poniedziałek, 12 czerwca 2017

Jaume Cabre - Jaśnie Pan oraz Cień Eunucha



Idea tego posta jest na miarę szkolnej rozprawki, myślę, że sprawdziłby się również na maturze z polskiego. Raczej poziom rozszerzony, bo Cabre w kanonie podstawowych polskich lektur raczej się nie znajdzie, a szkoda! W każdym razie w ramach mojego blogowego recenzowania książek dzisiaj porównanie dwóch powieści autorstwa katalońskiego pisarza.




Chronologicznie, jeśli chodzi o czas akcji, pierwszy jest Jaśnie Pan, bo to koniec XVII wieku  - Cień Eunucha dzieje się już w wieku XX. Książka rozpoczyna się jak klasyczny kryminał czyli od trupa. Ale mniej tu dochodzenia, kto zabił, a więcej manipulacji wokół. Trup to niestety słynna śpiewaczka operowa i nie da się tej sprawy zamieść pod dywan - sprawa okazuje się politycznie bardzo niewygodna. Na najwyższych szczeblach władzy dwieście lat temu było podobnie jak teraz - duże pieniądze i prestiż kusiły i niejednokrotnie popychały ludzi do, delikatnie mówiąc, złych uczynków. Namiętności również były podobne. Warto poznać ten bardzo interesujący portret epoki, w którym pisarz serwuje nam obcowanie z niezwykle wyrazistymi bohaterami. Lektura to sama przyjemność.




Z kolei Cień Eunucha to bardziej łamigłówka i uważam, że doświadczenie wymagające większego zaangażowania. Zaczyna się na pogrzebie czyli również od śmierci. Sam zgon nie jest jednak tajemniczy, tajemnicze okazuje się życie denata. I jego przyjaciela - wokół jego wspomnień toczy się cała fabuła. W ciągu jednej kolacji, ale w bardzo intrygującej restauracji, prześledzimy całe życie Michaela. To saga rodzinna, ale w żadnym wypadku nie jest nudna, jak mogłaby sugerować ta szufladka. To saga, której wydarzenia i układ porządkują się stopniowo w miarę rozwoju akcji. Bardzo dobra gimnastyka dla umysłu, ale muszę przyznać, że smutna i opisane niepowodzenia przytłaczają.

Zarówno Jaśnie Pan i Cień Eunucha dzieją się przede wszystkim w Barcelonie (tą pierwszą czytałam właśnie tam :), jednak w odmiennych epokach i to chyba główny powód, dlaczego ta druga wydaje się być mi bliższą. Zawsze łatwiej wyobrazić sobie realia czasów mniej odległych. Ta druga historia, to niesamowite splątanie ludzkich losów z genialnym rozwiązaniem drzewa genealogicznego na koniec, to typ literatury, który uwielbiam. Układanka, której pozornie niepasujące do siebie elementy tworzą piękną, zdobioną całość. Cóż mogę powiedzieć, czytajcie Cabre. Nobel niebawem.

*

Ogromne wyrazy uznania należą się polskiej tłumaczce prozy Cabre - pani Annie Sawickiej. Te tłumaczenia to majstersztyk, biorąc pod uwagę styl pisarza - gwałtowne, ale bardzo płynne zmiany narratora, wątków, czasu i miejsca akcji, nierzadko w ciągu jednego zdania. W polskim wydani brzmi to naturalnie, jest przejrzyste i naprawdę dobrze się to czyta - nie mam wątpliwości, że to Pani zasługa!

wtorek, 6 czerwca 2017

China Milky Oolong



Zdecydowanie za rzadko kupuję herbaty oolong! Smakują naprawdę świetnie, szkoda nie próbować ich częściej. Dzisiaj China Milky Oolong jako wieczorna herbatka na balkonie.




Już po otwarciu opakowania wiem, że będzie dobrze. Grube, poskręcane listki (wyglądają trochę jak gunpowder) pachną bardzo oryginalnie - ciężko, ale z bardzo wyraźną słodką nutą. Chce się je schrupać!




Na opakowaniu tej herbaty pani w sklepie zaznaczyła mi wszystkie wskazówki, jak ją parzyć i zdecydowanie się z tym planem zgadzam. Liście dają naprawdę dobry napar w tych warunkach.




Otrzymujemy jasnożółty, klarowny napój. Pachnie bardzo subtelnie, ten aromat kojarzy mi się z letnią łąką - skoszona trawa, kwitnące kwiaty... Sielsko. Nie gryzie, nie drażni, bardzo przyjemne wrażenie.




Ten kwietny aromat zdaje się zapowiadać orzeźwiający napój, ale zdecydowanie na podniebieniu rozlewa się coś bardziej wyrafinowanego. Delikatny napój na końcu zaskakuje wyrazistym, warzywnym posmakiem, śmiem twierdzić, że ma w sobie trochę z warzywnego bulionu. Ciekawe doświadczenie!




Po zaparzeniu China Milky Oolong wygląda niewinnie, ale nie dajcie się zwieść. Polecam, jeśli lubicie takie niespodzianki, super sprawa.




czwartek, 11 maja 2017

Paweł Reszka - Mali Bogowie. O znieczulicy polskich lekarzy



To najważniejsza polska książka 2017 roku. Ważniejszej nie będzie. Dlaczego? Bo dotyczy każdego Polaka, bez najmniejszego wyjątku. Każdy z nas prędzej czy później staje się pacjentem, to nieuniknione. W tym reportażu znajdziesz portret współczesnego, polskiego lekarza złożony z wielu maleńkich obrazków. Przeczytaj i przekonaj się, kto Cię leczy (albo będzie leczył za chwilę). Jeśli nie masz żadnych profesjonalnych związków z medycyną, może to być dla Ciebie zadziwiające/przerażające/smutne/nie do ogarnięcia, ostrzegam. Ale na pewno będzie pouczające i mam nadzieję, że nie zagłosujesz już nigdy na partię, która nie zamierza zwiększać środków na ochronę zdrowia. W końcu nie chcesz umrzeć w jednej z kolejek do leczenia.

Jestem lekarzem i ręczę, że wszystkie wypowiedzi zebrane w Małych Bogach to prawda. Tak źle zorganizowana, absurdalna i niedofinansowana jest polska opieka zdrowotna. Cały personel medyczny z lekarzami na czele stara się jakoś w tym całym cyrku leczyć pacjentów, a w tych warunkach to naprawdę nie lada wyzwanie. Z książki dowiecie się między innymi: jak to jest pracować 400 h w miesiącu; ile naprawdę zarabiają lekarze; jak to jest uczyć się całe życie; co lekarze poświęcają dla swoich pacjentów; skąd te super samochody w naszych garażach; jak starsi lekarze odnoszą się do młodszych; jak bardzo jesteś lekceważony i oszukiwany przez NFZ; jak bardzo Twoje leczenie nie opłaca się NFZ; jak bardzo w d* mają Twoje zdrowie rządzący; i o wielu, wielu innych rzeczach. Dla mnie oczywistych, ale niestety wielu pacjentów nie wie, jak to naprawdę funkcjonuje.

Jeśli pewnego dnia polscy lekarze doprowadzeni na skraj wytrzymałości solidarnie stwierdzą, że od dziś pracują tylko na jednym etacie, system ochrony zdrowia zawali się w kilka dni. Nie będzie szpitala ani poradni, która będzie w stanie normalnie pracować z powodu braku kadry. W żadnym miejscu nie uda się ułożyć całodobowych dyżurów. Twoje zdrowie i życie, Drogi Pacjencie, byłoby w ogromnym niebezpieczeństwie. Świetnie podsumowuje to obecny minister zdrowia, Konstanty Radziwiłł, twierdząc, że lepszy zmęczony lekarz niż żaden, którego resort nie robi nic w kierunku, żeby tą sytuację zmienić.

Dzisiaj na porannym obchodzie po 24-godzinnym dyżurze usłyszałam od jednej a pacjentek, że jest mi bardzo wdzięczna za opiekę, z całego serca mi dziękuje i to ogromne szczęście, że właśnie ja ją przyjmowałam do operacji. To proste dziękuję to sens naszej pracy, satysfakcja, której nie da się opisać. Dlatego nie rzucamy tego wszystkiego w cholerę, chociaż czasami naprawdę chcemy (na przykład jak w gabinecie pacjent krzyczy na mnie, że wszyscy lekarze to łapówkarze i złodzieje).

niedziela, 30 kwietnia 2017

Emily Giffin - Ten jedyny



Książki Emily Giffin lubię i nie wstydzę się mówić o tym głośno ;) Są lekkie, łatwe i przyjemne i raz na jakiś czas lubię zatopić się w takiej niewyszukanej lekturze. Ostatnią jej powieść czytałam w samolocie, gdzie siedziałam obok ludzi, którzy gadali bez przerwy, głośno i głównie o sobie - nawet, jeśli przez hałas, który powodowali, umknęło mi kilka akapitów, cały czas byłam na bieżąco z głównym wątkiem - to ten typ literatury.




Giffin w bardzo przyjazny sposób opisuje swoich bohaterów i bardzo dokładnie rozpracowuje uczucia głównej postaci, żeby nas do niej zbliżyć. W ten sposób setki stron mijają na wstawaniu z łóżka, piciu kawy, czesaniu się, pisaniu smsa i chwilach wahania, czy aby na pewno go wysłać. Oczywiście, nie są to najwyższe literackie loty, ale tzw. chick-lit też ma swój urok. Dobrze, jak do tych błahostek dołączona jest naprawdę interesująca historia. Tak dotąd było u Giffin - skomplikowane relacje, małżeńskie kryzysy, szeroko pojęte problemy z dziećmi (ich brakiem lub nadmiarem - z przymrużeniem oka). Jednak w Tym jedynym poziom komplikacji powiązań plus fascynacja dużo starszym mężczyzną zupełnie do mnie nie trafiły.

Główna bohaterka to pasjonatka - zakochana po uszy w futbolu, najwierniejsza fanka swojej drużyny, od dziecka z nią związana, która swoje zawodowe ścieżki prowadzi tak, żeby być jak najbliżej swojej ulubionej dyscypliny. Jej fascynacja przenosi się również na trenera zespołu - ojca jej najlepszej przyjaciółki, który właśnie owdowiał. U mnie taka konotacja wywołuje niesmak - sam związki starszych mężczyzn z dziewczynami w moim wieku wydają mi nie na miejscu, a co dopiero z przyjacielem rodziny. Obrzydliwe (podkreślam, że to moja bardzo prywatna opinia ;). Dobrze, że po drodze pojawił się chociaż książę z bajki - młody bóg, o którego fizjonomii miło było poczytać ;) Rozwiązanie historii jak zwykle jest nieoczywiste, Giffin nigdy nie rozstrzyga ostatecznie o losach swoich bohaterów.

Wobec tego ja nie polecam. Ale jeśli: a) lubicie styl Giffin; b) nie odrzuca Was wizja związku 30-latki z ponad pięćdziesięcioletnim mężczyzną - czytajcie śmiało! Czekam na kolejną powieść pisarki, oby ciekawszą.

środa, 26 kwietnia 2017

Hojicha



Nie pamiętam, co mną kierowało, kiedy kupowałam tą herbatę. Jak teraz czytam jej opis i opinie o niej, nie znajduje w nich nic przekonującego mnie do akurat tej herbaty. Zielona, ale gorzka? Wędzona? Słomiana? Nie brzmi to zachęcająco, ale jest też wiele głosów za tym, że to jednak bardzo oryginalny napar i jego degustacja to ciekawe doświadczenie. Poniżej moje wrażenia...






Hojicha to zielona herbata, której liście w procesie przygotowywania są dodatkowo prażone. Nie da się tego ukryć - po otwarciu opakowania wydobywa się z niego zapach ogniska, spalonej słomy. Już od tego momentu ta herbata zaczęła mi przypominać Japan Genmaichę, która nie przypadła mi do gustu - właśnie przez tą spaleniznę...




Listki herbaty są proste, sztywne, skręcone wokół własnej osi. Trafiają się wśród nich również fragmenty łodyżek. Zalecone parzenie to około 90-95 stopni, ale wrzątek też podobno tej herbacie nie szkodzi. W każdym razie ja skłaniam się ku niższym temperaturom. Ale rzeczywiście minuta w zupełności wystarczy.




Napar nabiera pięknej, głębokiej barwy - coś pomiędzy pomarańczowym i brązowym. Niestety pachnie tym ogniskiem, dymem jeszcze intensywniej niż przed zaparzeniem. W tym momencie już nawet wyczuwam aromat przypiekanego ryżu, chociaż wcale go tu nie ma, ale tak bardzo przypomina mi ten zapach wymienioną wcześniej Genmaichę.




Ale oczywiście trzeba się przełamać, może trochę zatkać nos i spróbować. Smak na pewno jest delikatniejszy niż zapach. Na początku łagodny, potem cierpki i rzeczywiście dymno-wędzony na koniec. Trochę mam wrażenie, jakbym piła napar ze słomy... To nie są moje smaki, zupełnie. To herbata dla koneserów prażonego posmaku. Prażonego, bo sam dymny czy idący w kierunku ziemistego już by mi odpowiadał (patrz pu erh albo jeden z moich faworytów - Qi hong). Niestety Hojicha nie jest dla mnie.


wtorek, 4 kwietnia 2017

Clipper Organic Detox



Pierwsza w tym roku herbata na balkonie! Wreszcie wiosna - w Polsce, w Portugalii miałam okazję poczuć ją chwilkę wcześniej :) To, że na tą inaugurację balkonu (w tle widać, jaki tam jeszcze panuje nieporządek po zimie...) wybrałam herbatę ze słowem detox w nazwie, to zupełny przypadek, akurat po tą sięgnęłam. Daleka jestem od wszelkich oczyszczających diet i tego typu zabiegów - z medycznego punktu widzenia to jedna wielka bzdura. Promowana, bo się dobrze sprzedaje. A tej herbaty chciałam spróbować po prostu, żeby przekonać się, jak smakuje (bo internetowa fama głosi, że świetnie).




Clipper Organic detox Infusion to mieszanka bez liści herbaty. W składzie są: hibiskus, pokrzywa (23,5%), korzeń lukrecji (20%), naturalne aromaty i aloes. Papierowe, prostokątne torebki są wypełnione drobnym suszem i pachną delikatnie ziołowo.




Zalecone parzenie to oczywiście wrzątek przez około 2-3 minuty. Początkowo woda barwi się tak słabo, że przez chwilę myślałam, że sprzedano mi jakieś oszukane opakowanie ;)




Po upłynięciu odpowiedniej ilości czasu napar nabiera soczystej, karminowej barwy. Pachnie... wiśniową galaretką, naprawdę!




Smakuje delikatnie, słodkawo. Dodatki świetnie niwelują kwaskowatość hibisuksa. Mimo dużej ilości pokrzywy, wcale nie ma tu ziołowego posmaku. Polecam. Nie oczyści i nie zdziała cudów, ale jest smaczna. Myślę, że warto spróbować.


niedziela, 12 marca 2017

Karl Ove Kanusgard - Moja walka cz. 3


Podczas gdy w księgarniach na półkach pyszni się piąty tom Mojej walki, ja zbieram refleksje po lekturze trzeciego. Wcale nie mam poczucia, że dopiero. Śledzę uważnie książkowe premiery, wyłuskuję to, co mnie najbardziej interesuje i ustawiam sobie kolejkę pozycji do przeczytania. Na spokojnie, jak okołopremierowe recenzje, pisane w pośpiechu i w emocjach, już wybrzmią. Czas, który upływa, najlepiej weryfikuje wartość powieści. I nie mam tu na myśli klasyki, która swoją pozycję ugruntowuje przez dziesięciolecia. Wystarczy rok od premiery i widać, co było rzeczywiście godne uwagi. I ja zwykle wtedy zabieram się za czytanie - tak wynika ze zbioru książek, które zalegają przy moim łóżku.

Trzecia część tej monumentalnej autobiografii to okres z życia pisarza, gdy rozpoczyna naukę w szkole. Pozornie wszystko jest OK - kochane dziecko, posiadające oboje rodziców, bezpieczne i zaopiekowane z problemami adekwatnymi do wieku. Pod tym płaszczykiem kryje się trudna relacja z ojcem terroryzującym syna. Ogromowi psychicznej przemocy niejednokrotnie towarzyszą rękoczyny.

Napięcie towarzyszące tym wydarzeniom dorównuje najlepszym thrillerom. Oczywistym jest, że lęk małego chłopca, który wzbudza w nim własny ojciec to element powieści, który elektryzuje czytelnika najbardziej. Właśnie dlatego tak trudno odłożyć trzeci tom Mojej walki na półkę, ta przerażająca atmosfera pośród beztroski dzieciństwa działa jak magnes...

Niemniej jednak odnajduję też drugą, jaśniejszą stronę tej książki. W chwilach, gdy Knausgard zapomina o despotycznym ojcu i jest po prostu dzieckiem, mierzy się z małymi wielkimi wyzwaniami, które stawia przed nim szkoła i grupa rówieśników, zazdroszczę mu z całych sił. To szczęście w najczystszej postaci. Ten pisarz pozwolił sobie, poświęcił się temu, żeby te wszystkie wydarzenia przepracować jeszcze raz, dokładnie i skrupulatnie. My, nie-pisarze, mamy strzępki wspomnień, zebrane w głowach obrazki z tego czasu w naszym życiu. Ale w zdecydowanej większości nie znajdziemy wystarczająco dużo sił, żeby przejść podstawówkę jeszcze raz. Nie przestudiujemy krok po kroku wszystkich istotnych wydarzeń tamtych lat, nie uporządkujemy ich chronologicznie, nie będziemy im nadawać nowych znaczeń. Z roku na rok pewnie kolejne obrazki będą nam umykać. A Karl Ove to sobie spisał. Szczęściarz w tym całym nieszczęściu.

niedziela, 5 marca 2017

Darjeeling Himalaya



Dzisiejszy słoneczny poranek napawa optymizmem - to już chyba definitywny koniec zimy. Proponuję to opić dobrą herbatą! A do takich na pewno zalicza się Darjeeling Himalaya, którą kupiłam w Czajowni.



Darjeeling Himalaya to klasycznie preparowana czarna herbata z Indii.






Zbierane jesienią liście mienią się różnymi odcieniami brązu aż po zieleń. Ich zapach przywodzi na myśl wysuszone drewno - takie gotowe, żeby je wrzucić do ogniska. Listki są bardzo wysuszone, na ściankach torebki pozostawiają herbaciany pył. Proponowane dla nich parzenie to nieco mniej niż 100 stopni, wg mnie optymalnie przez 3 minuty.




Napar ma intrygujący, też nieco drzewny zapach i głęboki, brązowy kolor. W smaku jest surowa, gorzkawa, trochę cierpka, ale nie bardzo mocna. Trochę nieokrzesana. Myślę, że w sam raz właśnie na śniadanie, świetnie budzi!


niedziela, 12 lutego 2017

Lord Nelson Yerba Mate o smaku aloesowym



Aura za oknem - luty w pełni - może przytłaczać i odbierać ochotę na cokolwiek. Yerba mate to sposób na dodanie sobie energii. Ciągle tkwię na poziomie yerby w torebkach - jeszcze nie spróbowałam takiej parzonej klasycznie, ale wcale mi to nie przeszkadza, te torebkowane są naprawdę niezłe! Dzisiaj propozycja z popularnej sieciówki - o smaku aloesowym ze skórką granatu.




W torebkach piramidkach tej mieszanki znajdziecie dokładnie: 85% yerba mate, 5% suszonego korzenia lukrecji, 3 % suszonej skórki grantu i 2% koncentratu aloesu. Susz pachnie delikatnie, słodkawo.




Bezpośrednio po zanurzeniu torebki w gorącej wodzie nabiera ona zielonkawego koloru, który po kilku minutach (polecam trzy i ani chwili więcej!) ciemnieje. Napar pachnie jeszcze bardziej słodko niż susz, bardzo przyjemnie. Mogę z czystym sumieniem polecić tą herbatę dla samego zapachu!




Smak jest zaskakująco dobry. Z dużą rezerwą podchodzę do takich wymyślnych mieszanek, to się często nie udaje, ale tym razem jest naprawdę nieźle. Wyraźny smak yerby otoczony słodkawą nutą plus obłędny zapach. Spróbujcie, nie będziecie żałować.


czwartek, 19 stycznia 2017

Magdalena Grzebałkowska - 1945. Wojna i pokój



Na otwarcie Nowego Roku na blogu wybrałam książkę, która w oczywisty sposób nawiązuje do układu kalendarzy, w których właśnie organizujemy sobie najbliższe dwanaście miesięcy. W 1945. Wojna i pokój Magdaleny Grzebałkowskiej próżno jednak szukać sprecyzowanych planów, przewidywanych szczęśliwych wydarzeń czy rozpisanych kolejnych etapów większych i mniejszych przedsięwzięć. To zapis wielkiej improwizacji, jaką był powrót do względnej normalności w Polsce po wydarzeniach drugiej wojny światowej.




Zakończenie drugiej wojny światowej z perspektywy podręcznika do historii to jedno, krótkie wydarzenie. Dla Europejczyków mieści się w dacie 8 maja 1945. W rzeczywistości był to długi i żmudny proces, dla wielu trwający pewnie drugie tyle, co sama wojna. Nie ma jednak wątpliwości, że rok 1945 musiał być z wielu powodów tym najtrudniejszym, bo jakoś trzeba zacząć życie w zupełnie odmienionej rzeczywistości.

Ta niesamowita, drobiazgowo i skrupulatnie przygotowana książka Grzebałkowskiej (Nagroda Nike Czytelników 2016!) to najlepsze dopełnienie podręczników historii, jakie tylko można sobie wyobrazić. To historia w najbliższym czytelnikowi formacie - zbiorze relacji zwykłych ludzi. Zwykłych ludzi w niezwykłych czasach. Pomyśl, o tym, kto i co Cię otacza - rodzina, przyjaciele, dom, miasto, kraj. W 1945 roku nie było w Polsce ani jednej osoby, która mogła powiedzieć, że to jej najbliższe otoczenia przetrwało wojnę bez szwanku. Niepełne rodziny, zabici lub zaginieni przyjaciele, zburzone domy i całe miasta. A kraj? W nowych granicach. Wyobraź sobie, że pewnego dnia Twoje podwórko przestaje być Twoim podwórkiem i w ciągu godziny wyruszasz z całym swoim dobytkiem w poszukiwaniu nowego. A tam spotykasz ludzi, których spotkało to samo - nagle przestali być u siebie, a Ty masz zająć ich miejsce na Ziemi. Przecież to niewyobrażalna, zbiorowa trauma. A to tylko dopełnienie wojennych doświadczeń!




Czytałam 1945. Wojna i pokój z zapartym tchem. Wychowałam się na Mazurach, gdzie otacza nas poniemieckość. Rodzice moich rodziców po wojnie przebyły wędrówki, o których pisze Grzebałkowska. Ale nawet jeśli ziemie odzyskane to nie jest bezpośrednio Twoja historia, i tak warto ją poznać.

niedziela, 15 stycznia 2017

Twinings Prince of Wales



W ramach blogowego nadrabiania zaległości dzisiaj przedstawiam herbatę, którą dostałam na urodziny, a więc już ponad półtora miesiąca temu. Ale lepiej późno niż wcale ;) To w sumie cały zestaw herbat Twinings, jednak część z nich już znam (zajrzyjcie do listy herbat). Jedynie Twinings Prince of Wales jest dla mnie nowością i właśnie o niej będzie dzisiejszy post.




Każda torebka herbaty w tym pudełku została zapakowana w oddzielną kopertę, dzięki czemu aromaty różnych rodzajów nie mieszają się. W torebkach zamknięty jest bardzo drobny, herbaciany pył.




Zalecane parzenie Prince of Wales to 3-4 minuty w 200 ml wrzątku. Temperatura wody nie podlega dyskusji, myślę, że można jedną torebkę wykorzystać na więcej niż zwykłą szklankę wody. Może nawet na mały dzbanuszek? Cztery minuty parzenia są najwłaściwsze, żeby uzyskać pełen smak tej herbaty i żeby nie zdążyła nieprzyjemnie zgorzknieć.




Napar, który uzyskujemy ma piękny, głęboki, bursztynowy kolor. Jest aromatyczna, ma bardzo przyjemny zapach. Zgodnie z tym, co jest napisane na opakowaniu, Twinings Prince of Wales to delikatny, gładki napój. To zdecydowanie jedna ze słabszych czarnych herbat w dobrym tego słowa znaczeniu. Nie odpycha gorzkim, ciężkim smakiem - przeciwnie - zachęca lekką i łagodną fakturą.




Myślę, że ta herbata świetnie sprawdzi się do kolacji lub kiedykolwiek indziej, kiedy będziecie mieli ochotę na czarną herbatę, ale w lekkim wydaniu. Zapewni Wam klasyczny smak bez cienia goryczy.

sobota, 7 stycznia 2017

Lao Mao Green Pu erh



Uwaga, uwaga, po bardzo długiej nieobecności wracam do żywych w Internecie! Ostatnie dwa miesiące ubiegłego roku były jak szalona przejażdżka kolejką górską - w moim życiu działo się dużo i intensywnie. W związku z tym byłam zbyt zaabsorbowana innymi rzeczami, żeby na spokojnie przygotować coś na bloga. Ale chyba wszystko z Nowym Rokiem wróci do normy :) Na dobry początek 2017 roku proponuję oczywiście herbatę. Dawno tu nieobecny, a jeden z moich ulubionych rodzajów herbaty: pu erh. Jednak nie jest to typowy przedstawiciel gatunku. Myślę, że degustacja Lao Mao Green Pu Erh może wielu herbaciarzy zaskoczyć. Gotowi?




Lao Mao Green Pu Erh to, jak słusznie sugeruje nazwa, tak zwany zielony pu erh. Jego produkcja to proces na pograniczu preparowania herbaty zielonej i klasycznych pu erh, bo (w dużym uproszczeniu) liście są suszone jak ta pierwsza, jednak dojrzewają jak ta druga. Unikalny jest też fakt, że to luźna herbata, nie jest sprasowana w ciastko.






Liście herbaty są niemalże całe, sztywne i skręcone. Mają głęboką ciemnozieloną barwę, miejscami są nieco jaśniejsze. Pachną sianem, skoszoną trawą, ale niezbyt intensywnie, przez co nie jest to wcale nieprzyjemny zapach. Jak parzyć? Na opakowaniu polecane jest 90 stopni, na stronie producenta - 80 stopni. Także trzeba próbować znaleźć odpowiednią temperaturę dla siebie - ja skłaniam się ku wyższej, bo daje intensywniejszy smak (ale też cięższy, bardziej cierpki). Kolejne parzenia dają bardziej stonowane napary niż to pierwsze.






Kolor herbaty jest zdecydowanie bliższy zielonym niż pu erh - jasnobrązowy, złamany zielonym. Ta barwa kojarzy mi się z tą, jaki dają zielone herbaty w torebkach, szczególnie aromatyzowane. Ale oczywiście wystarczy tej herbaty spróbować, żeby przekonać się, że mamy do czynienia z zupełnie inną klasą produktu ;)




Pochylając się nad herbatą, poczujecie charakterystyczny, nieco gnilny aromat. W naparze ta nuta jest również wyczuwalna, ale towarzyszy jej także warzywny posmak. Faktura napoju jest nierówna, posmak cierpki, ale wcale nie jest gorzka. Bardzo ciekawe doświadczenie. Nie przypisałabym tej herbaty ani do zielonych, ani do pu erh - to zupełnie odrębny rodzaj. Polecam spróbować!

Spójrzcie na liście po zaparzeniu - pięknie rozwinięte!