piątek, 10 stycznia 2014

Ignacy Karpowicz - Ości



Autobus wolno stał w korku i niepoprawnym związku frazeologicznym. Jedno z pierwszych zdań książki zapewniło mnie, że Ignacy Karpowicz niezmiennie trzyma poziom. I że będzie dobrze. Od momentu pojawienia się Ości w księgarniach miałam je cały czas z tyłu głowy i wreszcie trafiły w moje ręce!

Bohaterowie powieści reprezentują sobą większość mniejszości, a niektórzy w zasadzie większość. Generalnie są bardzo różnorodni, ale w swej odmienności tworzą spójną całość - zbiór wszelkich indywidualności. Łączą się w przeróżnych, nieszablonowych konstelacjach niemal jak w telenoweli. Żeby nie mieć wątpliwości, kto z kim i dlaczego, trzeba czytać dość uważnie. Autor zapewnia wnikliwą analizę każdej czynności/decyzji/wypowiedzi swoich postaci, więc od razu poznajemy pobudki nimi kierujące i emocje, które im towarzyszą. Jest bezpośrednio, jest soczyście. Jest kąśliwie, złośliwie i groteskowo. Jest super.

Przede wszystkim jest śmiesznie. Ironia sięga zenitu i trudno traktować, wszakże poważne, perypetie bohaterów zupełnie serio. Opisano tu wszelkie fazy ludzkich związków (fascynację, zauroczenie, małżeństwo, rozwód, zdrady, porzucenia i inne) w wersji zarówno hetero- i homoseksualnej. W tle dzisiejsza Polska, trochę PRL-u, katolickie wychowanie, natręctwa, konwenanse, stereotypy. Karpowicz wyciąga wszystkie brudy i bezlitośnie ukazuje teatralność ludzkich zachowań.




Tekst przeplatany jest wieloma cytatami z innych autorów. Część (Virginia Woolf, Alice Munro, Jonathan Franzen czy Tove Jansson - muminki!) poczytuję jako pochwałę ich twórczości. Inne (nie przytoczę, przekonajcie się i oceńcie sami) wpisują się w groteskę całości. Bez wątpienia jednak znajomość kontekstów wynosi na wyżyny przyjemność z czytania Ości.

Nie mogłam (kolejny raz) wyjść z zachwytu nad bogactwem językowym Karpowicza. Odniosłam wrażenie, że autor rozmyślał nad absolutnie każdym słowem powieści, żeby tylko wybrać najbardziej wyszukane (przykładowo: nanizane, inkantowała, kworum czy poznane przeze mnie na historii medycyny miazmaty). Konstrukcje gramatyczne nie ustępują słownictwu - zdania skomponowane są niesamowicie. Dobór epitetów, porównań, związków frazeologicznych... MISTRZOSTWO. Tą książkę można przeczytać dla samego języka! I dlatego, że rybka ma na imię Azor. Czy to nie urocze?




Doceniam Ości szczególnie po lekturze Balladyn i Romansów oraz Cudu. Tamte powieści odbieram jako błyskotliwe, niebanalne, zdecydowanie warte uwagi, ale przepełnienie ich postaciami i sytuacjami nadprzyrodzonymi troszeczkę mnie uwierało. Nie przepadam za fantastyką i gdy okazało się, że w tej książce jedynie Sławoj (nie powiem Wam, kto to) mówi, choć nie powinien, stała się moim ulubionym karpowiczowskim dzieckiem.




Czytajcie Ości i to teraz, już! Autor w wielu miejscach nawiązuje do aktualnych wydarzeń. Jeśli sięgniecie po tą książkę dopiero, powiedzmy, za rok, możecie już nie pamiętać o konotacjach brzozy, pytaniu jak żyć? odbijającym się echem w całej Polsce, tudzież o tym, że chytra baba jest z Radomia... A wszystkie te informacje dodają do lektury sowitą porcję humoru (aczkolwiek tego i tak nie zabraknie). Ości bawią (do łez), ale myślę, że gdzieś tam też uczą (polskiego) i wychowują (w tolerancji i poszanowaniu inności).

Chciałabym też dodać, że Karpowicz jest najlepszą feministką w Polsce :)

środa, 8 stycznia 2014

Susz Wiśnie w Rumie



Susz Wiśnie w Rumie otrzymaliśmy w paczce z trzema innymi herbatami (zestaw idealny - na pewno jeszcze o tym napiszę), spośród których spróbowaliśmy do tej pory świetnej zielonej herbaty Wiosenna Tęcza. W tej mieszance nie ma liści herbaty, jest przede wszystkim mocno owocowo. Powiedziałabym, że w sam raz na powroty do domu w zimowe popołudnia, żeby się rozgrzać. Póki co zima nas rozpieszcza, więc tym wpisem wyprzedzam mrozy (podobno nadejdą!).




W składzie herbatki mamy nie tylko tytułową wiśnię, ale także jagodę. Jest tu także hibiskus - jego kwiaty pojawiają się w niemal każdej takiej owocowej mieszance (zajrzyjcie do wpisu o Truskawkowych Delicjach, Owocu Miłości czy Czerwonej Róży). Całości słodyczy nadają rodzynki i kandyzowany ananas. Cząstki ananasa, które są jaśniejsze od pozostałych składników, nadają herbatce pięknego, apetycznego wyglądu. Wyglądają jak kryształki.






Susz ma bardzo ostry zapach kwaskowatych owoców przełamanych wyrazistą, paloną nutą. Zapewne jest to zasługa dodatkowego aromatu - w końcu mają to być wiśnie w rumie. Polecam zaparzanie wrzątkiem przez co najmniej pięć minut, warto napar zamieszać. Otrzymujemy napój o bardzo intensywnym, purpurowym kolorze. Aromat nie jest tak mocny jak samego suszu - jest delikatny, nawet trochę słodkawy.




W smaku herbatka wyróżnia się kwaskowatym, rzeczywiście wiśniowym smakiem. Ananas i rodzynki wcale nie słodzą mocno naparu. Bardzo polecam jako alternatywa dla ekspresowych herbatek owocowych o sztucznym posmaku. Ta smakuje zupełnie naturalnie. Rum? Wyparował w czasie parzenia ;)


niedziela, 5 stycznia 2014

Lipton Yellow Label



To dopiero wyzwanie: napisać coś ciekawego o Lipton Yellow Label. Mogłabym napisać, że przecież znacie i każdy z Was ma już wyrobioną opinię na temat tej chyba najpowszechniejszej herbaty. Ale nie pójdę na łatwiznę!

Lipton Yellow Label powstała w 1890 roku i obecnie sprzedawana jest w niemal 150 krajach na świecie. Polską zawładnęła podobno po transformacji ustrojowej i (sądząc po jej ilości na sklepowych półkach) ma się w roli najpopularniejszej herbaty świetnie. Dla mnie stanowi swego rodzaju fenomen. Chociaż może z marketingowego punktu widzenia to nic nadzwyczajnego i dobrze poprowadzona promocja sprawia, że niezmiennie od lat kupujemy tą herbatę, która, bądźmy szczerzy, jest średnia. Według informacji Unilever Yellow Label stanowi mieszankę 20 (!) różnych herbat z 5 regionów świata. Biorąc pod uwagę, że to herbata ekspresowa i w torebkach zamknięty jest wyłącznie herbaciany pył, odnoszę wrażenie, że to połączenie wszystkich herbacianych resztek, które zostają z produkcji innych herbat marki... A trzeba przyznać, że jej cena jest istotnie wyższa niż zupełnie podobnych ekspresowych herbatek w innym opakowaniu niż żółte.

Ale kupujemy. I z tym faktem nie da się dyskutować. Torebki z żółtą metką spotykamy wszędzie: w kawiarniach, biurach, szpitalach, stacjach benzynowych, na konferencjach, szkoleniach... Będąc u znajomych z wizytą, gdy poprosicie o herbatę, dostępność żółtego Liptona jest niemal gwarantowana. Powiem więcej, każdy tą herbatę zna i w związku z nią ma jakieś skojarzenia. W tym momencie będę obrzydliwie romantyczna, bo mi kojarzy się z moim Mężem, przy którym w ogóle zaczęłam tą herbatę pić ;) Jakie są Wasze skojarzenia?




Dzisiaj nie będę radzić, jak zaparzać tą herbatę i nie rozpiszę się na temat koloru naparu, aromatu - byłoby to groteskowe. Każdy śmiertelnik ma swój własny sposób jej parzenia. Spektrum jest szerokie (aczkolwiek za każdym razem mówimy o zalewaniu wrzątkiem): od kilkunastu sekund, żeby tylko nadać wodzie trochę koloru, poprzez kilka minut, ale nie za długo (to ja), do dobrych kilku minut, żeby napar było mocny oraz kilkunastu, żeby mieć esencję goryczy (moja Siostra). Opcjonalnie cukier i cytryna, chyba po to, żeby zabić tą cierpkość, która pojawia się po przekroczeniu kilku minut (podejrzewam, nie korzystam).

Wśród naszych ślubnych prezentów znalazły się dwa duże opakowania tej herbaty. Sprezentować Lipton Yellow Label można w zasadzie każdemu i z każdej okazji. To uniwersalny prezent. Powiedziałabym, że dyplomatyczny. A jeśli obdarowana osoba nie przepada, będzie miała czym poczęstować gości ;)




Żeby urozmaicić niezmienny od lat produkt często do opakowań Liptona dołączane są kubki. Staram się unikać kupowania takich promocyjnych gadżetów, bo doprowadza to do sytuacji, że w szafce mamy sto zupełnie różnych (i w zasadzie niepotrzebnych) kubków, a herbaty nadal nie ma w czym podać gościom. Lipton złamał mnie raz. Kubki z obrazkami z trzech różnych, wielkich miast ujęły mnie totalnie. Do wyboru był Paryż, Nowy Jork i Sydney. Brakowało mi tylko Londynu i byłyby to miejsca (z poprawką, że niezupełnie Sydney, a Melbourne) odbywania się wszystkich czterech Wielkich Szlemów. A tenis kocham! Tym pokrętnym skojarzeniem dwa kubki zwyciężyły i zabrały się z nami do domu. Nowy Jork stracił ucho i trzyma już tylko długopisy, a nie herbatę, ale Sydney (symbolizując moje ukochane Australian Open - już niedługo!) ma się świetnie.




To, że Yellow Label tkwi w naszej świadomości, to na pewno w dużej mierze zasługa regularnie pojawiającej się reklamy. Bo jak odmówić Pierce`owi Brosnan`owi?


Źródło: YouTube

A na zakończenie reklama, która ujęła mnie najbardziej. Enjoy!

Źródło: YouTube

piątek, 3 stycznia 2014

Janusz Rudnicki - Chodźcie, idziemy



Po książkę Chodźcie, idziemy Janusza Rudnickiego sięgnęłam z sympatii do autora. Jego teksty publikowane w Wyborczej, które zdarza mi się czytać, zawsze wywołują uśmiech na mojej twarzy. Rudnicki ma swój niepowtarzalny styl, który zapada w pamięć.

Powieść Chodźcie, idziemy zaczyna się nijak. Główny bohater wraca z emigracji, zderza się z naszą polską rzeczywistością pod postacią sąsiadów, życie codzienne w bloku się toczy. Potem jest Wielki Wybuch. Pierwszy rozdział wydał mi się zbiorem bezsensownych dialogów przytaczanych przez osobę w stanie maniakalnym - zdania o niczym gonią się nawzajem, orzeczenia i równoważniki zdań prześcigają się, byle opowiedzieć więcej i szybciej (nieistotnych rzeczy). Przerost formy nad treścią.



Na szczęście potem było już tylko lepiej! Mój okropny nawyk czytania do końca nawet najgorzej zapowiadających się książek (część niestety jest najgorsza już do końca) dał tym razem dobry rezultat. Po Wielkim Wybuchu kształtuje się na naszych oczach grupa niezwykłych bohaterów, pośród których pada (nie raz) tytułowe chodźcie, idziemy.

Postacie wędrują przez karty książki i doświadczają serii trudnych, tragicznych wydarzeń. Trochę ta powieść swoim przebiegiem przypomina felieton. Krótkie scenki, fragmenty dialogów, trafne spostrzeżenia. Problemy i rozwiązania (lub ich brak). A wszystko, mimo że na pograniczu z Niemcami, takie polskie. Tłum zachowuje się po polsku, politycy zachowują się po polsku, poziom absurdu jest polski i można tak wyliczać w nieskończoność. Widocznie po powrocie z emigracji rzuca się ta polskość w oczy tak mocno, że Janusz Rudnicki musiał o tym napisać. w felietonie się nie zmieściło, więc mamy powieść. Chodźcie, idziemy czytać, jak śmieszni, zadufani w sobie, nielogiczni, uparci i pomysłowi jesteśmy.

Pierwszy, mało zachęcający rozdział szybko nadrobiły kolejne (kropką nad "i" jest gorzkie zakończenie) i wybaczyłam tą wpadkę w okamgnieniu. Nie wybaczyłam natomiast igrania z interpunkcją, której w powieści nie brakuje. Ten zabieg uważam za kompletnie nieudany, bo po prostu niepotrzebny - nic nie wnosi. W ogóle chyba nie toleruję zabierania z właściwego im miejsca kropek, przecinków i pozostałych ważnych znaków (co uprzykrza mi korzystanie z Internetu - z ortografią na blogach jest zwykle super, ale interpunkcja często woła o pomstę do nieba!).




Szczerze polecam Wam tą książkę. Dobitna, wyrazista literatura. Dla wzmocnienia zachęty dodam, że była nominowana do Literackiej Nagrody Nike w 2008 roku.