
Słodkości na blogu było w ostatnim czasie aż nadto, dlatego teraz pora na herbaty bez dodatków. Na pierwszy ogień Loyd Yunnan. Czarna, niearomatyzowana. Swego czasu zachwyciłam się zieloną herbatą tej marki, a następnie mocno rozczarowałam earl grey. Jak wypadła ta?

Nazwę Yunnan herbata zawdzięcza chińskiej prowincji, w której się ją uprawia. Stamtąd pochodzi wiele rodzajów herbaty, nie tylko czarnej.
Napis na opakowaniu głosi, że mamy tu do czynienia z długimi liśćmi herbaty. Z takimi deklaracjami należałoby się obchodzić ostrożnie... Listki są umiarkowanej wielkości, powiedzmy średnie, połamane, ale nie pokruszone. O mocnym zapachu, który przywołuje moje pierwsze wspomnienia związane z herbatą. Myślę, że pierwsza herbata, którą kiedykolwiek powąchałam, miała właśnie taki intensywny aromat i zapadła mi głęboko w pamięć. To bardzo możliwe, biorąc pod uwagę, że kiedyś wybór herbat nie był tak duży i w naszych domach królowały niepodzielnie te czarne.

W krótkim czasie po zaparzeniu (2 minuty) uzyskujemy mocny, ciemnobrązowy napar o charakterystycznym zapachu z nieco dymną nutą. W smaku podobnie - klasyczna czarna herbata, ale z intensywnym drzewnym posmakiem. Nieco gorzkawa, cierpnąca.
Nie można odmówić tej herbacie charakteru. Jest w niej coś siermiężnego, w smaku jest bezkompromisowa, bardzo mocna. Zdecydowanie przypomina pierwsze herbaty, z którymi musiałam się spotkać wieki temu ;) Polecam - jeśli chcecie powspominać albo macie ochotę na mocny, wręcz gorzki napar.










