piątek, 31 października 2014

Robert Galbraith - Jedwabnik



Muszę przyznać, że jestem pod ogromnym wrażeniem tej książki. Może nie stanie się klasyką kryminału, a Galbraith/Rowling będzie musiała się zadowolić miejscem w historii literatury tylko (!) za sprawą serii o czarodzieju, ale jest w Jedwabniku sporo rzeczy, które zasługują na uznanie. Nie sądziłam, że to się autorce uda, ale to jest jeszcze lepsze niż świetne Wołanie kukułki!




Jak to się stało, że pisarka osiągnęła jeszcze lepszy efekt niż przy poprzednim kryminale? Otóż zainscenizowała pełnokrwistą zbrodnię. Nie jakieś tam prozaiczne wypadnięcie z balkonu. Tym razem morderstwo jest niezwykle wyrafinowane, obrzydliwe i symboliczne. Nie mogłam pozbyć się złudzenia, że ta książka powstała pod wpływem Mapy i terytorium Michela Houellebecqa, z tym że Angielka wybrała sobie do powieści jedynie drastyczny sposób uśmiercenia i ofiarę - pisarza, a Francuz pozostaje okrutny i bezkompromisowy w całym swoim utworze (nie w nim jedynym, jak wiadomo).

Poza zupełnie odmienną sprawą, w której toczy się śledztwo, wszystko inne pozostało po staremu, co wcale nie oznacza, że to źle. Cormoran Strike i jego asystentka tworzą bardzo ciekawy duet, akcja toczy się wartko, a grono podejrzanych jest dość szerokie. Książka została dopracowana w najmniejszych szczegółach. Odniosłam też wrażenie, że wyostrzyło się poczucie humoru pisarki, jest bardziej odważne i kąśliwe. Czyta się to z przyjemnością, a wątki z życia osobistego detektywów dają poważne widoki na kolejną część serii.

Czy coś mi się nie podobało w Jedwabniku? To, na co Buksy zwróciła uwagę już przy Wołaniu kukułki. Niepotrzebne cytaty otwierające kolejne rozdziały. Tu jest ich chyba jeszcze więcej niż ostatnio i zupełnie nic nie wnoszą do odbioru tekstu, poza irytowaniem czytelnika.




Jeśli ktoś z Was zastanawia się, czy jest sens sięgać do Jedwabnika bez lektury Wołania kukułki, zapewniam, że autorka przytacza najistotniejsze wątki z poprzedniej części, które pozwalają w pełni czerpać z powieści. Pozostała przy dobrych nawykach z Harry`ego Pottera - każdą część sagi dzięki sprawnym objaśnieniom tworzyła odrębną całość (wiem, bo zaczęłam czytanie od tomu czwartego, a dopiero później sięgnęłam do początkowych).

czwartek, 30 października 2014

Liebster Blog Award



Z dużą rezerwą podchodzę do wszelkich łańcuszków i innych zabaw, które zwykle zaśmiecają blogi czy inne miejsca w sieci, ale nominacja, którą otrzymałam od Denimix wydała mi się interesująca i zdecydowałam się wziąć w niej udział.

O co chodzi? Cytuję: Nominacja do Liebster Blog Award jest otrzymywana od innego Blogera, w ramach uznania za dobrze wykonaną robotę. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz je o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował.

Oto pytania, które trafiły do mnie i moje odpowiedzi:
Po przebudzeniu… kawa czy herbata?
Zdecydowanie herbata :) Kawę piję jakiś raz w miesiącu i nigdy nie przyszło mi do głowy sięgnąć po nią zaraz po przebudzeniu.
Jaką herbatę najbardziej lubisz?
Lubię chyba wszystkie rodzaje herbat - zarówno czarne, także te aromatyzowane, pu erh, zielone, białe, owocowe... W każdej grupie herbat znajduję coś dla siebie. Ale jeśli miałabym z jakiegoś powodu wybrać tylko jeden gatunek, to nie wyobrażam sobie życia bez zielonej, zdecydowanie.
W czym najczęściej pijesz herbatę?
We wszelkiego rodzaju kubkach, im większy kubek, tym lepiej. Okazjonalnie filiżanka, szczególnie do delektowania się nowym smakiem.
Czy lubisz wysiłek fizyczny, jeśli tak, to w jakiej formie?
Aktywność fizyczna to dla mnie naturalna część życia, nie wyobrażam sobie bez niej funkcjonować. Nie traktuję jej w kategoriach lubienia/nielubienia, to dla mnie coś takiego jak kąpiel czy jedzenie - na to muszę znaleźć czas, bo inaczej nie czuję się dobrze. Regularnie biegam i gimnastykuję się, a gdy mam okazję chętnie wsiadam na rower lub pływam.
Masz jakiegoś pupila?
Silna alergia na sierść zwierząt wyklucza mnie z roli opiekunki większości domowych zwierzątek. Aktualnie nie mam żadnego pupila, ale zamierzam ponownie przygarnąć jakiegoś patyczaka (mogę jeszcze wybierać spośród rybek i jaszczurek...).
Jaką książkę ostatnio przeczytałaś (i kiedy)?
Akurat jestem na urlopie, pochłaniam książki jedna po drugiej. Właśnie skończyłam lekturę 1Q84 (pierwszy tom) Murakamiego, a jestem w trakcie Czasów Secondhand Aleksijewicz.
Co daje Ci pisanie bloga?
Dużo frajdy i możliwość podzielenia się swoimi przemyśleniami na temat herbaty czy książek. Konfrontacja mojej opinii ze zdaniem innych to dla mnie bardzo wartościowe doświadczenie.
Masz jakieś marzenie związane z pisaniem bloga?
Żebym nie traciła zapału do tworzenia tego miejsca i w dalszym ciągu spotykała tu takich fantastycznych ludzi, jak do tej pory!
Co lubisz robić w wolnym czasie?
Lubię ten czas wykorzystywać maksymalnie jak to możliwe. Książki, kino, spotkania z przyjaciółmi. Oby nie bezczynnie, nie przed telewizorem, itd.
Jaki jest Twój ulubiony cytat?
Ostatnio jest to cytat z Wittgensteina: Granice mojego języka oznaczają granice mojego świata.
Na co masz w tej chwili ochotę?
Na czekoladę. To praktycznie stale towarzyszące mi uczucie, pokusa, z którą zmagam się codziennie ;)

Jeśli ktoś spośród tego zacnego grona (to nie będzie aż jedenaście osób) : Róża marzy, Buksy, Herbatniczek, Samotnia, Klub A+A, Herbaciane szlaki ma ochotę wziąć udział w zabawie, to pytania ode mnie brzmią następująco:
1. Najpiękniejsze miejsce na świecie, które dane było Ci do tej pory zobaczyć?
2. Mróz czy upał?
3. Namiot czy pięciogwiazdkowy hotel?
4. Najbardziej rozczarowująca lektura ostatniego roku?
5. Najlepsza lektura ostatniego roku?
6. Herbata, która w ostatnim czasie najbardziej zaskoczyła Cię swoim smakiem?
7. Miasto w Polsce, do którego szczególnie lubisz wracać?
8. Język obcy, którego chciałbyś/chciałabyś się nauczyć?
9. Intrygujące zdjęcie czy wyczerpujący tekst?
10. Czego słuchasz najczęściej: cisza, radio, muzyka w słuchawkach?
11. Najmilsze doświadczenie związane z prowadzeniem bloga?

wtorek, 28 października 2014

Big Active Yerba mate Kakao i Wanilia



Najlepsze na koniec? To się zaraz okaże ;) Trudno w to uwierzyć, ale to już ostatnia z naszych Ślubnych Herbat! Za nami czternaście miesięcy degustacji. Przed Państwem ostatni z prezentów: Big Active Yerba mate Kokos i Wanilia.

Degustację zawartości tej paczki odwlekłam najdłużej, jak się tylko dało. Zupełnie nie wiedziałam, czego się spodziewać i chyba z tego powodu podchodziłam do niej z taką rezerwą. Jestem zaprzyjaźniona z różnymi herbatami, ale o kawie i yerba mate nie mam pojęcia zupełnie... Co więcej, kawę zdarza mi się wypić raz w miesiącu, ale yerba mate nigdy dotąd nawet nie próbowałam!




W opakowaniu zamknięto dwadzieścia torebek, które dodatkowo chroni jeszcze folia. Po jej otwarciu unosi się kakaowo-kawowy aromat. W składzie mieszanki znalazły się: yerba mate (57,5%), kakao (31%), wiórki kokosowe, aromaty, wanilia (2%). Drobinki składników wyraźnie prześwitują przez materiał.




Nie zdecydowałam się na żadne eksperymenty - zaparzyłam mieszankę zgodnie z instrukcją. Po zalaniu wodą znad filiżanki unosi się zapach kakao. Napar jest dość ciemny, wydaje się aż gęsty.






Swoją nieznajomość yerba mate potraktowałam jako zaletę - nie mam porównania, wydam obiektywną opinię na temat smaku Big Active Yerba mate Kokos i Wanilia. Otóż odniosłam wrażenie, że to taka bardzo słaba kawa z dodatkiem kakao i wanilii. Dodatki są wyczuwalne, ale w żaden sposób nie słodzą napoju. Napar jest wyrazisty, charakterny, na swój sposób orzeźwiający. Genialny do przełamywania słodyczy. Jestem za!




Już wkrótce spodziewajcie się podsumowania wszystkich Ślubnych Herbat. A Wiernych Czytelników, których zdobyłam przez ten ponad rok, zapewniam, że bloga nie zamykam ;) Jeszcze tyle herbat do spróbowania przede mną! (Yerba mate w klasycznej wersji też jest w planach.)


sobota, 25 października 2014

Michel Faber - Szkarłatny płatek i biały



Szukacie długiej, zajmującej powieści, która w jesienny wieczór przeniesie Was do innej epoki i zajmie Wasze wszystkie zmysły? Szkarłatny płatek i biały będzie pod tym względem idealny. Londyn, XIX wiek. Brudne ulice i piękne przedmieścia. Skrajna nędza i ogromne bogactwo. Gdzieś na granicy tych światów dochodzi do spotkania dwójki ludzi, po którym ich życie nie będzie już takie samo (poważnie).




Czytając tą książkę, szczególnie poczujecie, jak troszczy się o Was jej autor. Poprowadzi Was dosłownie za rękę. Będziecie stali za plecami postaci, widzieli dokładnie to, co one, czuli te same zapachy i słyszeli te same dźwięki. Faber nie szczędzi realistycznych opisów, w ogóle przedstawianie rzeczy takimi, jakie rzeczywiście są, postawił sobie za punkt honoru. Nierzadko pisze bez ogródek, jednoznacznie, wprost. Nie używa eufemizmów w ogóle. Warto sięgnąć do tej książki dla samego jej stylu.

Osią powieści są w zasadzie relacje nie dwójki, ale nawet trzech, blisko związanych osób: majętnego przedsiębiorcy, jego żony borykającej się ze schizofrenią oraz kochanki, którą kupił sobie na wyłączność w burdelu. O ile na początku ocena ich postępowania wydaje się jednoznaczna, o tyle w miarę upływu kolejnych stron coraz trudniej określić, który z bohaterów jest najbardziej przebiegły i skupiony na sobie. Nie będzie czarno lub biało, za to odcieni szarości znajdziecie tu całą paletę. A dzięki charakterystycznym postaciom drugoplanowym Szkarłatny płatek i biały zawiera w sobie pełen krajobraz społeczeństwa Wielkiej Brytanii na skraju dziewiętnastego wieku.

Książka Michela Fabera została dopracowana w każdym względzie - ma nienaganny, wyrazisty styl, intrygujący wątek (i dobre zakończenie!), starannie przygotowanych bohaterów i bardzo mocno zaznaczone tło wydarzeń. Tyle rzeczy naraz musiało zająć dużo miejsca i momentami opowieść się po prostu dłuży. To jedyne, co mogę Faberowi zarzucić. Że przyłożył się do tej powieści aż nadto. Jednak niedosyt okazuje się niejednokrotnie lepszy niż przejedzenie. Ten rozmach momentami przytłacza.