wtorek, 9 grudnia 2014

Dilmah Toffee Banana



Bardzo źle znoszę krótkie, szare dni, dlatego staram się na każdy możliwy sposób poprawiać sobie humor. Oczywiście najlepsze są słodycze, ale one nie wybaczają - dlatego szukam słodkości, które niosą ze sobą mniej kalorii niż czekolada. Dzisiaj prezentuję Wam kolejną słodką herbatę: Dilmah Toffee Banana.




W składzie tej mieszanki znajdziecie: czarną herbatę cejlońską (liść BOPF) oraz aromaty karmelu (3,5%) i banana (1,9%). Torebki pachną zdecydowanie bananowo i oczywiście są szczelnie zapakowane.




A z takich mniej kalorycznych ciast polecam Wam chlebek bananowy. Przygotowuję go według tego przepisu autorstwa jednej z najlepszych blogerek w Polsce :)




Po zalaniu torebki wrzątkiem pojawia się ten drugi aromat - karmelu. Jest bardzo przyjemny, łagodny. Herbata nabiera klasycznego, głębokiego brązowego koloru. Jak smakuje? Bardzo dobrze. Czarna herbata świetnie skomponowana z karmelowo-bananową nutą. Z akompaniamentem bananowych wypieków - genialna :)


niedziela, 7 grudnia 2014

Fragmenty: Wywiad z Borisem Akuninem

Nazwisko Borysa Akunina kojarzyłam, ale przyznaję, że nie czytałam jeszcze żadnej jego książki. Po przeczytaniu wywiadu z autorem w najnowszym magazynie Książki z pewnością niebawem do nich sięgnę, chociaż akurat ta rozmowa w dużej mierze dotyczyła szeroko pojętej sytuacji politycznej w Rosji, a literatury trochę mniej. Dużo w tym tekście także rozważań o przemijaniu, jakże mi bliskich. Przytoczony fragment to kwintesencja moich codziennych obserwacji.






W ostatnim czasie kilka kolejnych moich lektur traktowało o najnowszej historii Rosji (zupełnie tego nie planowałam). W przyszły weekend zabiorę Was na blogu w książkową wycieczkę po tym kraju.

sobota, 6 grudnia 2014

Wiesław Myśliwski - Kamień na kamieniu



Rozpoczynając rok temu moją znajomość z książkami Myśliwskiego, nie wiem czemu, ale doszukiwałam się w nich wątków autobiograficznych. Wydawało mi się oczywiste, że poważny i dojrzały pisarz w swoich powieściach przemyca wydarzenia ze swojego życia. Po kolejnej lekturze, jednej z najważniejszych w dorobku autora - Traktacie o łuskaniu fasoli, przekonałam się, jak różne i wielowymiarowe postacie wychodzą spod pióra tego artysty i że mogą być zupełnie wyimaginowane. Po przeczytaniu Kamienia na kamieniu i poznaniu kolejnego mężczyzny, którego wykreował Wiesław Myśliwski, nie mam już co do tego wątpliwości. Ale tym razem odnalazłam to, co łączy wszystkich jego głównych bohaterów i spina te książki w osobliwą całość.

Kamień na kamieniu to po raz kolejny swego rodzaju gawęda (tym razem byłam tą formą zachwycona). Historia opowiedziana została z powojennej perspektywy mieszkańca polskiej wsi. Jej punktem wyjścia jest przygotowywanie przez Szymona Pietruszkę rodzinnego grobowca. Jego losy poznajemy w kolejnych symbolicznie zatytułowanych rozdziałach. To opowieść pełna bolesnych wspomnień - wojny, walki w partyzantce, ubóstwa i choroby, ale także pięknych i radosnych chwil - biesiad, zauroczeń, wspólnego siadania do wigilijnego czy wielkanocnego stołu. Swoje ogromne piętno na wiejskim życiu odciska tutaj tradycja i ludowe zabobony.




Realia każdej z książek Myśliwskiego, które do tej pory czytałam, są nieco inne. To, co wspólne, to fatalne relacje głównych bohaterów z kobietami. Są fascynacje, są zauroczenia, są próby tworzenia związków, ale wszystko to kończy się niezrozumiałym fiaskiem, zupełną porażką. Nieudane związki są zadrą w życiu bohaterów, kłują i nie pozwalają o sobie zapomnieć.

Mimo, że nie lubię słuchać gwary, fanatycznie uwielbiam język polski bez lokalnych naleciałości, Wiesław Myśliwski sprawił, że jej regularne pojawianie się w tekście w ogóle mi nie przeszkadzało. Po prostu styl tej powieści jest tak piękny, dopracowany i misterny, że słowa i gramatyka zapożyczone z polskiej wsi stanowią nieodłączny element tej układanki. Pod względem językowym to książka z absolutnie najwyższej półki.

Kamień na kamieniu to poruszająca opowieść o przemijaniu. O ulotnej młodości i odpowiedzialności w dorosłym życiu. Rzecz, przy której warto się zatrzymać, żeby złapać oddech.

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Bastek Black Island



Dzisiaj jeszcze raz na blogu pojawi się nieco lokalnego patriotyzmu, a mianowicie herbata pakowana na Mazurach. Dodatkowo zaparzyłam ją w nowym zaparzaczu - pięknym prezencie, który otrzymałam z okazji niedawnych urodzin.




Bastek Black Island to czarna liściasta herbata zamknięta w prostym opakowaniu, ale za to pełna dodatków. Oto skład: mieszanka herbat czarnych, malina 2%, skórka cytryny 2%, skórka grejpfruta 2%, żurawina 2%, ananas 2%, kardamon 2%, brzoskwinia 2%, jabłko 2%, imbir 2%, hibiskus 2%, pigwa 2%, aromaty. Susz pachnie oszałamiająco - gdzieś na pograniczu słodkiego i kwaśnego z wyraźną nutą przypraw.




Herbatę parzyłam wrzątkiem przez niecałe 3 minuty. Powoli woda nabrała głębokiego brązowego koloru, przełamanego czerwonawą barwą. Napar pachnie bardzo delikatnie, trochę owocowo. Podobnie smakuje: to klasyczna czarna herbata z owocowym posmakiem (raczej słodszym) z wyraźną, ale ciągle łagodną nutą przypraw na końcu. Kardamon i imbir robią tą mieszankę. Całość wypadła naprawdę super.




Polecam. Bastek Black Island to świetna herbata, której rozgrzewające składniki świetnie sprawdzą się teraz, gdy za oknem warunki są tak niesprzyjające. Przyniesie Wam trochę wakacji, gwarantuję!




Czy to herbaciane zwierzątko nie jest słodkie? Uśmiecham się za każdym razem, gdy na nie patrzę :)