sobota, 8 lutego 2014

Loyd Yunnan



Słodkości na blogu było w ostatnim czasie aż nadto, dlatego teraz pora na herbaty bez dodatków. Na pierwszy ogień Loyd Yunnan. Czarna, niearomatyzowana. Swego czasu zachwyciłam się zieloną herbatą tej marki, a następnie mocno rozczarowałam earl grey. Jak wypadła ta?




Nazwę Yunnan herbata zawdzięcza chińskiej prowincji, w której się ją uprawia. Stamtąd pochodzi wiele rodzajów herbaty, nie tylko czarnej.

Napis na opakowaniu głosi, że mamy tu do czynienia z długimi liśćmi herbaty. Z takimi deklaracjami należałoby się obchodzić ostrożnie... Listki są umiarkowanej wielkości, powiedzmy średnie, połamane, ale nie pokruszone. O mocnym zapachu, który przywołuje moje pierwsze wspomnienia związane z herbatą. Myślę, że pierwsza herbata, którą kiedykolwiek powąchałam, miała właśnie taki intensywny aromat i zapadła mi głęboko w pamięć. To bardzo możliwe, biorąc pod uwagę, że kiedyś wybór herbat nie był tak duży i w naszych domach królowały niepodzielnie te czarne.




W krótkim czasie po zaparzeniu (2 minuty) uzyskujemy mocny, ciemnobrązowy napar o charakterystycznym zapachu z nieco dymną nutą. W smaku podobnie - klasyczna czarna herbata, ale z intensywnym drzewnym posmakiem. Nieco gorzkawa, cierpnąca.

Nie można odmówić tej herbacie charakteru. Jest w niej coś siermiężnego, w smaku jest bezkompromisowa, bardzo mocna. Zdecydowanie przypomina pierwsze herbaty, z którymi musiałam się spotkać wieki temu ;) Polecam - jeśli chcecie powspominać albo macie ochotę na mocny, wręcz gorzki napar.


czwartek, 6 lutego 2014

Jack Kerouac - Maggie Cassidy



Najsłynniejszą książką w dorobku amerykańskiego poety i powieściopisarza Jacka Kerouac`a jest W drodze. Książka wyraża filozofię tak zwanej Beat Generation - anarchizującego ruchu odrzucającego konsumpcyjny styl życia lat 50., co stanowi niejako podwaliny ruchu hippisowskiego, który pojawił się dekadę później. Jak w tytule - bohaterowie dążyli do tego, żeby stale pozostawać w podróży, co owocuje niesamowitą eskapadą po Stanach Zjednoczonych i Meksyku. Wnioski? Refleksje? Właściwie żadnych. Podróż, sam fakt przemieszczania się, okazuje się celem samym w sobie.

Nieco rozczarowana legendarnym utworem Kerouac`a (ale nie zrażona) sięgnęłam po Maggie Cassidy. Pokrótce jest to powieść o tym, jak dorastali beatnicy, zanim jeszcze przekonali się, że uwiera ich sytuacja społeczno-polityczna i należy znaleźć na to jakiś sposób, zbuntować się. Beztroskie życie nastolatków pod opieką troskliwych rodziców i szkoły w małym mieście.




Jak to w młodości, szczególnie tej nienaznaczonej wielkimi problemami, pojawia się pierwsza wielka miłość. Dla głównego bohatera (lat 16) jest nią tytułowa Maggie Cassidy (lat 17). Związek ma swoje wzloty i upadki, typowe rozterki i dylematy. Historia została opowiedziana z perspektywy Jacka (zbieżność z imieniem autora), co wydaje mi się niezwykle ciekawe, bo opowieści o nastoletnich miłościach kojarzą mi się z żeńską narracją. Przekonujemy się o głębokiej wrażliwości w połączeniu z okropną infantylnością młodego chłopaka, w czym jego dziewczyna w zasadzie mu nie ustępuje. Opowieść o podlotkach.




Zachwyca mnie język, którym posługuje się autor. Tworzy nieoczywiste porównania, magiczne opisy. To ten sam niepowtarzalny styl, którego można doświadczyć, czytając W drodze. Sposób opowiadania Kerouac`a jest bardzo charakterystyczny i, jak się okazuje, z lektury na lekturę niezmienny. Wyraźny znak rozpoznawczy.

Maggie Cassidy to w sumie lekka lektura. Przypadła mi do gustu zdecydowanie bardziej niż W drodze. Historia nastoletniej miłości z dobitną puentą trafia do mnie bardziej niż opis bezsensownego, upojonego alkoholem włóczęgostwa.

A poniżej zdjęcie autora z okładki książki - taki podlotek...


wtorek, 4 lutego 2014

Lipton Strawberry



Tym razem bez pustych obietnic, że herbata będzie przypominała owocową muffinkę czy babeczkę. Po prostu Lipton Strawberry - herbata czarna aromatyzowana ekspresowa z kawałkami truskawek.




Informacja na opakowaniu, jak przygotować napar z jednej torebki (zupełnie klasycznej, nie piramidki) jest wyłożona jasno i czytelnie: zalewamy ją 200 ml wrzątku i parzymy przez około 2-3 minuty.




Otrzymujemy bardzo słodko pachnący napój. Taki cukierkowy wręcz. Ma ciekawy kolor - niezupełnie brązowy, trochę wpadający w czerwony. W smaku nie jest ani trochę cierpka lub gorzka. Zdecydowanie słodka. Niestety na koniec pozostaje po niej w ustach mniej słodki, a bardziej chemiczny posmak.




Sekretem tej truskawkowej słodyczy jest maltodekstryna: węglowodany powszechnie dodawane do żywności jako substancja słodząca - rozkładają się do glukozy. Kawałki truskawek (1,3%) i aromat nie byłyby w stanie zapewnić tak intensywnego smaku. Można się poczuć odrobinę oszukanym i rozczarowanym... Chociaż kalorii mniej niż jakby posłodzić tą herbatę łyżeczką cukru - to tak na pocieszenie.




Tym samym tak się złożyło, że moją herbaciarką zawładnęła marka Lipton. Obok Lipton Strawberry ciągle jeszcze jest tam Yellow Label i Jagodowa Muffinka.




I baaardzo słodko zrobiło się tutaj na blogu. Od jakiegoś czasu słodzą mi cukrowe serduszka ze Spaceru Kochanków, Wszystkiego najlepszego z czekoladą, karmelem i kuleczkami cukru także nie pozwala na najmniejszą nutę goryczy, do tego doszły dosładzane torebki Lipton Strawberry. Zapewniam, że dość słodyczy na jakiś czas - kolejne herbaty będą o bardziej stonowanym smaku. W kolejce są te klasyczne, bez dodatków.

niedziela, 2 lutego 2014

Wszystkiego najlepszego



Herbata na prezent o nazwie Wszystkiego najlepszego? Proszę bardzo! Podarunek i uniwersalne życzenia na każdą okazję w jednym.

Ciekawa nazwa jednak nawet w najmniejszym stopniu nie sugeruje, z jaką herbatą mamy do czynienia. Jeśli chodzi o liście są tu zarówno herbaty czarnej z Cejlonu oraz zielonej (dość mocno pokruszone). Takie połączenie stanowi zagadkę, jak to zaparzyć... Jeśli chodzi o dodatki, brzmi to bardzo słodko: żółte pączki róży, kwiat róży, rodzynki, kuleczki cukru (!), kawałki karmelu i czekolady oraz aromat. Róża w suszu wygląda pięknie. Kuleczki cukru są srebrne i da się je łatwo dostrzec, z kolei żeby zobaczyć karmel i czekoladę, trzeba się mocno przyglądać. Ogólnie prezentuje to się imponująco, ale co do smaku (i zaparzania) miałam duże wątpliwości...




Po otwarciu opakowania zapach suszu oszałamia. Jest bardzo słodki i ciężki, gryzący. Na stronie internetowej, na której znalazłam skład herbaty, sugerowana temperatura do jej zaparzania to 96 stopni. Po zalaniu wodą aromat zmienia się momentalnie! Zamiast przytłaczającej słodyczy do głosu dochodzi róża i robi się bardzo kwiatowo. Ale tylko przez chwilę, po dwóch minutach jest znowu słodko, ale już delikatniej z różaną nutą. W sumie bardzo przyjemny zapach w porównaniu z aromatem suszu przed parzeniem.

Napar po około trzech minutach uzyskuje jasnobrązowy kolor. Smakuje różnorodnie - to jest chyba dobre słowo. Oczywiście paleta dodatków odpowiada za to, że wyczuwalna jest wyraźna słodycz. Jednocześnie kwiatowy aromat nadaje specyficznego posmaku. Co ciekawe, w tym wszystkim wcale nie ginie smak czarnej herbaty (o zielonej zapomnijcie). Zadziwiająca mieszanka - żaden składnik nie gra pierwszoplanowej roli.




Bardzo sceptycznie podeszłam do tej herbaty po przeczytaniu składu, stąd miłe zaskoczenie z powodu jej różnorodnego smaku. Mamy tutaj wszystkiego (po trochu) najlepszego ;)