wtorek, 17 maja 2016

Lagercrantz, Lackberg, Salinger i Bukowski w skrócie



Tyle książek, a tak mało czasu!... Na czytanie i żeby je opisać. Dzisiaj w telegraficznym skrócie, ale w większej ilości. Dwa skandynawskie kryminały i dwie klasyczne, amerykańskie powieści.


David Lagercrantz - Co nas nie zabije

Stawkę otwiera zdecydowanie najsłabsza w tym zestawieniu książka. To nieudolna próba przedłużenia, moim zdaniem zamkniętej na amen, trylogii Millenium. Lekturę serii kryminałów pióra Stiega Larssona wspominam naprawdę dobrze, oczywiście przede wszystkim z powodu fantastycznej głównej bohaterki. Nieoczywista dotąd Lisbeth Salander w tej dorobionej powieści jest bezbarwna, a co gorsza przewidywalna. Niby ma pazur, niby trzęsie hakerskim światkiem, a jednak wypada jakoś słabo. A jej historie rodzinne zdają się być tematem zastępczym dla nieciekawej intrygi, bez której nie może się obejść kryminał. Motywy zbrodni otwierającej fabułę nawiązują do wynalezienia sztucznej inteligencji i są chyba zbyt abstrakcyjne. Zdecydowanie nie polecam.


Camilla Lackberg - Księżniczka z lodu

Pozostając w królestwie kryminału czyli Skandynawii, przechodzimy do pierwszego tomu Sagi o Fjallbace Camilli Lackberg. Tutaj na szczęście jest nieco lepiej, bo intryga bardziej ludzka i przyziemna (nieszczęśliwa miłość, trauma z dzieciństwa, rodzinne tajemnice), a główna bohaterka to kumpela z sąsiedztwa, łatwo się do niej zbliżyć (do jej nadprogramowych kilogramów i codziennych rozterek). Klimat małego, szwedzkiego miasteczka też jest na swój sposób ujmujący. Nie porwała mnie ta historia i nie czytałam jej z otwartą buzią, ale zapewniła mi parę przyjemnych godzin jej czytania i polecam z czystym sumieniem.


J.D. Salinger - Buszujący w zbożu

Tak, jak wiedza z medycyny sądowej sprawiła, że duża część kryminałów okazała się dla mnie nierealna, tak zajęcia z psychiatrii sprawiły, że u wszystkich potocznie pomylonych bohaterów szukam najbardziej adekwatnego zaburzenia psychicznego. Holden z Buszującego w zbożu przejawia coś na pograniczu zaburzeń osobowości i choroby afektywnej dwubiegunowej w fazie manii. Do ostatecznego stwierdzenia diagnozy potrzebna byłaby dłuższa obserwacja niż te trzy dni z powieści. Nic więcej nie powiem - przeczytajcie, bo to absolutny klasyk, must read, a w ogóle to szkoda sobie odmawiać tak dobrej książki.


Charles Bukowski - Szmira

Pastisz na złą literaturę w sumie nią będący. Wszystko, co najgorsze i czego, pisząc powieść, należy unikać. Całość okraszona sporą dozą poczucia humoru, co całe to literackie bagienko czyni lekkostrawnym i łatwym w odbiorze. Warto znać. Ostatnia powieść Bukowskiego, taka wisienka na torcie.


Jestem jeszcze w trakcie lektury Oddziału chorych na raka Sołżenicyna, ale ta pozycja niewątpliwie zasługuje na odrębny, obszerny wpis. Wypatrujcie.

1 komentarz:

  1. Ha, "Szmira" to jedna z moich ulubionych powieści w ogóle. Tytuł niezwykle przewrotny, podobnie jak cały utwór - pastisz, kpina, drwina, ale gdzieś w tle migoczą metafizyczne pytania o sens prowadzonej przez człowieka egzystencji oraz swoiste rozczarowanie tym ziemskim bytem.

    "Oddział chorych na raka" czytałem bardzo dawno temu i cały czas obiecuję sobie powrót do tej wstrząsającej (przynajmniej dla mnie) lektury. Dlatego z niecierpliwością wypatruję :)

    OdpowiedzUsuń

Podpisz się, proszę.