wtorek, 11 marca 2014

Tetley Zielona z Miodem i Cytryną



Handlowcy Joseph i Edward Tetley wprowadzili herbatę do swojego asortymentu w pierwszej połowie XIX wieku. To jedna z najstarszych herbacianych marek, których produkty są dostępne na naszym rynku. Trwale zapisała się w historii herbaty - jako pierwsza wprowadziła do sprzedaży susz zamknięty w torebkach.




Odnoszę wrażenie (może mylne), że lata świetności w Polsce Tetley ma już za sobą. Na sklepowych półkach znajdujemy stosunkowo niewiele produktów tej marki. Lista herbat na stronie internetowej też nie imponuje (wyłącznie herbaty w torebkach i w sumie niewiele). W każdym razie do nas trafiło opakowanie z linii Balance: Zielona z Miodem i Cytryną. W składzie: herbata zielona (89,9%), aromaty, miód (2%), skórka cytryny (1%), korzeń żeńszenia.




Herbatę parzyłam standardowo: torebkę zalałam ok. 250 ml wody o temperaturze ok. 80 stopni przez 2-3 minuty. Napar ma klasyczny kolor, jest dość klarowny (często po zielonych herbatach w torebkach na dnie kubka pozostają jej drobinki - tym razem stosunkowo niewiele). Pachnie rzeczywiście cytrynowo. Smakuje dość delikatnie, jest tylko odrobinę gorzka. Pozostawia cytrynowy posmak, ale po miodzie ani śladu.




Tetley Zieloną z Cytryną i Miodem to przyzwoita herbata w swojej kategorii. Świetnie sprawdzi się na co dzień dla amatorów cytrusowych aromatów. Ta herbata towarzyszyła mi w pracy przed komputerem przez ostatni weekend - akurat do bezwiednego popijania między jednym dokumentem a kolejnym. Zimna zachowuje smak ;)




poniedziałek, 10 marca 2014

Tulipany, więc wiosna

Za nami piękny, słoneczny weekend, który (mam nadzieję) przypieczętował ostatecznie, że zima już nie wróci. W ciągu ostatniego miesiąca zostałam obsypana tulipanami - to też musi niezaprzeczalnie dowodzić, że mamy już wiosnę ;)










sobota, 8 marca 2014

Serce Afryki



Żadna z herbat, które do tej pory pojawiły się na blogu, nie pochodziła z Afryki. Według informacji producenta Serce Afryki pochodzi z Kenii. Generalnie jeśli chodzi o Czarny Kontynent, to właśnie Kenia wiedzie prym w produkcji i eksporcie herbat i tym samym plasuje się za Chinami i Indiami, wytwarzając około 10% herbaty na świecie.




W mieszance znalazła się zielona kenijska herbata z bardzo ciekawymi dodatkami: truskawek, bananów, brzoskwiń, maliny oraz kwiatu słonecznika. Brzmi słodko. Sama herbata jest dość mocno pokruszona. Susz pachnie intensywnie owocowo, dominuje brzoskwinia i banany. Serce Afryki zaparzałam jak każdą zieloną herbatę, czyli wodą o temperaturze poniżej 80 stopni.




Najbardziej w tej herbacie zachwyca mnie kolor! Jest głęboki, soczysty, klarownie pomarańczowy. Napar pachnie bardzo specyficznie. Zapach jest trochę gryzący, ale z wyraźnie słodką nutą. Podobnie w smaku. Herbata jest nieco gorzkawa, jakby palona, ale złagodzona na koniec nieoczywistą słodyczą. Bardzo ciekawe doznanie.




Bardzo polecam Serce Afryki ze względu na niepowtarzalny charakter. Na tym blogu pojawiła się już niejedna zielona herbata z dodatkiem owoców, ale tak oryginalnego smaku nie miała jeszcze żadna.

czwartek, 6 marca 2014

Andrzej Stasiuk - Nie ma ekspresów przy żółtych drogach



Po książkę Andrzeja Stasiuka sięgnęłam po raz pierwszy i było to moje pierwsze spotkanie z jego twórczością. Dlatego też nie przeszkadzało mi zupełnie, że Nie ma ekspresów przy żółtych drogach jest zbiorem tekstów, które były już wcześniej publikowane. Przeczytałam całość w ciągu jednego dnia, chociaż to książka z rodzaju tych, którymi powinno się delektować, smakować powoli, małymi kęsami.




Eseje i felietony dotyczą przede wszystkim podróży: jej przebiegu, planowania, refleksji na jej temat. To coś, co spina wszystkie przytoczone historie. Andrzej Stasiuk zabierze Was w podróż geograficznie - w różne zakątki świata (przede wszystkim po Polsce oraz za naszą wschodnią granicę i na Bałkany), a także w podróż w czasie - przywołując wspomnienia z dzieciństwa i młodości. Zbiór nie posiada żadnej chronologii, uporządkowania, ale to tylko podkreśla wyjątkowość każdego fragmentu.




Teksty są stosunkowo krótkie. Momentami bliżej im do Lapidariów Kapuścińskiego niż klasycznych zbiorów esejów. Język, którym posługuje się pisarz, zasługuje na uznanie - jest wyrafinowany, piękny, wspaniale oddaje emocje, z łatwością przenosi czytelnika do opisywanych miejsc.

Jestem zachwycona tą lekturą, gorąco polecam. Myślę, że to książka, którą warto zabrać w swoją podróż, na pewno genialnie byłoby czytać ją w czasie wakacji, w pociągu, w samolocie. Biorę każdą kolejną książkę Stasiuka, która wpadnie mi w ręce, w ciemno. Najchętniej Grochów, bo mieszkam zaraz obok, na Przyczółku.