wtorek, 22 września 2015

Drugie urodziny bloga!

Źródło grafiki: Pinterest

Drugi rok mojego blogowania nie był tak intensywny jak pierwszy. Dostałam wymarzoną pracę, która pochłonęła mnie bez reszty. Mimo to mam tutaj ciągle grono stałych czytelników, co pokazują mi statystyki. Dziękuję :) Tworzenie tego miejsca daje mi ogromną frajdę, mam mnóstwo pomysłów na nowe wpisy i coraz lepiej organizuję sobie czas, dlatego zostańcie ze mną :) Obiecuję, że się na mnie nie zawiedziecie.

niedziela, 20 września 2015

Szczepan Twardoch - Morfina



Ta książka chodziła za mną od bardzo dawna. Morfina i jeszcze Drach to dwie powieści autorstwa Szczepana Twardocha, które od momentu publikacji niezwykle mnie intrygowały. Swego czasu sięgnęłam po inną książkę pisarza i się ogromnie rozczarowałam. Mimo to dalej wierzyłam, że te dwie wymienione wyżej pozycje będą świetne - zgodnie z opiniami krytyków. To jaka okazała się ta osławiona Morfina?




Streszczenie mamy na okładce: miejsce akcji to Warszawa na samym początku wojny, a nasz bohater, nie zważając na wojenną zawieruchę, pielęgnuje swoje główne zainteresowania - kobiety i narkotyki (kobiety w liczbie mnogiej, a więc mają miejsce zdrady). Sytuacja w mieście z dnia na dzień się pogarsza, przebywanie w stolicy samo w sobie jest niebezpieczne, a jutro niepewne, jednak morfinista na głodzie nie zważa na nic. Mało obchodzi go żona i syn, kontynuuje swoje zabawowe tournee. O ironio, ta najbardziej lekkomyślna osoba w Warszawie zostaje zaangażowana w działania polskiego podziemia. Przebieg akcji, w których bierze udział, jest równie szaleńczy i chaotyczny, jak jego codzienne życie. Szybko, na krawędzi, bez trzymanki, po bandzie - to nie może i nie kończy się dobrze (niczym Wesele Smarzowskiego).

Ta absurdalna i niedorzeczna historia zawiera w sobie dwa niezwykle poważne tematy do rozważań. Czy osoby, których czyny powszechnie uznajemy za bohaterskie, to zawsze szlachetni ludzie, głęboko przekonani o słuszności swojego postępowania? A może to przypadkowe postacie? Ktoś, kto znalazł się we właściwym miejscu we właściwym czasie, mając za nic moralność, etykę i autorytety? Intrygujące.

Druga kwestia to narodowość, pochodzenie. Konstanty Willemann jest synem Niemki i Polaka. Gdzie ma się podziać ktoś taki w czasie polsko-niemieckiej wojny? Pytanie o patriotyzm w tym wypadku wprawia w konsternację, delikatnie mówiąc... Ta książka to prowokacja, którą w można śmiało postawić w jednym szeregu z Łaskawymi Littella.

Moim zdaniem Morfina to pozycja, która wpisze się do kanonu polskiej literatury. Świetnie napisana (chociaż ma bardzo przewidywalne zakończenie) odważnie przekroczyła pewne granice w pisaniu o drugiej wojnie światowej. Może karykaturalna, ale z pewnością i takie historie miały miejsce w 1939 roku - nie wszyscy bohaterowie byli kryształowi... A może w ogóle nie byli bohaterami?



Z tego miejsca chciałabym gorąco po raz kolejny zaprosić do obserwowania mojego profilu na instagramie. Znajdziecie tam między innymi regularnie pojawiające się takie oto książkowe wieżyczki (nie lubię słowa stos - ma negatywny wydźwięk w blogosferze, a poza tym kojarzy mi się wyłącznie z czarownicami) z lektur, za które się właśnie zabieram. Większość z nich pojawia się potem na blogu, niektóre krótko podsumowuje właśnie na instagramie. Tam też wrzucam zdjęcia z ciekawych miejsc (dużo Mazur ;) oraz polecam nie tylko książki i herbaty.

Na wieżyczce obok Morfiny znalazła się jedna z powieści Sarah Waters. Zdecydowałam się na jej lekturę z powodu fali zachwytów nad autorką przy okazji wydania w Polsce jednej z jej nowszych powieści. Niestety Ktoś we mnie to w moim odczuciu porażka na całej linii. Miałka, nudna fabuła, sztywni bohaterowie, rozwlekła narracja... Nie polecam. A u Twardocha fabuła wartka, bohaterowie intrygujący, narracja naprawdę dobra - czytajcie Morfinę. Ja poluję jeszcze na Dracha.

czwartek, 17 września 2015

Teekanne Green Tea Collection



Prawie dokładnie rok temu przygotowałam bardzo podobny post: jedną z zielonych herbat Teekenne sfotografowałam między innymi w otoczeniu wrzosów. Minęło dwanaście miesięcy, wrzosy ponownie zagościły na moim balkonie i znowu stały się scenerią do zaprezentowania tego gatunku herbat tej samej marki - tym razem w nieco większej ilości. Zapraszam na degustację zestawu Teekanne Green Tea Collection.




W pudełku w szczelnych foliach zostało zapakowanych sześć rodzajów zielonej herbaty: jedna klasyczna i pięć aromatyzowanych. Bardzo lubię takie zestawy - można poznać wiele smaków, nie kupując ich w dużych ilościach. W lutym pisałam o innym zestawie tej herbacianej marki - Magic Winter (tutaj i tutaj). Brrr, nawet nie chcę myśleć o zimie ;)




Teekanne Green Tea Lemon to mieszanka, w której smak zielonej herbaty jest bardzo wyraźny, a dodany aromat nieco kwaskowaty. Przyjemna, orzeźwiająca.

Teekanne Green Tea Lemon-Ginger jest zupełnie inna! Smak zielonej herbaty jest zdecydowanie słabiej wyrażony, wręcz rozwodniony. Na pierwszym planie jest imbir - bardzo rozgrzewający.




Teekanne Green Tea Orange bardzo przypomina mi imbirową - nieco rozwodniona, mniej wyraźna, brakuje jedynie rozgrzewającego efektu. Słodkawa z gorzką nutą.

Teekanne Green Tea Opuncia to moja zdecydowana faworytka. Mam słabość do herbat z dodatkiem opuncji, ale nie przypominam sobie, żebym próbowała takiej herbaty w wersji liściastej - zawsze są to torebki. W każdym razie ten słodkawy, charakterystyczny posmak odpowiada mi bardzo i w tym przypadku też się sprawdził. O Teekanne Green Tea Cranberry-Raspberry pisałam właśnie w zeszłorocznym, balkonowym poście.




Na koniec Teekanne Green saute. Najcięższy, najbardziej gorzkawy smak. Ale bez przesady. Nieco cierpnący, ale za to właśnie niektórzy kochają zieloną herbatę ;)




Wszystkie te herbaty parzyłam w niższej temperaturze niż zalecone na opakowaniu (80 stopni zamiast wrzątku) i maksymalnie dwie minuty. Wówczas są zdecydowanie mniej gorzkie i nie pozostawiają nieprzyjemnego, gorzkiego osadu. Warto spróbować tych herbat i wybrać coś dla siebie, polecam.


sobota, 12 września 2015

Twinnings Pure Darjeeling Tea



Darjeeling to prowincja w Indiach, która słynie z uprawy świetnej herbaty. Na ponad dwóch tysiącach metrów nad poziomem morza herbaciane plantacje mają doskonałe warunki. Więcej o herbacie z tego regionu (a przede wszystkim o wątpliwościach czy każda darjeeling rzeczywiście stamtąd pochodzi) przeczytacie w świetnym artykule Ewy (autorki bloga Herbatniczek) na portalu czajnikowy.pl. Herbata, na którą zapraszam Was dzisiaj, to Twinnings Pure Darjeeling Tea.






Każda torebka tej herbaty została zapakowana w osobną kopertę, a całość została zamknięta w bardzo ładnym pudełku z pięknym wzorem wewnątrz. Instrukcja parzenia - 3-4 minuty we wrzątku - nie do końca mi odpowiada. Wydaje mi się, że to trochę za długo. Wyciągam torebkę z wody po około dwóch minutach. Uzyskany napar już wówczas ma intensywny, brązowy kolor (wpadający w pomarańcz) i klasyczny aromat.




Twinnings Pure Darjeeling Tea ma bardzo wyrazisty smak, nawet już po tych dwóch minutach. To intensywna czarna herbata z aksamitną goryczką pozostającą na podniebieniu. Pita po posiłku skutecznie przełamuje wszystkie wcześniejsze smaki, zdecydowanie dominuje. Przy dłuższym parzeniu mam wrażenie, że cierpnie i robi się kwaskowata.






Mocny smak tej herbaty może działać pobudzająco, dlatego polecam ją na początek dnia lub przerwę w pracy. Z pewnością nie uspokaja zmysłów, raczej je pobudza, więc chyba nie sprawdzi się przed snem. To jeden z cięższych herbacianych smaków i to, jak sądzę, najważniejsza wskazówka, jeśli zastanawiacie się, czy do niej sięgnąć. Na pewno warto spróbować.


środa, 9 września 2015

Karl Ove Kanusgard - Moja walka cz. 2



I tak przy pierwszej możliwej okazji, nie będąc specjalnie zachwyconą pierwszą częścią, sięgnęłam do drugiego tomu Mojej walki. To była dobra decyzja! Tym razem Knausgard wziął na tapetę zdecydowanie bardziej interesujące tematy. W dalszym ciągu żadnych wyjątkowych wydarzeń, ale skrupulatne opisywanie zwykłego życia w sposób absolutnie szczery niesie w sobie coś intrygującego.




Po przepracowaniu dorastania i tematu śmierci, teraz głównym nurtem powieści jest tworzenie związku i rodzicielstwo. Z perspektywy młodego mężczyzny - wszystko, co młodzi mężczyźni myślą o kobietach i wychowywaniu dzieci, ale nie mówią o tym głośno. Do bólu szczerze, bez lukru i naciągania rzeczywistości. Bardzo otrzeźwiająca rzecz. Ujawnia paradoks, w którym funkcjonujemy: zewsząd otaczają nas obrazy szczęśliwych rodzin, które mają grzeczne dzieci, a tak naprawdę to tylko wycinek prawdziwego życia. Koszmar porodu, ustawiczna, ciężka praca nad wychowaniem dziecka, której efekty są nieporównywalnie mniejsze od włożonego wysiłku, brak czasu dla siebie, napięta atmosfera, która pogarsza relacje. Przytłaczające, niestety prawdziwe. Tylko o tym, że się ma serdecznie dość własnych dzieci, mówić nie należy. No nie wypada.

Opis skomplikowanych relacji damsko-męskich, których tutaj też nie brakuje, może już tak ciekawy nie jest - akurat te kwestie zostały już omówione w tysiącach książek na milion sposobów. A tak realistycznie o rodzicielstwie pisze mało kto (świtają mi w głowie jakieś przykłady, ale to mgliste wspomnienia i niczego nie potrafię przytoczyć).

Moja walka w drugim tomie obala dwa stereotypy, które w polskiej świadomości mają się doskonale: skandynawska rodzina to ideał. Okazuje się, że Skandynawia wcale nie stanowi jedności, jak mówimy o niej powszechnie. Szwecja i Norwegia to dwa różne światy! Knausgard wypełnił tą książkę wieloma przykładami różnic na zderzeniu tych dwóch narodów. Idealne rodziny? Być może polityka prorodzinna jest w Szwecji świetna, ale nie tylko nią wychowuje się dzieci...

Czytajcie, gorąco Wam tą książkę polecam! Nawet bez znajomości pierwszej części, nie jest potrzebna do pełnego zrozumienia drugiej, która jest po prostu świetna. Po prostu prawdziwa.

niedziela, 6 września 2015

Dilmah Green Tea with natural Jasmine



Jeszcze tydzień temu można było swobodnie chodzić w koszulkach z krótkim rękawem i krótkich spodenkach, z kolei ten weekend spędzam pod kocem w bluzie, a mimo to nie dopuszczam do siebie myśli, że lato powoli dobiega końca. Jak dla mnie mogłoby trwać i trwać... Na zdjęciach do dzisiejszego posta zieleń jest jeszcze letnie i soczysta.



Herbata, na którą Was dzisiaj zapraszam, to propozycja od Dilmah - połączenie zielonej herbaty z nutą jaśminu. W opakowaniu znajdziecie proste saszetki o delikatnym zapachu.




Instrukcja parzenia z opakowania jest zaskakująca: 100 stopni przez dwie minuty. Nawet spróbowałam, ale zgodnie z przewidywaniami napar staje się w tych warunkach gorzki i niesmaczny. Standardowe 80 stopni dla zielonej herbaty sprawdza się tutaj genialnie. Otrzymujemy bursztynowy napój nieziemsko pachnący jaśminem. Poezja.




Aromat uwodzi, a smak zadowala - tak bym to ujęła. Po podniebieniu poczujecie klasyczną fakturę i drobniutką gorycz zielonej herbaty okraszoną kwiatową nutą. Elegancko, przyjemnie.




Polecam tą mieszankę dla jaśminu. Ten dodatek jest tutaj na pierwszym planie, komponuje się świetnie, pachnie fantastycznie. Połączenie zielonej herbaty z jaśminem to jedno z popularniejszych zestawień - w tym wypadku niezwykle udane!