi się również na trenera zespołu - ojca jej najlepszej przyjaciółki, który właśnie owdowiał. U mnie taka konotacja wywołuje niesmak - sam związki starszych mężczyzn z dziewczynami w moim wieku wydają mi nie na miejscu, a co dopiero z przyjacielem rodziny. Obrzydliwe (podkreślam, że to moja bardzo prywatna opinia ;). Dobrze, że po drodze pojawił się chociaż książę z bajki - młody bóg, o którego fizjonomii miło było poczytać ;) Rozwiązanie historii jak zwykle jest nieoczywiste, Giffin nigdy nie rozstrzyga ostatecznie o losach swoich bohaterów.

Wobec tego ja nie polecam. Ale jeśli: a) lubicie styl Giffin; b) nie odrzuca Was wizja związku 30-latki z ponad pięćdziesięcioletnim mężczyzną - czytajcie śmiało! Czekam na kolejną powieść pisarki, oby ciekawszą.

środa, 26 kwietnia 2017

Hojicha



Nie pamiętam, co mną kierowało, kiedy kupowałam tą herbatę. Jak teraz czytam jej opis i opinie o niej, nie znajduje w nich nic przekonującego mnie do akurat tej herbaty. Zielona, ale gorzka? Wędzona? Słomiana? Nie brzmi to zachęcająco, ale jest też wiele głosów za tym, że to jednak bardzo oryginalny napar i jego degustacja to ciekawe doświadczenie. Poniżej moje wrażenia...






Hojicha to zielona herbata, której liście w procesie przygotowywania są dodatkowo prażone. Nie da się tego ukryć - po otwarciu opakowania wydobywa się z niego zapach ogniska, spalonej słomy. Już od tego momentu ta herbata zaczęła mi przypominać Japan Genmaichę, która nie przypadła mi do gustu - właśnie przez tą spaleniznę...




Listki herbaty są proste, sztywne, skręcone wokół własnej osi. Trafiają się wśród nich również fragmenty łodyżek. Zalecone parzenie to około 90-95 stopni, ale wrzątek też podobno tej herbacie nie szkodzi. W każdym razie ja skłaniam się ku niższym temperaturom. Ale rzeczywiście minuta w zupełności wystarczy.




Napar nabiera pięknej, głębokiej barwy - coś pomiędzy pomarańczowym i brązowym. Niestety pachnie tym ogniskiem, dymem jeszcze intensywniej niż przed zaparzeniem. W tym momencie już nawet wyczuwam aromat przypiekanego ryżu, chociaż wcale go tu nie ma, ale tak bardzo przypomina mi ten zapach wymienioną wcześniej Genmaichę.




Ale oczywiście trzeba się przełamać, może trochę zatkać nos i spróbować. Smak na pewno jest delikatniejszy niż zapach. Na początku łagodny, potem cierpki i rzeczywiście dymno-wędzony na koniec. Trochę mam wrażenie, jakbym piła napar ze słomy... To nie są moje smaki, zupełnie. To herbata dla koneserów prażonego posmaku. Prażonego, bo sam dymny czy idący w kierunku ziemistego już by mi odpowiadał (patrz pu erh albo jeden z moich faworytów - Qi hong). Niestety Hojicha nie jest dla mnie.


wtorek, 4 kwietnia 2017

Clipper Organic Detox



Pierwsza w tym roku herbata na balkonie! Wreszcie wiosna - w Polsce, w Portugalii miałam okazję poczuć ją chwilkę wcześniej :) To, że na tą inaugurację balkonu (w tle widać, jaki tam jeszcze panuje nieporządek po zimie...) wybrałam herbatę ze słowem detox w nazwie, to zupełny przypadek, akurat po tą sięgnęłam. Daleka jestem od wszelkich oczyszczających diet i tego typu zabiegów - z medycznego punktu widzenia to jedna wielka bzdura. Promowana, bo się dobrze sprzedaje. A tej herbaty chciałam spróbować po prostu, żeby przekonać się, jak smakuje (bo internetowa fama głosi, że świetnie).




Clipper Organic detox Infusion to mieszanka bez liści herbaty. W składzie są: hibiskus, pokrzywa (23,5%), korzeń lukrecji (20%), naturalne aromaty i aloes. Papierowe, prostokątne torebki są wypełnione drobnym suszem i pachną delikatnie ziołowo.




Zalecone parzenie to oczywiście wrzątek przez około 2-3 minuty. Początkowo woda barwi się tak słabo, że przez chwilę myślałam, że sprzedano mi jakieś oszukane opakowanie ;)




Po upłynięciu odpowiedniej ilości czasu napar nabiera soczystej, karminowej barwy. Pachnie... wiśniową galaretką, naprawdę!




Smakuje delikatnie, słodkawo. Dodatki świetnie niwelują kwaskowatość hibisuksa. Mimo dużej ilości pokrzywy, wcale nie ma tu ziołowego posmaku. Polecam. Nie oczyści i nie zdziała cudów, ale jest smaczna. Myślę, że warto spróbować.