niedziela, 26 czerwca 2016

Anthony Doerr - Światło, którego nie widać

Nad Warszawą szaleje burza, która skutecznie wygoniła mnie z balkonu, na którym od rana cieszę się upałem (który absolutnie uwielbiam), czytając na zmianę książki i gazety. Ale skoro już trafiłam do mieszkania, siadam przed komputerem i w końcu przyszła pora na nowy wpis. Dzisiaj - książka (chociaż herbatę na upał również polecam :).

Światło, którego nie widać to kolejna z (pewnie miliona) powieści, które opisują drugą wojnę światową. To, co różni te historie od siebie, to perspektywa, z której są opisywane. Relacje z dramatycznych wydarzeń najczęściej zdają ci, którzy byli ofiarami, pokrzywdzonymi, w jakikolwiek sposób ucierpieli w starciu z wojskami III Rzeszy pragnącymi zawładnąć Europą. Rzadko opowieść snuje bohater (rzeczywisty bądź wyimaginowany) będący częścią hitlerowskiej machiny wojennej. Czytelnik, który znajduje się w głowie takiej postaci, przekracza pewną granicę - daje jej szansę. Osobie, która brała udział w wydarzeniach podważających istotę człowieczeństwa, zapoznając się z jej pobudkami, daje możliwość rehabilitacji. Przecież kogoś takiego należałoby od razu skreślić!... To intrygujące, a taka lektura niesamowicie angażująca. Klasyczne przykłady to Rozmowy z katem Moczarskiego i Łaskawe Littella. Światło... daje nadzieję na równie emocjonujące doświadczenie.

Wychowany w sierocińcu nastoletni Werner trafia do szkoły wojskowej, a następnie do służby w niemieckiej jednostce zajmującej się rozpracowywaniem wrogich wojsk, namierzając i rozszyfrowując radiowe komunikaty. Radio to element splatający losy chłopaka z Marie-Laurie, niewidomą Francuzką z drugiej strony barykady. Od pierwszych stron nie ma wątpliwości, że bohaterowie w końcu się spotkają. W tym pośrednim kontakcie za pośrednictwem radia jest jakaś magia. Magiczny również jest powód, dla którego ojciec Marie-Laurie jest poszukiwany przez Wermacht. A całość w akompaniamencie Dwudziestu tysięcy mil podmorskiej żeglugi. Momentami jest nawet ckliwie, jednak ciągle ciekawie.

O ile treść książki jest interesująca (nie zwala z nóg, ale ma to coś), o tyle forma okropna. Rozdziały na dwie, trzy, może cztery strony. Jakby czytelnik nie był w stanie skupić dłużej uwagi - owszem, to ogólnoświatowa tendencja w czytelnictwie za sprawą internetowych mediów, ale sądziłam, że książki pozostaną niewzruszone. Możecie powiedzieć, że te krótkie, fragmentaryczne migawki to znany w literaturze sposób nadawania wydarzeniom dynamiki. Jeśli taki był zamysł, to wyszło nieudolnie, odsyłam do klasyki, też wojennej, żeby nie odchodzić daleko: Miron Białoszewski Pamiętniki z powstania warszawskiego. Nie wyszło także wybieganie co trochę z akcją do przodu - w tym wypadku zupełnie pozbawia tą historię bardzo ważnego elementu zaskoczenia. Wszystkie karty są odkryte od razu.

Z racji tego co powyżej Światło, którego nie widać było dla mnie odrobinę męczącą lekturą. Mimo to nie żałuję, że je przeczytałam, zawiera w sobie piękną opowieść. Daje jej ogromny plus za realizm! Mimo wszystko polecam. Ale czy to dzieło warte Pulitzera? Nie, nie postawię Anthony`ego Doerra na tej samej półce co Hemingwaya, Steinbecka i Morrison.

poniedziałek, 6 czerwca 2016

Chocolate tea



Niezmiennie sięgam do herbat, które w swojej nazwie mają obietnicę czegoś słodkiego, nawet jeśli to tylko zasługa sztucznych aromatów. Uwielbiam słodki smak i każdy zamiennik, który choć trochę oszuka moją chęć na słodycze, jest zbawienny dla mojej figury i bardzo pożądany. Tym samym be wahania w jednym z popularnych supermarketów sięgnęłam po Chocolate tea, której wizualnym atutem jest jeszcze piękne opakowanie.




W pudełku znajdziecie aż 50 torebek herbaty zamkniętych szczelnie w folii. Ich zapach po otwarciu saszetki jest dość specyficzny: gorzkawy, ale wyraźnie kakaowy. Nie zapowiada klasycznej słodyczy...




Torebki są wypełnione herbatą pokruszoną tak drobno, że wygląda jak proszek. W składzie obok czarnej herbaty znajdują się aromaty i aż 5% kakao. Zalecone parzenie to 4-5 minut w świeżo zagotowanej wodzie, z czego powinniśmy otrzymać średnio mocny napar.




Herbata po przygotowaniu ma głęboki kolor - w sumie przywodzący na myśl czekoladę. Pachnie bardzo delikatnie.




Czy jest słodka? Lepiej! Jest słodko-gorzka. Jeśli ma przypominać czekoladę, to najbliżej jej do tabliczki gorzkiej czyli mojej absolutnie ulubionej! Tym samym jest to herbata stworzona chyba z myślą o mnie ;) Za ten efekt na pewno odpowiada duża domieszka kakao. Preferujący czekoladę mleczną raczej nie będą zachwyceni, ale jeśli jak ja doceniacie gorzką - musicie spróbować.


sobota, 28 maja 2016

Tiger River



Ostatnio było tutaj sporo książek, więc to najwyższa pora, żeby nadrobić herbaciane zaległości. Nastał już ten wspaniały czas, w którym aura pozwala na komfortowe picie wieczornej herbaty na balkonie - mimo zapadającego zmroku na zewnątrz jest jeszcze ciągle ciepło i przyjemnie. W tych okolicznościach chciałabym zaprosić Was na degustację herbaty zakupionej we wrocławskiej Czajowni - Tiger River.




Tiger River to czarna, cejlońska herbata z regionu Kandy i zgodnie z informacją na opakowaniu została spakowana jeszcze przed wylotem z wyspy. Szczelna torebka wewnątrz kartonowego pudełka świetnie zachowała aromat listków - jest intensywny, nieco dymny i korzenny. Same listki są krótkie, i dość sztywne, nie pylą się.




Zalecony spośób parzenia tej herbaty to maksymalnie trzy minuty we wrzątku i absolutnie się z tym zgadzam. Producent dopuszcza możliwość, że ktoś może do naparu dodać cukru albo mleka, jednak ja uważam, że byłaby to profanacja tak dobrego napoju ;)




Herbata ma jasny, klarowny kolor i wspaniale pachnie. Smakuje również wspaniale - klasycznie, wręcz idealnie! Ma właściwą intensywność, bez nawet cienia goryczki. Ideał czarnej herbaty. Polecam gorąco do delektowania się w te wspaniałe, ciepłe wieczory. Błogość... :)


niedziela, 22 maja 2016

Marcin Kołodziejczyk - Dysforia



Dysforia to książka niewygodna, taki uwierający kamyczek w bucie. W piętnastu krótkich formach Kołodziejczyk przepracowuje wszystkie przywary ówczesnych mieszczan. Ciężko powiedzieć, że to miła lektura, bo zza tej groteski i sarkazmu bardzo szybko wyłania się gorzka refleksja, która ukłuje każdego czytelnika.




Jeśli mieszkasz w mieście, znasz każdego bohatera Dysforii. To Twoi sąsiedzi, współpracownicy czy znajomi ze studiów. Ludzie, których spotykasz codziennie. Mają swoje wady, które jak w soczewce są skupione w tym zbiorze opowiadań. Dopóki można się do nich zdystansować - bo może akurat nie jesteś tak zwanym osiedlowym elementem, cizią z korporacji, wścibskim mieszkańcem nowego bloku czy złośliwą psiapsiółą - jest OK. Ale z drugiej strony opisane sytuacje brzmią tak znajomo i dzieją się tak blisko, że każdemu robi się przy tej lekturze ciasno i duszno.

To nieodparte wrażenie nasila postawa autora - nie ocenia, nie wywyższa się. Jest na równi z nieudolnymi postaciami z Dysforii - może z którąś się nawet utożsamia? Wszystkie wady, głupota i brak rozsądku zostają wszystkim wytknięte sprawiedliwie.

Kilka słów o tym, co poza samą treścią. Najlepiej czytało mi się te opowiadania, których forma nie był przekombinowana. Tam gdzie Kołodziejczyk eksperymentował, próbował wyjść poza standardową konstrukcję opowiadania, rezultat okazał się średni. Ale już dostosowywanie samego stylu i języka do okoliczności i bohaterów (patrz Niedziela w Skaryszewskim) - majstersztyk!

To dobra książka na jeden wieczór w akompaniamencie kieliszka wytrawnego wina lub szklanki piwa. Żeby jakoś to wszystko przełknąć. Nawet najmocniejsza herbata może nie wystarczyć, żeby przemóc ten dyskomfort po lekturze. Swoją drogą tytuł Dysforia jest niezwykle trafny. Jeśli nie znacie dokładnej definicji tego słowa, poleca się wikipedia.