wtorek, 30 grudnia 2014

Karl Ove Knausgard - Moja walka cz. 1



Pierwsza część Mojej walki, wchodząc do polskich księgarni, była już książką owianą atmosferą skandalu, w zasadzie na tym była oparta jej cała promocja. Norweski pisarz wyciągnął na światło dzienne wszystkie rodzinne brudy, bez skrupułów rozprawił się ze swoją przeszłością na łamach monumentalnej powieści. Kontrowersje, jakie wywołała ta pozycja, mogły dać wrażenie, że mowa tu co najmniej o przyznaniu się do popełnienia jakiegoś ciężkiego przestępstwa... A to po prostu do bólu szczera autobiografia pisarza, w którego życiu nie zdarzyło się absolutnie nic niecodziennego. Podkreślam, NIC.

Problemy okresu dojrzewania, pierwszy alkohol czy papierosy, pierwsze intymne zbliżenia - w pewnym okresie życia to niezwykle ekscytujące sprawy, z perspektywy czasu - niekoniecznie. Brak dobrych relacji z którymś z rodziców, rozwody - budowanie więzi z różnych powodów nie udaje się w wielu rodzinach. Ciężkie choroby bliskich osób, temat umierania - nieuniknione. Mniej więcej o tym jest Moja walka, czyli stanowi kwintesencję prawdziwego, zupełnie zwyczajnego życia.




W takim razie skąd sukces tej powieści? W każdej rodzinie są sprawy, które najchętniej zamiatałoby się pod dywan i najczęściej tak się robi. Każdy dom skrywa wstydliwe historie, o których niezręcznie mówić. A Knausgrad wszystkie problemy swoje i swoich najbliższych wykrzyczał całemu światu. Złamał niepisane prawo, nic dziwnego, że rodzina ma mu to za złe. Jednocześnie tego rodzaju problemy są nieodłącznym elementem w strukturze każdej rodziny, także każdy czytelnik w okamgnieniu identyfikuje się z autorem i zatapia w jego opowieści. Doskonała forma autoterapii własnych problemów, a jednocześnie zaspokojenie niezrozumiałej ludzkiej potrzeby podglądania cudzego życia.

Gwarantuję, że będzie Wam się czytało to książkę świetnie. Szybko przemkniecie przez te kilkaset stron, nie mogąc oderwać się od lektury. To bardzo dobrze napisana rzecz. Tylko co pozostaje po tej wędrówce przez bebechy Karla Ove Knausgarda? Trochę podziwu dla odwagi autora, ale głównie niesmak...

poniedziałek, 29 grudnia 2014

Richmont Raspberry Pear oraz Richmont Mexican Dream



Marka Richmont do tej pory była mi znana tylko i wyłącznie z restauracji. Już dawno zauważyłam, że te herbaty są szeroko dostępne w różnych lokalach, ale nigdy nie spotkałam ich na sklepowych półkach. Tym bardziej ucieszyłam się, gdy otrzymałam paczkę z herbatami Richmont do degustacji w domu.




Na pierwszy ogień do spróbowania wybrałam dwie owocowe mieszanki, które nie zawierają herbacianych liści: Richmont Raspberry Pear oraz Richmont Mexican Dream. Pierwsza z nich opiera się na suszonej malinie, suszonej gruszce i jabłku oraz kandyzowanej papai, hibiskusie oraz aceroli. W drugiej, obok hibiskusa i suszonych jabłek, znajdziecie także skórkę pomarańczową, cynamon, suszone wiśnie, goździki, suszone owoce dzikiej róży - ten skład brzmi bardzo rozgrzewająco!



Obie mieszanki należy parzyć podobnie - wrzącą wodą w objętości około 350 ml przez niemal 10 minut. Tyle potrzeba, żeby owoce oddały do naparu całe swoje bogactwo smaku i aromatu. Herbatka Richmont Raspberry Pear przed zalaniem wodą pachnie słodko-kwaśnymi owocami, a w jej torebce wyraźnie widać cząstki składników, które w czasie parzenia pęcznieją. Napar nabiera pomarańczowej barwy, która układa się niejako warstwowo. Niestety traci cały aromat i smakuje dość płasko. Delikatne owocowe nuty wydają się być nieco rozwodnione...




Szczęśliwie to rozczarowanie pierwszą mieszanką szybko nadrobiła Richmont Mexican Dream. Już sama saszetka była niezwykle obiecująca: duże drobiny o korzennym zapachu przywodzące na myśl świąteczne wypieki. Aromat po zaparzeniu nie zniknął, przeciwnie - nasilił się, a sam napar nabrał intensywnej, rubinowej barwy.




Otrzymałam świetną, rozgrzewającą herbatkę - taką bezalkoholową wersję genialnie przyprawionego grzanego wina z łagodnie kwaskowatą nutą. Na zimowe wieczory, gdy za oknem mróz - coś wspaniałego!




Gorąco polecam Richmont Mexican Dream i już teraz zapraszam do śledzenia kolejnych moich wpisów - pojawią się tutaj kolejne herbaty tej marki. Jeśli nie wybieracie się do żadnej restauracji w najbliższym czasie, a chcecie spróbować którejś mieszanki z oferty Richmont w domu, polecam wizytę w sklepie internetowym.


sobota, 27 grudnia 2014

Eleanor Catton - Wszystko, co lśni



Z jaką lekturą spędziliście tegoroczne święta? Ja już od dłuższego czasu planowałam, że będzie to przepastne Wszystko, co lśni Eleanor Catton, które kupiłam już bardzo dawno temu. Wówczas po przeczytaniu kilku pierwszych rozdziałów doszłam do wniosku, że ta książka wymaga pełnego skupienia i postanowiłam odłożyć ją na czas, kiedy nic nie będzie rozpraszało mojej uwagi.




Najmłodsza laureatka Nagrody Bookera, która została uhonorowana za najdłuższą książkę w historii tej nagrody - to aż nadto powodów, żeby sięgnąć do Wszystko, co lśni. A do tego garść haseł: Nowa Zelandia, gorączka złota, poszukiwacze cennego kruszcu... Po prostu egzotyka! O ile czytelnicze wycieczki do obu Ameryk robię sobie bardzo regularnie, znam afrykański kontynent nie tylko z reportaży Kapuścińskiego, coraz śmielej zaglądam do różnych zakątków Azji, nie wspominając o Europie zwiedzanej w ten sposób wzdłuż i wszerz, o tyle Antypody były dla mnie zupełną zagadką. I pewnie przede wszystkim dlatego pokochałam tą książkę - przeniosła mnie w miejsce, w którym nigdy wcześniej nie byłam oraz pokazała mi, obok literackiej fabuły, prawdziwą historię zakątka na Ziemi, o której nigdy wcześniej nie słyszałam. A całość na kanwie jakże popularnej formy - swego rodzaju kryminału.




Wydarzenia mają miejsce w drugiej połowie XIX wieku. W okolicach portowego miasta Hokitika w swoim domu zostaje odnaleziony martwy Crosbie Wells. Okoliczności jego śmierci są niejasne, aczkolwiek ten fakt blednie wobec tego, na jak wiele osób ma wpływ ta tragedia. Miejscowi politycy, urzędnicy, bankowcy, aptekarz, poszukiwacze złota, prostytutka - po prostu zastępy ludzi mają coś wspólnego z tą sprawą.

Zależności między bohaterami i stopień ich uwikłania w sprawę Wellsa są tak ciasno i gęsto splecione, że sama autorka w połowie książki robi podsumowanie i przedstawia czytelnikowi streszczenie tego, co już miało miejsce! Przymiotnik misterna pasuje jak ulał do tej powieści i języka, za pomocą którego została opowiedziana. Szczegółowo, drobiazgowo, a jednocześnie z rozmachem. Stąd te monumentalne 900 stron. Warto dać się ponieść tej niesamowitej książce, która trzyma w napięciu dosłownie do ostatniej strony.




Zanim przeczytałam Wszystko, co lśni, natknęłam się na kilka wywiadów z autorką na temat jej książki. Ich ogromna część poświęcona była temu, jak Catton snuła swoją opowieść, nawiązując do układu gwiazd na niebie w czasie, gdy mają miejsca wydarzenia w powieści. Spodziewałam się co najmniej astronomicznej rozprawy i ciągłego zerkania w niebo. Okazało się, że te niuanse to zaledwie dodatek do fabuły. W zasadzie można śmiało pominąć strony z rycinami, nie tracąc nic z historii...

W każdym razie to lektura obowiązkowa. Bardzo polecam!

czwartek, 25 grudnia 2014

Cicha noc



Przed świętami do sklepów z herbatą zaglądało zdecydowanie więcej osób niż zwykle. To ogromnie cieszy, że herbata dla wielu okazuje się być świetnym prezentem (ja uważam, że absolutnie genialnym ;). A czy skusiliście się na którąś z herbacianych mieszanek dedykowanych specjalnie na Święta? Ja wybrałam jedną - Cichą noc.




Wybrałam mieszankę o możliwie krótkim składzie - takie zwykle sprawdzają się najlepiej. W Cichej nocy obok czarnej cejlońskiej herbaty znalazły się maliny i cukrowe gwiazdki - słodycze, na które można sobie śmiało w święta pozwolić. Susz wygląda świetnie i pachnie niesamowicie słodko, wręcz lukrowo.




Zapach naparu w zasadzie nie odbiega od klasycznych czarnych herbat, kolor jest zdecydowanie jaśniejszy. Smakuje delikatnie z wyraźnym lukrowym posmakiem. Na taką słodkość - nieco inną niż gdyby wsypać do herbaty łyżeczkę cukru - miałam wyjątkowo ochotę, zwykle w ogóle nie słodzę. A tym razem, dla odmiany, polecam trochę słodyczy.




Życzę Wam spokojnych Świąt! Wypoczywajcie :)