sobota, 28 maja 2016

Tiger River



Ostatnio było tutaj sporo książek, więc to najwyższa pora, żeby nadrobić herbaciane zaległości. Nastał już ten wspaniały czas, w którym aura pozwala na komfortowe picie wieczornej herbaty na balkonie - mimo zapadającego zmroku na zewnątrz jest jeszcze ciągle ciepło i przyjemnie. W tych okolicznościach chciałabym zaprosić Was na degustację herbaty zakupionej we wrocławskiej Czajowni - Tiger River.




Tiger River to czarna, cejlońska herbata z regionu Kandy i zgodnie z informacją na opakowaniu została spakowana jeszcze przed wylotem z wyspy. Szczelna torebka wewnątrz kartonowego pudełka świetnie zachowała aromat listków - jest intensywny, nieco dymny i korzenny. Same listki są krótkie, i dość sztywne, nie pylą się.




Zalecony spośób parzenia tej herbaty to maksymalnie trzy minuty we wrzątku i absolutnie się z tym zgadzam. Producent dopuszcza możliwość, że ktoś może do naparu dodać cukru albo mleka, jednak ja uważam, że byłaby to profanacja tak dobrego napoju ;)




Herbata ma jasny, klarowny kolor i wspaniale pachnie. Smakuje również wspaniale - klasycznie, wręcz idealnie! Ma właściwą intensywność, bez nawet cienia goryczki. Ideał czarnej herbaty. Polecam gorąco do delektowania się w te wspaniałe, ciepłe wieczory. Błogość... :)


niedziela, 22 maja 2016

Marcin Kołodziejczyk - Dysforia



Dysforia to książka niewygodna, taki uwierający kamyczek w bucie. W piętnastu krótkich formach Kołodziejczyk przepracowuje wszystkie przywary ówczesnych mieszczan. Ciężko powiedzieć, że to miła lektura, bo zza tej groteski i sarkazmu bardzo szybko wyłania się gorzka refleksja, która ukłuje każdego czytelnika.




Jeśli mieszkasz w mieście, znasz każdego bohatera Dysforii. To Twoi sąsiedzi, współpracownicy czy znajomi ze studiów. Ludzie, których spotykasz codziennie. Mają swoje wady, które jak w soczewce są skupione w tym zbiorze opowiadań. Dopóki można się do nich zdystansować - bo może akurat nie jesteś tak zwanym osiedlowym elementem, cizią z korporacji, wścibskim mieszkańcem nowego bloku czy złośliwą psiapsiółą - jest OK. Ale z drugiej strony opisane sytuacje brzmią tak znajomo i dzieją się tak blisko, że każdemu robi się przy tej lekturze ciasno i duszno.

To nieodparte wrażenie nasila postawa autora - nie ocenia, nie wywyższa się. Jest na równi z nieudolnymi postaciami z Dysforii - może z którąś się nawet utożsamia? Wszystkie wady, głupota i brak rozsądku zostają wszystkim wytknięte sprawiedliwie.

Kilka słów o tym, co poza samą treścią. Najlepiej czytało mi się te opowiadania, których forma nie był przekombinowana. Tam gdzie Kołodziejczyk eksperymentował, próbował wyjść poza standardową konstrukcję opowiadania, rezultat okazał się średni. Ale już dostosowywanie samego stylu i języka do okoliczności i bohaterów (patrz Niedziela w Skaryszewskim) - majstersztyk!

To dobra książka na jeden wieczór w akompaniamencie kieliszka wytrawnego wina lub szklanki piwa. Żeby jakoś to wszystko przełknąć. Nawet najmocniejsza herbata może nie wystarczyć, żeby przemóc ten dyskomfort po lekturze. Swoją drogą tytuł Dysforia jest niezwykle trafny. Jeśli nie znacie dokładnej definicji tego słowa, poleca się wikipedia.

sobota, 21 maja 2016

Autograf z Warszawskich Targów Książki 2016



Z Targów Książki w Warszawie wróciłam dzisiaj z tym oto autografem. Było mi bardzo miło w tych okolicznościach spotkać swojego genialnego polonistę z liceum!

O Targach pisałam rok i dwa lata temu. W tym roku cieszę się z pamiątkowej dedykacji i na tym dyplomatycznie kończę relację :)

wtorek, 17 maja 2016

Lagercrantz, Lackberg, Salinger i Bukowski w skrócie



Tyle książek, a tak mało czasu!... Na czytanie i żeby je opisać. Dzisiaj w telegraficznym skrócie, ale w większej ilości. Dwa skandynawskie kryminały i dwie klasyczne, amerykańskie powieści.


David Lagercrantz - Co nas nie zabije

Stawkę otwiera zdecydowanie najsłabsza w tym zestawieniu książka. To nieudolna próba przedłużenia, moim zdaniem zamkniętej na amen, trylogii Millenium. Lekturę serii kryminałów pióra Stiega Larssona wspominam naprawdę dobrze, oczywiście przede wszystkim z powodu fantastycznej głównej bohaterki. Nieoczywista dotąd Lisbeth Salander w tej dorobionej powieści jest bezbarwna, a co gorsza przewidywalna. Niby ma pazur, niby trzęsie hakerskim światkiem, a jednak wypada jakoś słabo. A jej historie rodzinne zdają się być tematem zastępczym dla nieciekawej intrygi, bez której nie może się obejść kryminał. Motywy zbrodni otwierającej fabułę nawiązują do wynalezienia sztucznej inteligencji i są chyba zbyt abstrakcyjne. Zdecydowanie nie polecam.


Camilla Lackberg - Księżniczka z lodu

Pozostając w królestwie kryminału czyli Skandynawii, przechodzimy do pierwszego tomu Sagi o Fjallbace Camilli Lackberg. Tutaj na szczęście jest nieco lepiej, bo intryga bardziej ludzka i przyziemna (nieszczęśliwa miłość, trauma z dzieciństwa, rodzinne tajemnice), a główna bohaterka to kumpela z sąsiedztwa, łatwo się do niej zbliżyć (do jej nadprogramowych kilogramów i codziennych rozterek). Klimat małego, szwedzkiego miasteczka też jest na swój sposób ujmujący. Nie porwała mnie ta historia i nie czytałam jej z otwartą buzią, ale zapewniła mi parę przyjemnych godzin jej czytania i polecam z czystym sumieniem.


J.D. Salinger - Buszujący w zbożu

Tak, jak wiedza z medycyny sądowej sprawiła, że duża część kryminałów okazała się dla mnie nierealna, tak zajęcia z psychiatrii sprawiły, że u wszystkich potocznie pomylonych bohaterów szukam najbardziej adekwatnego zaburzenia psychicznego. Holden z Buszującego w zbożu przejawia coś na pograniczu zaburzeń osobowości i choroby afektywnej dwubiegunowej w fazie manii. Do ostatecznego stwierdzenia diagnozy potrzebna byłaby dłuższa obserwacja niż te trzy dni z powieści. Nic więcej nie powiem - przeczytajcie, bo to absolutny klasyk, must read, a w ogóle to szkoda sobie odmawiać tak dobrej książki.


Charles Bukowski - Szmira

Pastisz na złą literaturę w sumie nią będący. Wszystko, co najgorsze i czego, pisząc powieść, należy unikać. Całość okraszona sporą dozą poczucia humoru, co całe to literackie bagienko czyni lekkostrawnym i łatwym w odbiorze. Warto znać. Ostatnia powieść Bukowskiego, taka wisienka na torcie.


Jestem jeszcze w trakcie lektury Oddziału chorych na raka Sołżenicyna, ale ta pozycja niewątpliwie zasługuje na odrębny, obszerny wpis. Wypatrujcie.

niedziela, 1 maja 2016

Twinings Two Seasons Darjeeling



Z Londynu przywiozłam jeszcze jedną herbatę, też darjeeling, ale okazało się, że to nie jest jej pierwszy pobyt w Polsce, jakkolwiek to brzmi. Na opakowaniu Twinings Two Seasons Darjeeling znalazłam informację, że właśnie w Polsce została spakowana. I trzeba przyznać, że została spakowana w piękne opakowanie, nie mogłam sobie odmówić kupna tego małego dzieła sztuki.




Zresztą spójrzcie sami na te kolory i detale.








W opakowaniu jest piętnaście torebek-piramidek. Listki w nich są ciemnobrązowe, drobno pokruszone i niestety nieco pylące się. Torebki pachną gorzko, ciężko i jakby z ziołową nutą.




Zalecony czas parzenia to 3-4 minuty. Uważam, że to aż nadto - niecałe trzy w zupełności wystarczą. Otrzymany napar ma intensywny kolor, ale raczej jasny i z tą charakterystycznym dla darjeeling czerwonym refleksem.




Twinings Two Seasons Darjeeling to dobra, smaczna herbata, jest nieco gorzkawa, ale nie cierpnie. Z czystym sumieniem polecam, ale Darjeeling od Harrodsa była lepsza, muszę to przyznać.




A na zdjęciach widzicie jeszcze jedną pamiątkę z Lodnynu, prezent od przyjaciół - skapek z królową :)