wtorek, 15 listopada 2016

Gavin Extence - Lustrzany świat Melody Black



Debiutancki Wszechświat kontra Alex Woods Gavine`a Extence`a to książka, która wypełniła pewną niszę. Nie ma powieści (przynajmniej ja nie znam), która traktuje o sprawach tak trudnych i etycznie niejednoznacznych jak eutanazja w tak przystępny, ludzki sposób. Sympatia do głównego bohatera, którą zawdzięczamy jego fantastycznemu poczuciu humoru, sprawia, że utożsamiamy się z nim i poniekąd sami stajemy przed pytaniem o zasadność tej kontrowersyjnej procedury. Extence poszedł za ciosem, tym razem wziął na tapetę inny, równie kłopotliwy temat: zaburzenia psychiczne. Czerpiąc po części ze swojego własnego doświadczenia, zabiera nas do świata osoby dotkniętej jednym z takich zaburzeń. Nie zdradzę jakim (chociaż jako lekarz zorientowałam się bardzo szybko), bo samo dociekanie diagnozy daje dużo frajdy.

Oczywiście i tym razem nie chodzi tylko i wyłącznie o dobrą zabawę. Życie życiem osoby, która z powodu choroby odbiera rzeczywistość w zniekształcony sposób i traci panowanie nad swoim postępowaniem to bardzo cenne doświadczenie. Zaburzenia psychiczne to dla większości ludzi - szczęśliwców, których to nigdy nie dotknęło - temat zupełnie tajemniczy, obcy i nieznany. A jak czegoś nie znamy, to się tego zwykle boimy. Jeśli ta książka komukolwiek choć trochę przybliży zagadnienie i oswoi kogoś z tym ważkim problemem, można to uznać za wielki sukces.

Lustrzany świat Melody Black to nie jest drugi Lot nad kukułczym gniazdem, to nie ta półka. To nie jest wielka powieść kontestująca rzeczywistość i stawiająca egzystencjalne pytania. To współczesny przewodnik po tym, jak zachowują się osoby dotknięte zaburzeniami psychicznymi, jak są odbierane przez otoczenie i jaką drogę muszę przebyć, żeby wrócić do normalnego funkcjonowania. Nie jest to też aż tak błyskotliwa i nowatorska książka jak debiut pisarza - autorowi będzie bardzo trudno przeskoczyć poprzeczkę, którą na początku zawiesił sobie baaardzo wysoko.

Polecam jako pouczającą lekturę na jeden z długich jesiennych wieczorów. Jeśli kiedykolwiek przyszło Wam do głowy, że tracicie czas nad jakąś książką, bo nic nie wnosi do Waszego życia, gwarantuję, że przy tej najdą Was dokładnie przeciwne refleksje - warto wzbogacić się o doświadczenie tej lektury.

P.S. Zwróćcie uwagę, że nie użyłam w recenzji wyrażenia choroba psychiczna. W dzisiejszej nomenklaturze medycznej nie stosuje się tego określenia - zostało uznane za stygmatyzujące.

środa, 2 listopada 2016

g`tea Oolong



Dzisiaj zapraszam Was na kolejną herbatę g`tea - tym razem oolong i tym razem w torebkach. Poprzednie spotkanie z produktem tej marki było miłe, ale nie zwaliło mnie z nóg. Jak będzie tym razem?




W czarnym opakowaniu z szufladką znajdziecie 20 torebek wypełnionych twardymi, mocno poskręcanymi listkami. Przed zaparzeniem listki pachną bardzo delikatnie, trochę drzewnie, może korą? Herbata jest opisana po prostu jako herbata turkusowa. Wymieniono jedynie kraj pochodzenia (Chiny), ale bez podania konkretnego regionu.






Zalecone przez producenta parzenie to wrzątkiem przez 3-5 minut. Nawet nie próbowałam tak wysokiej temperatury - uważam, że 90, może 95 stopni dla tej herbaty jest absolutnie wystarczające. Z czasem parzenia trochę poeksperymentowałam - mi odpowiada napar po jakichś 3-4 minutach, nie dłużej. A przed tym czasem, moim zdaniem, nie rozwija w pełni swoich możliwości ;) Kolor zaparzonej herbaty to bardzo jasnobrązowy, wpadający w pomarańcz, czego zdjęcia niestety nie oddają w pełni. Napój pachnie jak las po deszczu! Albo właśnie zgaszone wodą ognisko. Ciężko i jeszcze bardziej drzewnie niż przed zaparzeniem.




Te leśno-drzewne wrażenia nie opuszczają mnie już przy smakowaniu herbaty. To średnio intensywny napar w wyraźną, drzewną nutą z taką lekko ziołową otoczką. Jej próbowanie to naprawdę przyjemne doświadczenie. Niby ten smak chyli się gdzieś w kierunku nieco cięższych herbat zielonych, ale jednak to zupełnie odrębna kategoria dzięki tym oryginalnym smakom, które jeszcze w sobie zawiera. Gorąco polecam!




Genialna okulistyczna grafika, którą widzicie na zdjęciu w tle, pochodzi od Nieśmigielskiej :)


czwartek, 27 października 2016

Aleksander Sołżenicyn - Oddział chorych na raka



Z czym kojarzą się Wam październikowe dni? Ta przeplatanka deszczu z przebłyskami pięknej, polskiej, złotej jesieni? Oczywiście ze studiami! Przez parę dobrych lat był to dla mnie czas powrotu po wakacjach na uczelnię. Niestety już mnie to nie dotyczy, ale już chyba zawsze we wrześniu będę wspominać podstawówkę, a w październiku uniwersytet.

Skończyłam jeden z najciekawszych kierunków studiów, jaki mogę sobie wyobrazić - medycynę. Z tego powodu moje spojrzenie na literaturę jest, delikatnie mówiąc, spaczone. Kryminały często okazują się niedopracowane w kwestii organizacji morderstwa i nie sprawiają mi takiej frajdy, jak powinny. Wszystkich szalonych lub niedostosowanych bohaterów diagnozuję w kierunku zaburzeń psychicznych i ich postępowanie staje się dla mnie przewidywalne. Jednocześnie są książki, których lektura jest dla mnie bardzo pouczająca, podczas gdy dla nie-medyków nie będzie miała aż takiego znaczenia (i nie mam tu na myśli podręczników).




Oddział chorych na raka to opis realiów szpitala leczącego nowotwory z perspektywy pacjentów - zagubionych, niepewnych swojej przyszłości. Doskonale obrazuje wszystkie sytuacje, z jakimi mierzą się ludzie dotknięci tą trudną chorobą, która wprost kojarzy się z zagrażającym zgonem. Chorobie można zaprzeczać, nie dopuszczać świadomości o niej do siebie. Można się jej poddać, szykować się do śmierci. Można z tego powodu płakać, można się śmiać. Czasami ma się wsparcie, aż nadto osób, które się chorym opiekują albo przeciwnie - zostaje się z problemem samemu. Pełen wachlarz możliwych scenariuszy, które spina przerażające słowo rak. Da lekarza - niepowtarzalny szansa znaleźć się po drugiej stronie choć na chwilę i wyciągnąć wnioski. Sołżenicyn, przygotowując tą powieść, czerpał z własnych doświadczeń. Miał do czynienia z opieką onkologiczną w latach 60-tych XX wieku w Rosji. To niewypowiedziane smutne, że ówczesne problemy tej grupy pacjentów oraz fatalne relacje lekarz-pacjent (nie tylko na onkologiach) pozostają aktualne w wielu miejscach w Polsce obecnie...

Oczywiście to nie jest taka prosta historia, jak się na pierwszy rzut oka wydaje. Oddział... ma drugie dno, inne, dużo ważniejsze metaforyczne znaczenie - w bardzo dosadny sposób opisuje funkcjonowanie państwa totalitarnego. W czasach współczesnych Sołżenicynowi miała to być krytyka Związku Radzieckiego, ale to ponadczasowy schemat, który można przełożyć na sytuację innych państw. Rozejrzyjcie się uważnie dookoła.

A może tą notkę czyta jakiś student medycyny (odwlekając rozpoczęcie nauki :-) ? Jestem młodą lekarką, ale jak stary, zblazowany profesor mogę z całą pewnością powiedzieć, że lektura tej książki (lub każde inne doświadczenie przybliżające Cię do pacjenta) będzie dużo cenniejsze dla Twojej praktyki niż znajomość każdego punktu kaskady krzepnięcia czy wszystkich mechanizmów oporności bakterii na beta-laktamazy. Poza tym polecam tą książkę absolutnie każdemu... Prędzej czy później każdy z nas będzie pacjentem, nie łudźmy się, że będzie inaczej.


poniedziałek, 24 października 2016

g`tea Golden Ceylon



Marka g`tea na polskim rynku pojawiła się niedawno (w zeszłym roku?), na sklepowych półkach nie stoi bynajmniej w pierwszym rzędzie, ale powoli się przebija. Widuję jej produkty coraz częściej. Ładne opakowania zachęcają do zakupu. Niestety ani na opakowaniu, ani w Internecie nie dowiedziałam się niczego konkretnego o jej producencie, który odważnie promuje linię swoich herbat pod szyldem bestseller.





g`tea Golden Ceylon to, zgodnie z tym, co sugeruje nazwa, czarna herbata liściasta pochodząca ze Sri Lanki. W pudełku w szczelnym foliowym opakowaniu znajdziecie sto gram czarnych, dość kruchych listków o bardzo intensywnym zapachu. Aromat jest nieco dymny, zapowiada herbatę o mocnym smaku.




Zalecone parzenie to między 3 a 5 minut w gorącej wodzie. Śmiało można pozostawić liście w naparze - po upłynięciu tego czasu nie oddają już więcej smaku, różnica w stosunku do naparu, z którego wyjęto liście, jest praktycznie niezauważalna (chyba, że będziecie ją pić, jak już zupełnie wystygnie). Herbata ma bardzo ciemny kolor i dość mocny zapach. Smakuje bardzo dobrze. Gorzka, ale nie cierpka, o zrównoważonej strukturze, gładka, klasyczna. Czarna herbata, taka w sam raz.




g`tea Ceylon Gold polecam amatorom wyrazistej, czarnej herbaty. W mglisty poranek na rozbudzenie lub w przerwie w pracy, gdy brak Wam energii. Ten smak przywołuje na myśl herbaty, które piłam rano w dzieciństwie - zaparzane przez Mamę zanim jeszcze wstałam, idealnie ostygnięte, gdy siadałam do śniadania. Mama nie wyciągała z nich fusów ;) To było w czasach, gdy w Polsce nie było jeszcze na porządku dziennym herbaty zielonej, a co dopiero tych wszystkich cudownych smaków, które teraz docierają do nas z najdalszych zakątków świata...


poniedziałek, 17 października 2016

Nilgri Shiva



Daruję sobie narzekanie, że z pięknego, późnego lata zostaliśmy przeniesieni bez pytania w okropną, mokrą, zimną jesień na przededniu zimy. Stało się, wyciągamy ciepłe ubrania, zawijamy się w koc i czytamy książki z filiżanką ciepłej herbaty w dłoni - mam nawet konkretną propozycję, jaką herbatę wybrać! :) Zapraszam do degustacji naparu z miejsca, którego nazwa brzmi obłędnie: Góry Błękitne w Południowych Indiach. O Nilgri Shiva pierwszy raz dowiedziałam się z tego wpisu Joanny. (Właśnie zauważyłam, że nie odpisałam Ci, Joasiu, na pytanie w komentarzu sprzed ponad roku - herbatę zamówiłam w Czajowni :)






Listki tej herbaty są ciemno czarne, jakby nasycone atramentem. Są krótkie, zwarte, kruszą się na drobne kawałeczki, ale nie pylą się. Suche nie mają żadnego wyjątkowego aromatu - jak dla mnie pachną nieco spalenizną. Zalecone parzenie tej herbaty to 2-3 minuty we wrzątku i absolutnie uważam, że to idealny czas.






Po zalaniu gorącą wodą listki rozwijają się, ale nie w pełni. Napar stopniowo nabiera swojej intensywnej brązowo-czerwonawej barwy. Jeśli chodzi o kolor, bardzo przypomina herbaty darjeeling, w smaku już się nieco różnią (ta jest po prostu jeszcze lepsza!). Zaparzona herbata pachnie fantastycznie: to zapach suszonych owoców przełamanych aromatem ciepłego drewna - takiego właśnie wrzuconego do kominka. Typowo jesienne skojarzenia.




Smak Nilgri Shiva jest bardzo równy, gładki, wręcz aksamitny. Wyraźny, ale jednolity i stonowany. To taka klasyczna czarna herbata, ale bez cienia goryczy; intensywna, ale zaznaczony posmak słodyczy ją bardzo łagodzi. Coś naprawdę niesamowitego. Naprawdę gorąco polecam. Szczególnie jeśli lubicie herbaty typu darjeeling - ta z pewnością przypadnie Wam do gustu.


czwartek, 22 września 2016

Trzecie urodziny bloga! Shaun Usher - Listy niezapomniane

Halo. Puk puk. Jestem tu już 3 lata. Raz częściej, raz rzadziej, ale ciągle. Dobrze mi tu, a licznik wyświetleń mówi, że stale tu ktoś zagląda, więc nie piszę i nie fotografuję na marne. Fajnie, nie? :)




Na dzisiejszą okazję wybrałam coś naprawdę wyjątkowego. Jeśli mielibyście w życiu przeczytać tylko jedną książkę, uważam, że ta byłaby naprawdę niezłym wyborem! W zakładce O mnie pisałam już, że są książki tak słabe, że nie powinno dla nich zginąć żadne drzewo. Z kolei dla Listów niezapomnianych Shauna Ushera z pewnością warto było je poświęcić.




Jeśli ktoś z Was uważnie czyta mojego bloga, na pewno już wie, że listy - takie prawdziwe, papierowe - to coś, co jara mnie niesamowicie i mam złamane serce, bo postęp technologiczny od parunastu lat sprawia, że w kopertach do skrzynki przychodzą już tylko rachunki (i też coraz mniej, bo ekologicznie jest zrezygnować z drukowanej faktury na rzecz elektronicznej). Ta cała otoczka związana z namacalną korespondencją: papeteria, pióra i długopisy, znaczki, nerwowe oczekiwanie, godziny nad kartką papieru, dreszczyk emocji przy rozdzieraniu koperty przeminęły już bezpowrotnie. SMSy i maile są bezduszne. Tym samym lektura Listów niezapomnianych pełnych ich oryginalnych reprodukcji to niesamowita frajda.




Każdy list w tym zbiorze jest ważny i godny uwagi - nie ma tam przypadkowych czy byle jakich tekstów. Każdy jest opatrzony notką, która przybliża jego kontekst. Nie brakuje zdjęć autorów czy adresatów listów - zarówno ludzi sławnych, jak i zupełnie nieznanych. W sumie to taki piękny album. Wydanie jest naprawdę ładne, jak najbardziej odpowiednie dla tak zachwycającej treści.




Czytałam tą książkę bardzo długo - dawkowałam sobie przyjemność poznawania kolejnych listów. Oczywiście mam już drugą część i celebruję oczekiwanie na rozpoczęcie tej lektury ;) Miłośnikom epistolografii absolutnie polecam!


sobota, 17 września 2016

Vanilla Chai



Bardzo zachęcona czekoladową herbatą dostępną pod marką jednego z hipermarketów, sięgnęłam po ich kolejną propozycję. Vanilla Chai brzmi egzotycznie, ale też słodko. Może kolejne ciekawe połączenie zupełnie odmiennych smaków?




W opakowaniu znajdziecie 50 torebek i muszę przyznać, że to bardzo dobra ilość - gdy spakowanych jest dwadzieścia (tak jest zwykle), mam wrażenie, że herbata kończy się zbyt szybko. Przy pięćdziesięciu mamy naprawdę czas, żeby się nią nacieszyć i poczęstować nią wszystkich gości :) Pachną niesamowicie - korzennie i pikantnie. Kojarzą mi się z przyprawami do pierników, ale w takim bardzo ostrym, przesadzonym wydaniu.




Bazą tej mieszanki jest czarna herbata z całą gamą dodatków: cynamonem (12%), imbirem (8%), aromatami (?), anyżem (2%), kardamonem, cukrem waniliowym i czarnym pieprzem (ostatnie trzy po pół procenta). Zalecone jest parzenie wrzątkiem przez 2-3 minuty, z czym absolutnie się zgadzam.




Jeśli jesteście wrażliwi na pikantne smaki, dajcie herbacie trochę ostygnąć. Świeżo zaparzona naprawdę daje popalić. Pochylając się nad kubkiem, pierwsze, co poczujecie, to słodki aromat wanilii. Przy smakowaniu na samym początku można odnieść wrażenie, że to zwykła czarna herbata, nawet dość łagodna, ale jak już przełkniecie napój, na podniebieniu rozleje się lekko szczypiąca, egzotyczna mieszanka przypraw. Zdecydowanie wyczuwalny jest imbir, który tworzy otoczkę dla pieprzu i cynamonu. Bardzo ciekawe doświadczenie.




Vanilla Chai to bardzo dobrze skomponowana mieszanka. Mimo jednego enigmatycznego składniku (aromaty???) w żaden sposób nie daje się poznać jako podkręcona chemicznie herbata. Napój, który otrzymujemy, smakuje naturalnie, do tego w określonej kolejności pojawiają się różne składniki. Super sprawa, z czystym sumieniem polecam!

sobota, 10 września 2016

Wakacyjne podróże: Magdalena Rittenhouse - Nowy Jork. Od Mannahatty do Ground Zero



Ostatni przystanek tych moich wakacyjnych podróży to dość oczywisty turystyczny kierunek. Miasto, które nigdy nie zasypia. Nowy Jork. Stosunkowo młode miasto na mapie świata, które zupełnie nic sobie z tego nie robi i chce wieść prym pod każdym względem. Stolica mody, teatru, sztuki, architektury. Wszystko naj. Czy warto dać się poprowadzić przez nowojorskie ulice Magdalenie Rittenhouse?




Autorka mieszka w Nowym Jorku już dwadzieścia lat i poznawanie jego zakamarków to jej wielka pasja.
Zwiedzanie miasta w jej wykonaniu nie sprowadza się tylko do podziwiania budynków i obserwowania ludzi. Rittenhouse przeszukuje wszystkie możliwe materiały źródłowe w bibliotekach, przeprowadza wywiady oraz bierze udział w spotkaniach i wykładach poświęconych metropolii. Podstawy do przygotowania Od Mannahatty do Ground Zero miała naprawdę dobre.

Czytając pierwszą część książki - przygotowaną niezwykle drobiazgowo, pełną nazwisk, dat i cytatów z przypisami, miałam wrażenie, że to jakaś rozprawa doktorska, a przynajmniej praca magisterska. Dzieje każdego ważnego zakątka miasta zostały opisane najbardziej szczegółowo, jak tylko się da. Brzmi to wszystko dość sztywno. Fragmenty, gdzie autorka wtrąca wątki, które miały nadać książce trochę spontaniczności i naturalności (migawki ze spacerów, jesienne liści, padający śnieg), wydają się teatralne w zestawieniu z tym naukowym tonem. Nie mówię, że czyta się to źle, przeciwnie, ale potrzeba chwili, żeby się do tego przyzwyczaić.

W drugiej części książki Rittenhouse rozluźnia atmosferę, nie jest już musztrującym przewodnikiem, ale swobodną kumpelką, która oprowadza nas po mieście. Swoją zasługę mają w tym częściej pojawiające się wątki osobiste. Korci mnie, żeby napisać, gdzie pisarka mieszkała, gdy po raz pierwszy przyjechała do Nowego Jorku, ale nie będę psuła Wam tej niespodzianki.

Czy marzę o podróży do Nowego Jorku? Na pewno polecę tam prędzej niż na Spistbergen czy do Japonii. I z pewnością za przewodnik tam posłuży mi Od Mannahatty do Ground Zero.

P.S. A propos trwającego właśnie turnieju US Open, zabrakło mi w tej książce rozdziału o kortach na Flushing Meadows ;)

P.S.2. Piszę ten post z mojego balkonu. Zaszło już słońce, a mimo to ciągle jest przyjemnie ciepło. Ten post kończy serię wakacyjnych podróży i miało być coś o nadejściu jesieni. Ale na szczęście nie będzie! Lato, trwaj!

czwartek, 8 września 2016

Wakacyjne podróże: Joanna Bator - Japoński wachlarz



Opowieści Joanny Bator o Japonii zaczęłam czytać od końca. Najpierw wpadł w moje ręce Rekin z parku Yoyogi, który jest dopiero kontynuacją Japońskiego wachlarza (widziałam ostatnio nowe, wspólne wydanie obu tych książek). Ten drugi to wstęp do Kraju Kwitnącej Wiśni. To sam początek znajomości, zbiór silnych, pierwszych wrażeń, ale popartych wnikliwą analizą. Autorce towarzyszymy dosłownie od momentu, kiedy wsiada do samolotu lecącego do Tokio.




Japonia to inny kraj. Dalece różny od znajomej nam Polski czy nawet każdego europejskiego kraju. Do tego różny pod wieloma względami. I nie chodzi tylko o to, że Japończycy zachowują się trochę inaczej niż Europejczycy, budują inne domy czy obchodzą inne święta. Oni inaczej niż my pojmują rzeczywistość, nierzadko kierują się filozofią niekoniecznie dla nas oczywistą. Bator te wszystkie odmienności szczegółowo opisuje, a przede wszystkim wyjaśnia i pokazuje ich źródła. Opisać zjawisko to żadna sztuka; dociec jego głębi - to dopiero coś! Pisarka udowadnia nam, że Japonię, ten nieprawdopodobny twór, można oswoić, a do tego czerpać z tego wiele przyjemności.

Z Japońskiego wachlarza dowiecie się, jak smakuje ryba fugu, jak prawdziwe sushi, a jak prawdziwa japońska herbata (!) smakowania tam podczas prawdziwej herbacianej ceremonii. Zapoznacie się z japońską architekturą, poznacie uzasadnienie dla tego pudełkowego, kompaktowego budownictwa, zajrzycie do kiczowatych hoteli miłości czy domów zwykłych Tokijczyków. A tak przy okazji września, przekonacie się, ile nauki mają mali Japończycy. To będzie niezwykle interesująca podróż, zapewniam!




Nie mam wątpliwości, że laureatka Nike kocha Japonię, a poznawanie japońskiej kultury to jej pasja. Mimo to dla czytelników, którzy dopiero zaznajamiają się z tą odległą krainą, książka nie okaże się rezultatem ślepej fascynacji, ale naprawdę rzeczowym przewodnikiem. Myślę, że każdemu turyście przed wizytą w Japonii ta lektura wiele by ułatwiła, a na pewno z samej podróży skorzystali by o wiele bardziej niż bez tej cennej wiedzy.




Na moich zdjęciach widzicie prawdziwy japoński wachlarz - prezent od Japończyka, z którym pracowałam przez kilka zimowych miesięcy. W Japonii nie byłam, ale ta znajomość potwierdza wszystko, co o mieszkańcach tego kraju napisała Joanna Bator. Tłumaczy też dystans i rezerwę, z jaką byłam traktowana przez Ryo, jego nadmierną uprzejmość oraz trudność w wyrażaniu niektórych próśb i pytań. Nie mogę powiedzieć ani jednego złego słowa o naszej współpracy, ale z pewnością to doświadczenie utwierdziło mnie w przekonaniu, że Japonia ciągle tkwi gdzieś daleko na liście miejsc, do których chciałabym pojechać. Usposobienie ludzi, których gdzieś tam w podróży spotykamy, jest bardzo ważne. Komfortowo czuję się tam, gdzie ludzie są otwarci, spontaniczni i rozmawia się z nimi swobodnie. Tego w Japonii, a przynajmniej na samym początku wizyty tam, nie mamy co się spodziewać. (Pewnie dlatego ciągle podróżuje do Hiszpanii, a marzy mi się Ameryka Południowa.) W każdym razie tą książkę uważam za lekturę obowiązkową, baaardzo polecam!

wtorek, 6 września 2016

Clipper Organic White Tea



Przystanek w podróży. Oczywiście na herbatę. Jeszcze kilka dni temu udało mi się zrobić te zdjęcia w naprawdę ciepły, jeszcze zupełnie letni dzień. Wobec tego zapraszam na kolejną herbatę Clipper, którą mam okazję smakować - tym razem Organic White Tea.




W składzie nie znajdziecie żadnych niespodzianek: to czysta, biała herbata i, co wyraźnie podkreśla producent, organically grown. Została opatrzona odpowiednim logo potwierdzającym jej ekologiczne pochodzenie (te znaczki zostały niedawno ujednolicone - listek z gwiazdek obowiązuje w całej Unii Europejskiej, zastąpił dotychczasowe, bardzo różne oznaczenia).




Torebki z herbatą mają bardzo delikatny aromat. Zalecone parzenie to od minuty do trzech w wodzie o temperaturze 90 stopni. Skłaniam się zdecydowanie ku krótszym czasom, mniej niż dwie minuty są wystarczające. Napar, który uzyskujemy ma piękny, złocisty kolor, a pachnie jakby ziołowo.






Jak smakuje? Chciałoby się powiedzieć, że szału nie ma. Piłam różne, dużo lepsze białe herbaty, nie tylko torebkowane, ale również liściaste, które były tańsze. Poprzednie spotkanie z inną herbatą Clipper zrobiło na mnie wrażenie, tym mamy niewypał. Smak Organic White Tea nie zachwyca, jest za mocny jak na białą herbatę, chropowaty i wkrada się tu sporo goryczki. Trudno ją polecić, niestety.


niedziela, 4 września 2016

Wakacyjne podróże: Ilona Wiśniewska - Białe. Zimna wyspa Spitsbergen



Czy wiecie, gdzie jest Spitsbergen? Do tej pory ta nazwa kojarzyła mi się z jakąś odległą krainą, raczej zimną i tyle. Po lekturze Białego Ilony Wiśniewskiej mogę doprecyzować, że to wyspa terytorialnie przynależąca do Norwegii, leżąca na Morzu Arktycznym, za Kołem Podbiegunowym. Co z tych geograficznych uwarunkowań wynika? Przede wszystkim to obszar, na którym występują dzień i noc polarne - długie miesiące niezmiennej jasności lub ciemności. Przez większość roku jest tam zimno i to bardzo, latem średnie temperatury nie przekraczają 10 stopni, zimą spadają bardzo daleko poniżej zera. Otoczenie morza sprawia, że żeby dostać się na Spitsbergen konieczna jest wyprawa statkiem lub samolotem, co powoduje, że to region nieco odcięty od świata, nawet w dzisiejszych czasach. Czy ktoś tam w ogóle mieszka?! A i owszem!




Białe to opowieść o społeczności zasiedlającej tą arktyczną wyspę - ponad 2,5 tysiąca śmiałków z własnej woli zmaga się tam z trudnym klimatem. Bynajmniej nie są to tylko Norwegowie - stanowią jedynie część mieszkańców. Na Spitsbergenie jest cały świat, to niesamowity kulturowo-społeczny tygiel, gdzie można spotkać ludzi z każdego zakątka Ziemi. Dla mnie to totalnie zwariowana i niesamowita sprawa!

Autorka przemieszkała na tym niewyobrażalnym końcu świata kilka dobrych lat. Przyjechała na chwilę, została na dłużej niż planowała - podobno to tam normalne. Przygotowała książkę, która łączy w sobie rzeczowy opis tworzący (tak sądzę) obiektywny obraz wyspy, a jednocześnie jest zbiorem wspomnień i zapisem historii przeróżnych jej mieszkańców. O ile możliwość zebrania materiału na tą pierwszą i drugą część to sprawa oczywista, o tyle wejście z butami do domostw Spitsbergeńczyków (?) to ogromne wyzwanie. Okazuje się, że szybko można tam zyskać akceptację w grupie, ale od zaufania wyrażające się w zaproszeniu na kawę czy obiad będą nas dzielić lata świetlne... Autorka je pokonała.

Jak można się było spodziewać, nie mieszkali i nie mieszkają tam zupełnie zwykli ludzie. To niesamowity zbiór przeróżnych osobowości. Co charakterystyczne, często są to osoby z dużym bagażem życiowych doświadczeń, które poniekąd próbują zacząć od nowa. Albo szukają inspiracji. Albo robią sobie przerwę. Naprawdę warto poznać te historie, dowiedzieć się, z jakich powodów trafiają tam Tajowie, Rosjanie czy Amerykanie. Na wyspie nie brakuje Polaków, między innymi za sprawą Polskiej Stacji Polarnej Hornsund. Jak tam spędza się zimę? Jak w ogóle poradzić sobie w tym mroku i mrozie? W książce wszystko jest dokładnie opisane.

Byłam tą lekturą absolutnie zafascynowana. Czytałam tą książkę z otwartą buzią. Jak tu już wielokrotnie wspominałam, jestem fanką upałów uczuloną na zimno - podróży na Spitsbergen sobie po prostu nie wyobrażam. To coś miliard razy przekraczającego moją strefę komfortu. Poza strefę komfortu podobno warto się raz na jakiś czas wychylić, ale chyba nie tak daleko. Być może kiedyś przypadkiem stanę się jednym z tych turystów, którzy podziwiają wyspę przede wszystkim ze statku, a na jej lądzie raptem kilka godzin. W najcieplejszej porze roku. Wiśniewska trochę z nich drwi, pewnie słusznie... W każdym razie: Pani Ilono, dziękuję za Białe! Dzięki Pani byłam na Spitsbergenie, była to niezapomniana podróż, którą mogłam spędzić w fotelu, zawinięta w koc (w sierpniu), jestem Pani dozgonnie wdzięczna za to genialne doświadczenie!

P.S. To tak sugestywna opowieść, że sądzę, że nie byłabym w stanie przeczytać w innym okresie niż latem. W styczniu, mając za oknem śnieg i ujemną temperaturę, wpędziłoby mnie to w depresję. Ostrzegam Wrażliwców ;)

czwartek, 1 września 2016

Wakacyjne podróże: Dionisios Sturis - Grecja. Gorzkie pomarańcze



Kolejny przystanek wakacyjnych podróży, na które Was zabieram, to zdecydowanie cieplejsze miejsce niż Rosja (ale uprzedzam, że pojedziemy jeszcze w baaardzo zimne strony). Grecja jawi się nam (osobiście nie miałam okazji jeszcze tam podróżować) jako skupisko szczęśliwych, słonecznych wysp idealnych na urlop. Ładna pogoda, wysokie temperatury, cudowne widoki. Greków postrzegamy jako ludzi miłych, otwartych, beztroskich... Właśnie, beztroskich. W tej pięknej krainie zabrakło ostatnimi czasy rozsądku i dyscypliny, co doprowadziło kraj do poważnego kryzysu. Oczywiście upraszczam, przyczyny są dużo bardziej złożone, ale niewątpliwie krótkowzroczność i lekkomyślność mieszkańców Grecji sprawiła, że niewystarczająco zadbali o swoją przyszłość.




Grecja. Gorzkie pomarańcze to reportaż z centrum najbardziej dramatycznych wydarzeń, które targały rzeczywistością tego kraju w ostatnich latach. Autor zabiera nas na ulice wypełnione demonstrującymi, niezadowolonymi Ateńczykami wykrzykującymi antyrządowe hasła. Bezpiecznie tam nie jest, wręcz przeciwnie. Chociaż to tylko sam czubek, kropla w morzu frustracji Greków - tyle że wyrażona najgłośniej. Autor wchodzi również pod strzechy - prowadzi wiele rzeczowych rozmów w spokojnej atmosferze, przez które stara się dociec, co się właściwie stało. Dlaczego Grecję pochłania tak głęboka recesja?

Reportaż dzieję się jakby w trzech warstwach. Pierwsza, najważniejsza, to oczywiście spotkania z ludźmi, których sprawa po prostu dotyczy. Poznajemy ich punkt widzenia, emocje, przemyślenia. Druga, bardzo cenna, to zarys historii państwa i najważniejszych jego postaci niezbędny do tego, żeby czytelnik, kolokwialnie mówiąc, zorientował się w temacie. Jest też trzecia strona tej opowieści. Powiedziałabym, że dość kontrowersyjna, to mogło się nie udać debiutującemu reportażyście, ale można odetchnąć z ulgą: z rodzinnej historii autora nie powstał banał, który zepsułby całość, ale naprawdę soczysty kawałek prozy. Dionisios Sturis, Polak greckiego pochodzenia, który dopiero jako dorosły człowiek zaczął tak naprawdę poznawać swoją drugą ojczyznę. Nie chcę zdradzać nawet kawałka tej historii, bo jest niesamowicie interesująca. O takich polsko-greckich powiązaniach nie miałam wcześniej pojęcia.

Każda część tej książki, które bardzo swobodnie przeplatają się ze sobą, jest dopracowana na sto procent. Doskonały obraz polityczno-ekonomiczny Grecji - w sam raz dla laika w tych kwestiach, opis sytuacji z perspektywy zwykłych Greków, polsko-grecka rodzinna opowieść. Nie mam wątpliwości, że warto przeczytać.