Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kubki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kubki. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 24 sierpnia 2014

Koronkowa zastawa



Zastawę, którą chcę Wam dzisiaj pokazać w pełnej krasie, niektórzy być może już dobrze kojarzą. Te kubki i filiżanki wystąpiły na tym blogu już wiele razy przy okazji prezentowania różnych herbat. To cudowny prezent ślubny, którzy otrzymaliśmy od Naszej Świadkowej dokładnie rok temu... Tak, dzisiaj obchodzimy rocznicę ślubu ;)












Piękne są te koronki!


wtorek, 8 kwietnia 2014

Czerwone Serduszko



Trochę ponad tydzień temu miałam okazję pierwszy raz w tym roku naprawdę skorzystać z wiosennej pogody i delektować się herbatą na świeżym powietrzu. Konkretnie na balkonie, w pełnym słońcu. Po prostu błogość!




O samej herbacie, którą otworzyłam sezon na balkonie, nie napiszę zbyt wiele. Powód jest prosty - to ta sama mieszanka, którą już tu dwukrotnie opisywałam: pod nazwą Moja Miłość oraz Spacer Kochanków. Czerwone Serduszko otrzymaliśmy (podobnie jak Spacer Kochanków) w dwóch opakowaniach. To daje w sumie pięć paczek tej herbaty! Cukrowe serca okazały się najbardziej romantycznym dodatkiem do herbaty i najlepszym prezentem na ślub :) Dodam tylko, że przewinęły się także przez mieszankę Anny Schilling, a być może są zamknięte w jakimś opakowaniu, do którego jeszcze nie sięgnęliśmy.






Dla przypomnienia: jak smakuje Czerwone Serduszko (i podobne mieszanki kryjące się pod różnymi nazwami)? To stosunkowo dobra czarna herbata z delikatnym, słodkawym posmakiem. Cukrowy dodatek nie dominuje, ale jest wyczuwalny. Herbata ma przyjemny aromat.




Na okazję tej pierwszej balkonowej degustacji wyszperałam do niej szczególny kubek (świetnie współgrający z nazwą herbaty). Doskonale zdaję sobie sprawę, że może się wydać ciut kiczowaty ;) Ale to w ogóle nie jest ważne wobec sentymentów z nim związanych. Kubeczek ma ze sto lat i to pierwsze naczynie na herbatę, który było świadomie moje. Otrzymałam go od Chrzestnej i doskonale pamiętam, jak go sobie wybierałam. Pamiętacie swój pierwszy własny kubek?:)



niedziela, 5 stycznia 2014

Lipton Yellow Label



To dopiero wyzwanie: napisać coś ciekawego o Lipton Yellow Label. Mogłabym napisać, że przecież znacie i każdy z Was ma już wyrobioną opinię na temat tej chyba najpowszechniejszej herbaty. Ale nie pójdę na łatwiznę!

Lipton Yellow Label powstała w 1890 roku i obecnie sprzedawana jest w niemal 150 krajach na świecie. Polską zawładnęła podobno po transformacji ustrojowej i (sądząc po jej ilości na sklepowych półkach) ma się w roli najpopularniejszej herbaty świetnie. Dla mnie stanowi swego rodzaju fenomen. Chociaż może z marketingowego punktu widzenia to nic nadzwyczajnego i dobrze poprowadzona promocja sprawia, że niezmiennie od lat kupujemy tą herbatę, która, bądźmy szczerzy, jest średnia. Według informacji Unilever Yellow Label stanowi mieszankę 20 (!) różnych herbat z 5 regionów świata. Biorąc pod uwagę, że to herbata ekspresowa i w torebkach zamknięty jest wyłącznie herbaciany pył, odnoszę wrażenie, że to połączenie wszystkich herbacianych resztek, które zostają z produkcji innych herbat marki... A trzeba przyznać, że jej cena jest istotnie wyższa niż zupełnie podobnych ekspresowych herbatek w innym opakowaniu niż żółte.

Ale kupujemy. I z tym faktem nie da się dyskutować. Torebki z żółtą metką spotykamy wszędzie: w kawiarniach, biurach, szpitalach, stacjach benzynowych, na konferencjach, szkoleniach... Będąc u znajomych z wizytą, gdy poprosicie o herbatę, dostępność żółtego Liptona jest niemal gwarantowana. Powiem więcej, każdy tą herbatę zna i w związku z nią ma jakieś skojarzenia. W tym momencie będę obrzydliwie romantyczna, bo mi kojarzy się z moim Mężem, przy którym w ogóle zaczęłam tą herbatę pić ;) Jakie są Wasze skojarzenia?




Dzisiaj nie będę radzić, jak zaparzać tą herbatę i nie rozpiszę się na temat koloru naparu, aromatu - byłoby to groteskowe. Każdy śmiertelnik ma swój własny sposób jej parzenia. Spektrum jest szerokie (aczkolwiek za każdym razem mówimy o zalewaniu wrzątkiem): od kilkunastu sekund, żeby tylko nadać wodzie trochę koloru, poprzez kilka minut, ale nie za długo (to ja), do dobrych kilku minut, żeby napar było mocny oraz kilkunastu, żeby mieć esencję goryczy (moja Siostra). Opcjonalnie cukier i cytryna, chyba po to, żeby zabić tą cierpkość, która pojawia się po przekroczeniu kilku minut (podejrzewam, nie korzystam).

Wśród naszych ślubnych prezentów znalazły się dwa duże opakowania tej herbaty. Sprezentować Lipton Yellow Label można w zasadzie każdemu i z każdej okazji. To uniwersalny prezent. Powiedziałabym, że dyplomatyczny. A jeśli obdarowana osoba nie przepada, będzie miała czym poczęstować gości ;)




Żeby urozmaicić niezmienny od lat produkt często do opakowań Liptona dołączane są kubki. Staram się unikać kupowania takich promocyjnych gadżetów, bo doprowadza to do sytuacji, że w szafce mamy sto zupełnie różnych (i w zasadzie niepotrzebnych) kubków, a herbaty nadal nie ma w czym podać gościom. Lipton złamał mnie raz. Kubki z obrazkami z trzech różnych, wielkich miast ujęły mnie totalnie. Do wyboru był Paryż, Nowy Jork i Sydney. Brakowało mi tylko Londynu i byłyby to miejsca (z poprawką, że niezupełnie Sydney, a Melbourne) odbywania się wszystkich czterech Wielkich Szlemów. A tenis kocham! Tym pokrętnym skojarzeniem dwa kubki zwyciężyły i zabrały się z nami do domu. Nowy Jork stracił ucho i trzyma już tylko długopisy, a nie herbatę, ale Sydney (symbolizując moje ukochane Australian Open - już niedługo!) ma się świetnie.




To, że Yellow Label tkwi w naszej świadomości, to na pewno w dużej mierze zasługa regularnie pojawiającej się reklamy. Bo jak odmówić Pierce`owi Brosnan`owi?


Źródło: YouTube

A na zakończenie reklama, która ujęła mnie najbardziej. Enjoy!

Źródło: YouTube