środa, 19 marca 2014

Happy Hour



Obecnie na tapecie mam zieloną herbatę, która pochodzi z tej samej herbaciarni, co niedawno opisywana tutaj Pu Erh Mango-Maracuja. Tym razem mamy do czynienia ze zdecydowanie łagodniejszą w smaku herbatą, która przypadłaby do gustu szerszej publiczności niż specyficzne Pu Erh.




Happy Hour, zgodnie z opisem na opakowaniu, to zielona herbata o truskawkowo-waniliowym smaku z kawałkami truskawek. Kolejny raz truskawka okazuje się wdzięcznym tematem do herbacianych wariacji.




Susz pachnie naprawdę waniliowo z ziołową nutą. Listki herbaty są połamane i zwinięte w krótkie proste szpileczki. Pomiędzy nimi widać malutkie cząstki truskawek. Parzyłam herbatę klasycznie - jak każdą zieloną. Po zalaniu wodą aromat momentalnie ulatnia się. Napar po kilku minutach zyskuje bardzo jasno pomarańczowy kolor.




Happy Hour to niezwykle delikatna herbata. Właściwie sprawia wrażenie rozwodnionej, jakby listki nie oddały w pełni swoich składników do wody. Nawet tak wygląda - jest nadzwyczaj klarowna. Bardzo, bardzo łagodna, bliżej jej chyba do herbaty białej niż zielonej. Myślę, że nadaje się w sam raz na wieczór, w jej smaku jest coś kojącego.


poniedziałek, 17 marca 2014

Trzy książki, które znalazły się na mojej liście "do przeczytania"...



... po lekturze aktualnego Magazynu Książki.



1. Christiane v. Felscherinow, Sonja Vukovic - Christiane F. Życie mimo wszystko




W pewnym wieku (późna podstawówka, może wczesne gimnazjum) lektura My, dzieci z Dworca ZOO jest obowiązkowa. To książka wówczas bardzo pociągająca - o wszystkim, co zakazane, niebezpieczne i zupełnie nieznane. Pamiętam, że czytałam ją z ogromnym przejęciem i długo wpatrywałam się w kilka zdjęć, które do niej dołączono. Niezależnie od tego, jak ta historia została opowiedziana (być może był to literacki bubel, nie wiem), jej siła była ogromna. Wymiar pedagogiczny - nieoceniony!

Przed nami premiera ciągu dalszego tragicznych losów dziewczyny, która uwikłała się we wszystko, co gwarantuje zrujnowanie życia na samym jego początku. Czy udało jej się ocalić chociaż kawałek siebie? Od czasów My, dzieci z Dworca ZOO dorosłam i zetknęłam się z wieloma innymi tego typu opowieściami i mogę się spodziewać, co stało się z bohaterką książki. Mimo dużej dozy przewidywalności, jestem i tak bardzo ciekawa Życia mimo wszystko.



2. Shaun Usher - Letters of note. Correspondence deserving of a wider audience




W tej pozycji przejawia się mój zachwyt epistolografią. I moja staroświeckość (tak, tak). Uwielbiam listy. Ponieważ dzisiaj to już zupełny przeżytek, pozostaje mi lektura tych, które zostały napisane przed laty, zebrane i wydane. (Podobny pociąg przejawiam do dzienników - czy ktoś je jeszcze dzisiaj pisze?) Fascynujące jest to, że ludzie tworzyli kiedyś korespondencję przemyślaną, przygotowaną bardzo starannie ze świadomością, że dotrze ona do adresata w najlepszym wypadku po kilku dniach. Informacyjny ład i porządek - bez milionów głupich smsów i wysyłanych w pośpiechu maili. Tyle słów, ile potrzeba. Bez emotikonów.

Ta książka to zbiór listów od przeróżnych nadawców do przeróżnych adresatów - w większości przypadków są to znane osoby. Sprawy poruszane w korespondencji - najwyższej wagi. Same perełki!



3. Michał Witkowski - Zbrodniarz i dziewczyna




Czytaliście Lubiewo? Było okropne. Wstrętne i w ogóle mi się nie podobało. Ale, jak to ja, dałam Witkowskiemu drugą szansę. I kolejną też. I to nie był błąd. Margot była świetna, a Drwala uważam za absolutny majstersztyk. Zarówno pod względem fabuły i języka. Trafność spostrzeżeń na temat naszej polskiej rzeczywistości zwala z nóg. Po takiej książce trudno nie wyczekiwać kolejnej autorstwa pisarza. Oby równie świetnej!

Powstawanie Zbrodniarza i dziewczyny śledzę na profilu Michała Witkowskiego na Facebooku. Obserwując tam autora (z przymrużeniem oka), można sobie świetnie poprawić humor! Polecam.


Na pewno nie przeczytam...




... niczego, co napisała Anna Ficner-Ogonowska. Po przeczytaniu tego artykułu, który dość wnikliwie zapoznaje z fabułą ostatniej książki autorki... nie, nie i jeszcze raz nie.

sobota, 15 marca 2014

Dilmah Ceylon Supreme | Podsumowanie A Variety of Fine Tea



W opakowaniu A Variety of Fine Tea pozostały już tylko dwie herbaty: Dilmah Ceylon Supreme oraz Dilmah Earl Grey. Dzisiaj czas na parę słów o pierwszej z nich, bo druga z nich jest mi doskonale znana - pisałam o niej (zachwycałam się nią) tutaj.






Dilmah Ceylon Supreme to kolejna klasyczna czarna herbata. W opisie - o średniej mocy naparu. W istocie rzeczywiście taka jest. Z torebki można zaparzyć cały czajniczek, nie tracąc nic z intensywności herbaty. Roztacza umiarkowanie intensywny, charakterystyczny aromat.




Kolejny raz o czarnej herbacie Dilmah napiszę, że ma odpowiedni smak, jest dobrej jakości i warto po nią sięgnąć. Jednocześnie jej smak jest tak przewidywalny (a bardzo polubiłam element zaskoczenia przy poznawaniu nowych herbat), że nie ma szans zwalić z nóg. Doceniam, ale nie wychwalam pod niebiosa.




W ramach podsumowania A Variety of Fine Tea przypominam pozostałe herbaty, które wchodziły w skład zestawu: Dilmah English Breakfast i Dilmah English Afetrnoon - czyli intensywniejsza i łagodniejsza wersja czarnej herbaty, Dilmah Pure Peppermint Leaves - przyjemny napar z suszonej mięty, Dilmah Springtime Fragrant Oolong - absolutne objawienie, mistrzostwo herbat w torebkach, Dilmah Lemon - powszednie połączenie czarnej herbaty z cytrynowym aromatem oraz Dilmah Pure Green - nieciekawa w smaku herbata zielona (największy zawód).




Mimo małych rozczarowań i odrobiny monotonii w zestawie (głównie herbaty czarne) absolutnie uważam, że A Variety of Fine Tea jest świetnym prezentem! Daje możliwość spróbowania wielu różnych smaków, herbaty są świetnie opakowane i dzięki torebkom łatwe w parzeniu. Bardzo się cieszę, że zostaliśmy obdarowani takim sympatycznym podarunkiem.




P.S. W sklepach widziałam również inną wersję takiego zestawu od Dilmah, który zawiera osiem czarnych herbat aromatyzowanych (głównie owocowo). Wiele spośród nich otrzymaliśmy w klasycznych opakowaniach po 20 torebek - wszystko wkrótce na blogu!

czwartek, 13 marca 2014

Grażyna Plebanek - Córki Rozbójniczki



Sięgnęłam po tą książkę tylko i wyłącznie dlatego, że napisała ją Grażyna Plebanek. Nie podobała mi się okładka, opis na ostatniej stronie okładki też do mnie nie trafiał. A mimo to zabrałam ta książkę z biblioteki do domu. To był błąd.

Pamiętam, że pierwszą książką Plebanek, którą przeczytałam, była Przystupa. Czytało się dobrze, schemat nieco oklepany, ale osadzony w ciekawych realiach. Lekko i miło przemknęłam też przez Nielegalne związki i Pudełko ze szpilkami, chociaż przyznaję, że obie te lektury zlały mi się w pamięci w jedną całość. Zachwyciły mnie Dziewczyny z Portofino i według mnie to najlepsza książka w dorobku autorki. Nieco sentymentalna, o pokoleniu naszych rodziców.




Córki Rozbójniczki nie są powieścią, ale zbiorem tekstów o kobietach, które odegrały ważną rolę w życiu pisarki. Pojawiają się tutaj bohaterki książek, artystki, postacie historyczne. Przedstawicielki płci pięknej, których historie poruszyły do głębi Grażynę Plebanek (cecha wspólna: wykazywały się feministyczną postawą). Brzmi wspaniale? W rzeczywistości wspaniałe nie jest. Dawno nie męczyła mnie tak żadna książka. Opisy poszczególnych kobiet to coś na pograniczu streszczenia, eseju, filozoficznych rozważań. Wszystko czyli nic. Czułam się, jakbym czytała jakieś prace zadane pani Plebanek na studiach (wszak jest z wykształcenia polonistką). Nie mogłam uwierzyć, że pisała to spontanicznie (relacji z procesu twórczego nie brakuje), byłam przekonana, że to jakiś abstrakcyjny zbitek wypracowań.

Ogólnie: nie, nie i jeszcze raz nie. Oczywiście, część bohaterek była mi już wcześniej znana, ale w ogóle nie utożsamiałam się z Plebanek w ich interpretacjach. A do poznania tych, których wcześniej nie znałam, nie zachęciła mnie w ogóle.

Stanowczo odradzam tą lekturę, należy ją omijać szerokim łukiem, żeby się nie zrazić i przypadkiem nie skreślić z góry powieści autorki, które są naprawdę przyjemną lekturą. Można się domyślać, że stworzenie Córek Rozbójniczek było dla pisarki niesamowitą przygodą (przypominaniem sobie swoich ulubionych tekstów, wspominaniem przeróżnych wydarzeń z nimi związanych) i dało jej ogromną satysfakcję. Niestety dla czytelników nie jest to już taka frajda...