poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Liu Bao Cha



Byłam bardzo miło zaskoczona, poszukując w Internecie informacji o herbacie Liu Bao Cha, którą miałam (i w sumie mam ciągle) okazję ostatnio smakować - jest ich naprawdę sporo. To jeden z moich zakupów z Czajowni pochodzący z chińskiej prowincji Guangxi. Okazuje się, że to herbata, którą można określić jako wstęp do pu erh - często zresztą można ją dostać w formie zbitego krążka. Jednak jej proces przygotowywania (częściowa oksydacja przed fermentacją) sprawia, że ma delikatniejszy smak od klasycznych pu erh. Przekonajmy się :)




Listki tej herbaty są całkiem spore, bardzo sztywne i niezbyt kruche. Są ciemnoszare, trochę brązowe i jakby pokryte kurzem, chociaż wcale się nie pylą. Pachną jak przystało na pu erh (no, powiedzmy jej młodszą siostrę) - zgniłą trawą, sianem. Jednak wcale nie jest to niemiły zapach, nie jest ostry czy gryzący.






Trzymałam się parzenia zaleconego na opakowaniu to znaczy trzykrotnie temperaturą 80 stopni (trochę wyższą przy ostatnim parzeniu).






Napary z każdego kolejnego parzenia widzicie na zdjęciach poniżej - jak wskazuje barwa, od lewej do prawej. Nie tylko kolor się różnił, smak także się zmieniał, niestety na niekorzyść.




Bezapelacyjnie za pierwszym razem otrzymałam najlepszą herbatę. Kolor bliski pu erh - ciemnopomarańczowy, złamany brązem, taki rudawy. Aromat raczej delikatny, jakby słodkawy - przypominał mi indyjską herbatę assam wzbogaconą o taką trawiastą nutę. Przy smakowaniu ten akcent był zaznaczony jeszcze bardziej. Ta herbata jest zawieszona gdzieś między klasycznymi czarnymi a ciężkimi pu erh. Jej smak był wspaniale wyważony, jedwabisty i bardzo gładki, równy.




Za drugim razem napar zyskał mniej intensywną barwę - pomarańczową złamaną szarym. Tym razem aromat wydał mi się bardziej dymny, jakby spalony, a sam smak stracił charakter, był zdecydowanie słabszy. Wobec tego za trzecim razem podkręciłam temperaturę o kilka stopni (około 85-7). Napój był jeszcze bardziej szaro-pomarańczowy, z barwy jakby podobnie intensywny, ale smak już zupełnie nie ten. Wyraźnie wodnisty, a do tego pojawił się gorzki posmak. Może jednak nie warto było podnosić tej temperatury? Muszę jeszcze poszukać sposobu na to ostatnie parzenie.






Mimo wszystko gorąco polecam Wam Liu Bao Cha. To niezwykle inspirujące, że możliwe jest stworzenie herbaty zawieszonej gdzieś pomiędzy dwoma doskonale mi znanymi smakami.


2 komentarze:

  1. Zamiast wyższej temperatury przy trzecim parzeniu można wydłużyć czas parzenia.

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo lubię Liu Bao, dawno nie piłam. Twój wpis mi o niej przypomniał :)

    OdpowiedzUsuń

Podpisz się, proszę.